Zawody biegowe: 5. Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego – jak bieg bez planu zakończył się życiówką :)

Na ten bieg, mój czwarty na dystansie półmaratonu, nie miałam żadnego pomysłu, żadnej taktyki. Poza tym, że chciałam go po prostu ukończyć. Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik… No dobra, wiadomo, że miło byłoby poprawić się w stosunku do poprzedniego półmaratonu 😉 Ale to było tylko takie pobożne życzenie, bo nie było specjalnych przygotowań pod ten start.

Ba, po starcie 06.08 w zawodach City Trail on Tour, w którym wybiegałam życiówkę na 5 km (pochwalę się, a co! ;)), nie przebiegłam ani kilometra! Za to wdrapałam się na kilka szczytów, bo w tydzień poprzedzający zawody spędziłam w górach. Zaliczyłam Gubałówkę, Kasprowy Wierch i Czarną Górę… Byłam też nad Morskim Okiem, do którego dotarłam na własnych nogach. O, przepraszam, jednak biegałam troszkę, bo biegiem pokonałam pół trasy powrotnej znad tego pięknego stawu. Chętnie pokonałabym całą (zbieganie jest bardzo przyjemne, w przeciwieństwie do wbiegania ;)), ale nie byłam sama.

Przyznaję się dobrowolnie, że jakiś mnie leń biegowy w sierpniu dopadł. Mówiłam sobie, że chodzenie po górach wystarczy, że nie mam jeszcze wystarczająco siły na bieganie po górach… Jeszcze, bo przecież bieg górski to moje biegowe marzenie… Na wyjeździe w grę wchodziłoby tylko bieganie rano, a ja za nic nie mogłam się zmotywować do wczesnego wstawania… I nawet wrześniowy maraton nie był dla mnie wystarczającym batem. Pewnie będę potem płakać, ale…

Po powrocie do domu (późno wieczorem w środę, z powodu awarii samochodu o dwa dni później niż pierwotnie planowaliśmy) też jakoś nie było “okazji” pobiegać.

Aż wreszcie w sobotę rano, dzień przed biegiem (przyznaję, że trochę z musu) zebrałam się, żeby pobiegać. Tak po prostu, żeby się trochę rozruszać przed niedzielnymi zawodami. I kiedy wyszłam na dwór i poczułam rześkie powietrze, wiedziałam że to była dobra decyzja. Pobiegałam sobie spokojnie 45 min (po takiej przerwie chciałabym dłużej, ale przecież nazajutrz miałam sobie odbić czas bez biegania z nawiązką) i cieszyłam się, że wreszcie przełamałam to sierpniowe biegowe lenistwo. Czasami naprawdę najtrudniejszy element treningu to po prostu zwykłe wyjście z domu. Warto walczyć ze swoim leniem i nie dać mu się zagadać wymówkami. Tyle tytułem wstępu 🙂

W niedzielę oczywiście zaspałam. Zamiast o 7:00, wstałam o 7:40. Nie słyszałam wcześniej budzika. Tak już mam, że przed zawodami zwykle nie mogę spać. Ale to wieczorem, rano nie mam z tym problemu 😉 Dobrze, że sobie przezornie wszystko naszykowałam wcześniej wieczorem. W pośpiechu zjadłam małe śniadanie, co trochę się chyba potem na mnie zemściło na trasie.
Start biegu zaplanowany był na godz. 10:00. Około 9:00 dotarliśmy z Bratem nr 1, który też startował, na miejsce. Nie było problemu z parkowaniem, bo parking był duży i wolontariusze sprawnie kierowali wjeżdżającymi i pilnowali, żeby każdy się właściwie ustawił. Dojazd do parkingu także był dobrze oznakowany. Szybko i sprawnie odebraliśmy numery startowe i oddaliśmy rzeczy do mobilnego depozytu. Start i meta biegu były zlokalizowane w różnych miejscach. Startowaliśmy z Błonia, a metę przekraczać mieliśmy w Borzęcinie Dużym. Jako depozyt posłużyły dwa autokary, którymi po biegu można było wrócić na miejsce startu.

Trasa 5. Półmaratonu im. Janusza Kusocińskiego
źródło: www.polmaraton.pwz.pl
  ZabiegAnna na starcie. Mina trochę niepewna 😉

Nie minęło dużo czasu i wystartowaliśmy. Jesteśmy tak umówieni z Bratem, że choć razem jeździmy na zawody i razem z nich wracamy, to biegamy każde z nas w swoim tempie. Mój Brat zresztą biega szybciej niż ja, nasze życiówki na półmaratonie różnią się o kilkanaście minut, szybko więc straciłam go z oczu.

Pogoda dopisała i było naprawdę ciepło. Szczęśliwie nie był to upał powyżej 30 stopni Celsjusza, ale i tak słońce mocno przygrzewało. Trasa wiodła raczej przez otwarte przestrzenie i tylko niekiedy wzdłuż drogi rosły drzewa, w których cieniu można było się na chwilę skryć. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i na trasie co ok. 5 km były punkty nawadniania z wodą i izotonikiem. Mimo własnej wody (na dłuższe dystanse zabieram zawsze własny bidon z wodą, głównie dla komfortu psychicznego), chętnie korzystałam z każdego punktu na trasie popijając zarówno wodę, jak i izotonik. Właściwie to w odwrotnej kolejności, bo nie specjalnie lubię posmak izotoniku 😉 Co do bananów nie jestem pewna, bo nie korzystałam za każdym razem, ale chyba były dostępne na każdym punkcie.

Na początku biegło mi się bardzo ciężko. Biegłam w tempie ok. 6:05, ale w okolicach 5 km to się zaczynałam zastanawiać czy ukończę ten bieg biegiem… To taki mój plan minimum na każdy start – przebiec, nawet wolno, cały dystans. I mimo że chciałam biec szybciej to zaczęłam zwalniać do ok. 6:15, potem nawet 6:25. Ok. 10 km była kurtyna wodna i wskoczyłam pod nią cała. Wtedy jakby mi ktoś przełącznik jakiś przestawił. Zaczęłam biec szybciej, kawałek nawet w tempie ok. 5:45 (pamiętam swoje zdziwienie kiedy zerknęłam na zegarek;)). Oczywiście potem zwolniłam, ale udawało mi się utrzymywać równe tempo ok.
6:15. No i było ok do ok. 14-15 km kiedy ponownie trochę zwolniłam i marzyłam tylko
o tym, by dobiec do punktu odżywiania i tam zjeść banana, żeby dostać zastrzyk energii.

Za tym punktem była taka nawrotka, to się chyba nazywa agrafką, dość długa. I mniej więcej w jej połowie spotkałam brata… idącego z przeciwka! To był dla mnie nieoczekiwany
rozwój wypadków. Nie dość, że Brat był niewiele przede mną, to jeszcze szedł! Dogoniłam go więc szybko. Przez ok. km szliśmy/truchtaliśmy razem. Spotkaliśmy grupkę wspaniałych Dziewczyn, które dopingowały swoją, chyba debiutującą w półmaratonie, Koleżankę i… nas 🙂 Niestety, Brat nie mógł biec przez skurcze, nawet truchtanie nie wchodziło w grę.

Acha, na końcu owej agrafki również można było otrzymać wodę i izotoniki od wolonatariuszy. A miły Pan Strażak polewał na życzenie wodą z wiaderka.

Wspaniała grupa wsparcia! Spotkać takie Dziewczyny na trasie to skarb! 🙂 Mam takie swoje małe podejrzenie, że Dziewczyna w czarnej tiulowej spódniczce, to Ola z P jak Przebieraniec 😉 Chciałabym się poruszać z taką gracją i zwinnością jak Ona!

Nie chciałam zostawiać Brata, ale wręcz kazał mi biec, bo wiedział że wciąż mam szansę na lepszy wynik niż ostatnio. No i tak z mieszanymi uczuciami porzuciłam go w okolicach 17,5 km. Postanowiłam sobie, że skoro już, jak wyrodna siostra, go zostawiłam, to muszę się sprężyć i wybiegać tę życiówkę. Wiedziałam że mogę złamać 2:15 i ostatnie 3 km biegłam w tempie ok. 5:40, samą końcówkę chyba nawet poniżej 5:00.

Na metę wpadłam z czasem 02:14:18. Złamałam 02:15:00 – kolejna bariera pękła:) Następnym razem spróbuję zaatakować 02:10:00.

 ZabiegAnna na mecie czwartego w życiu półmaratonu 🙂

Muszę wreszcie zaprzyjaźnić się z żelami, bo ten kiepski początek to może nie tylko brak specyficznych biegowych treningów w ostatnim czasie, ale też wina słabego śniadania. Gdybym miała żel mogłabym to jakoś skorygować a tak trochę
brakowało “pary”. Chyba izotoniki pomogły i banan. I na pewno kurtyny wodne, bez nich byłoby mi ciężko przetrwać ten bieg.

Organizatorom biegu należy się piątka z plusem 🙂 Biuro zawodów działało prężnie, mobilne depozyty także. Wody nie zabrakło, bananów chyba też 😉 Trasa była dobrze oznakowana. Wolontariusze, którzy mogli udzielać informacji, nosili widoczne tabliczki z napisem INFO, więc łatwo ich można było zlokalizować w razie problemu. I patrol medyczny na quadzie przemierzał trasę w tę i z powrotem, aby jak najszybciej namierzyć zawodników potrzebujących pomocy.

Jedynym dla mnie minusem było to, że trasa składała się tak naprawdę z kilku prostych odcinków, zdających się nie mieć końca… Do tej pory nie było dla mnie problemem biec po prostym odcinku (np. w XXVI Biegu Niepodległości, relacja:  tutaj). W przestrzeni miejskiej, gdzie ciągle coś się dzieje, jest więcej kibiców, odbiera się je jednak inaczej. Pierwszy raz odczułam więc to, o czym do tej pory tylko czytałam o tego typu odcinkach tras maratońskich 😉

Z drugiej strony była to szybka, płaska trasa, w sam raz na bicie rekordów życiowych. Myślę, że warto rozważyć w swoim kalendarzu biegowym udział w takim mniej “rozdmuchanym”, bardziej kameralnym biegu. Opłata startowa jest bardziej przystępna, a organizacja naprawdę imponuje. W tym roku padł rekord frekwencji (645 uczestników), ale i tak było luźno, nikt sobie nie przeszkadzał, nikt nikomu nie zagradzał drogi. Czysta przyjemność
biegania 🙂

Podczas niedzielnego biegu i też poprzedniego City Trail on Tour (z którego niestety jeszcze nie popełniłam relacji, ale mam nadzieję, że to wkrótce nadrobię, bo był to przecież ważny dzień dla mojego Synka nr 1, który wygrał zawody w swojej kategorii wiekowej D0), przekonałam się co to znaczy biegać głową 😉 Wcześniej jakoś tego nie doświadczałam, choć zawsze zależało mi żeby biec, truchtać a nie maszerować w trakcie zawodów… Chociaż nie, właściwie to trochę doświadczałam, ale nie w tak dużym wymiarze… Widać
wcześniej nie zależało mi aż tak na najlepszym wyniku 😉 Chyba nie uznawałam tego aspektu za szczególnie ważny… Czy może po prostu nie uświadamiałam sobie, że silna psychika to także ważny element przygotowania do biegu. Teraz z całą mocą mogę powiedzieć, że w bieganiu liczą się nie tylko mocne nogi, ale i mocna głowa! I dobra motywacja!

Cieszę się więc z tego startu, myślę że to był dobry wybór (wcześniej rozważałam jako alternatywę start w BMW Półmaratonie Praskim).

Tak oto pokonałam 21 kilometrów z haczykiem i… tym samym ukończyłam swój 21 start w zawodach w 2015 r. 🙂

Medal upamiętniający postać Janusza Kusocińskiego.
Patron biegu – Janusz Kusociński

Janusz “Kusy” Kusociński – lekkoatleta, olimpijczyk. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 000 m, srebrny medalista biegu na dystansie 5000 m, rozegranego podczas pierwszych lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w 1934 r. Urodził się w 1907 r. Zginął w Palmirach, rozstrzelany przez hitlerowców w 1940 r. Całe swoje życie związał z walką o niepodległość i sportem. Więcej: tutaj.

 I na koniec zdjęcie zrobione podczas tegorocznych wakacji nad morzem. Gwiazda Janusza Kusocińskiego w Alei Sportu we Władysławowie.

Bieg Wisły – w biegu na 10 km godzina już mnie nie dogania :)

W sobotę 23.05 wzięłam udział w V Biegu Wisły. To był bardzo przyjemny bieg – piękna przyroda i do tego zaczęłam nabierać pewności, że godzinę w biegu na 10 km pożegnałam na dobre 🙂

Bieg rozpoczął się z opóźnieniem, o godz. 11:00. Planowy start miał być o godzinie 10:30, jednak dużo osób przyszło już po godz. 10:00 i nie udało się wydać wszystkim pakietów przed pierwotną godziną startu. Na linii startu stanęło ok. 1000 biegaczy. Sygnał do startu dał zastępca prezydenta miasta st. Warszawy Jarosław Jóźwiak wraz z Komendantem Komisariatu Rzecznego Policji mł. insp. Markiem Gago oraz Prezesem Sekcji Strzeleckiej LEGIA Robertem Matrackim.

Start był zlokalizowany na 517 km Wisły, na wysokości kolektora burzowego, po prawej-praskiej stronie. Trasa prowadziła początkowo na północ w stronę Mostu Grota Roweckiego, następnie była zmiana kierunku po dość długim łuku i bieg w kierunku południowym, pod Mostem Gdańskim, a następnie Śląsko-Dąbrowskim. Kanał Portu Praskiego pokonać trzeba było mostem pontonowym, rozstawionym specjalnie na ten bieg.  Dalej biegliśmy kolejno pod Mostem Świętokrzyskim, Średnicowym i Poniatowskim. Linia mety znajdowała się na plaży przed Mostem Łazienkowskim. Trasa liczyła ok. 10 km – mój zegarek pokazał 9,41 km. Nie było oficjalnego pomiaru czasu. Udział w biegu był bezpłatny.

Na bieg pojechaliśmy razem z Bratem nr 1 najpierw tramwajem, a potem rowerami Veturilo, które wypożyczyliśmy ze stacji znajdującej się w pobliżu wejścia do warszawskiego ZOO. Organizatorzy zapewnili taką możliwość – w miejscu startu czekała polowa stacja rowerowa, gdzie można było zostawić rower. Przejechaliśmy w ten sposób ok. 1,5 km.

Stacja standardowa vs stacja polowa rowerów systemu Veturilo
 

Dotarliśmy na miejsce tuż przed 10:00. Nie było wtedy jeszcze dużych kolejek, stopniowo przybywało jednak biegaczy i żeby wszyscy spokojnie odebrali numery i pakiety startowe Organizatorzy zdecydowali się na opóźnienie startu. Przynajmniej był czas, żeby zrobić zdjęcia z widokiem na Wisłę 😉

 
Centrum Warszawy było widać jak na dłoni 😉
 
W pakiecie startowym był numer startowy, izotonik Powerde, dwie koszulki – bawełniany pamiątkowy T-shirt oraz koszulka techniczna bez rękawów od PZU. Depozyt był mobilny – znajdował się w… ciężarówce Star, ponieważ start i meta biegu znajdowały się w innym miejscu.
 
Trasa biegu tuż nad Wisłą była bardzo przyjemna. Nawet nie wiedziałam, że nad Wisłą od praskiej strony jest taka piękna ścieżka spacerowo-rowerowa. Polecam Wam wybrać się nią na spacer.
 
Założenie na ten bieg miałam proste – pobiec poniżej godziny. Skoro udała mi się już raz ta sztuka, to chciałam to powtórzyć. Start jak zwykle miałam wolniejszy, jednak w okolicy miejsca startu, które mijało się po drodze (czyli po ok. 3 km), zegarek zaczął pokazywać średnie tempo poniżej 6:00 min/km. Udało mi się utrzymać je do końca 🙂 Na mecie miałam czas 55:12 przy średnim tempie 5:52 min/km. A to oznacza, że gdyby trasa liczyła 10 km, to zapewne pobiłabym swoją życiówkę z Biegu OSHEE na OWM 2015 (00:59:14) i miałabym czas 58:40 🙂 Żegnaj go(a)dzino!;)
 
Po drodze liczyłam sobie w myślach mosty i odliczałam  – jeszcze 5, jeszcze 4, jeszcze 3… itd. Dobrze, że nie był to o jeden most za daleko i dałam radę 😉 Trochę dziwne uczucie miałam, gdy przebiegałam pod mostem Średnicowym, gdy przejeżdżał im pociąg. W końcu nade mną przetaczało się tyle ton żelastwa i nie dokonywało się to w ciszy 😉
 
Na mecie czekały piękne medale w kształcie kotwicy oraz woda. Dzięki sponsorom nie zabrakło nagród dla najstarszego i najmłodszego uczestnika biegu, 82-letni Tadeusza Andrzejewskiego oraz 9-letniego Maxa Kucińskiego. Dodatkowo prowadzony był konkurs na najciekawszy strój związany tematycznie z Wisłą. Była m.in. syrenka 🙂 
 
Pogoda dopisała, trochę kropiło w czasie biegu, ale trasa w większości prowadziła pod drzewami, które osłaniały przed deszczem. Trochę zmokłam, ale nie było mi zimno 🙂
 
 Z medalem. Kotwica zdobyta 🙂
 
Medal z Sopotu też załapał się na sesję na plaży. Przyszedł do mnie pocztą, więc wcześniej nie miał okazji posmakować piachu 😉
 
Medal z PKO Półmaraton Sopot
 
Do domu wróciłam także rowerem Veturilo po krótkim spacerze z linii mety do stacji rowerowej pod Mostem Poniatowskiego, dorzucając 12 km do dobiegającego właśnie końca European Cycing Challenge 🙂
 
Widok na Wisłę z Mostu Poniatowskiego
 
Gdy szliśmy z Bratem wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego było mi trochę zimno, zrobiłam więc sobie ze swojego komina-chusty… czapeczkę 🙂 Polecam Wam takie kominy – mają wszechstronne zastosowanie – mogą służyć jako szalik, jako czapka, jako kominiarka, czy też “frotka” do ocierania potu z twarzy… Można go mieć przy sobie po prostu oplątując wokół nadgarstka. Jest lekki, więc nie przeszkadza w trakcie biegu.
 
Bardzo chętnie wrócę na trasę Biegu Wisły za rok 🙂
 
  

Narodowe Święto Biegania: Orlen Warsaw Marathon, czyli jak rozprawiłam się z godziną na 10 km

Plan na ten bieg był jeden – złamać 1 h. Udało się! 🙂

Orlen Warsaw Marathon to zgodnie z zapowiedziami Organizatorów trwające dwa dni Narodowe Święto Biegania. Miasteczko biegowe zlokalizowane na błoniach Stadionu Narodowego imponowało rozmiarem.

Miasteczko biegowe na Orlen Warsaw Marathon
Główną imprezą był oczywiście bieg maratoński (42,195 km), ale dla biegaczy jeszcze nie gotowych na zmierzenie się z królewskim dystansem przewidziany został Bieg OSHEE (10 km). Ba! znalazło się nawet coś dla początkujących czy też nie mających z bieganiem nic wspólnego – charytatywny marszobieg (4,6 km).
Zanim 26.04 wystartowałam w biegu na 10 km, dzień wcześniej wzięłam wraz z moją Przyjaciółką w charytatywnym marszobiegu. Całą trasę z Pl. Zamkowego na błonia Stadionu Narodowego pokonałyśmy marszem, bo Gosia (jeszcze;P) nie biega. Mówi, że na razie się nie przekonała… Za to często występuje w roli mojego kibica 🙂 Na udział w marszobiegu wcale nie musiałam Jej długo namawiać 😉
Start marszobiegu na Pl. Zamkowym
Meta majaczy w oddali…
Na trasie i na mecie
 W marszobiegu wzięło udział 11 000 uczestników
Takich osób jak my było 11 000. Każdy uczestnik to pomoc w wysokości 10 PLN przeznaczona na rzecz potrzebujących dzieci, wspieranych m.in. przez Fundację ORLEN Dar Serca. Fajnie że robiąc coś dobrego dla siebie (w końcu ruch to zdrowie) można jednocześnie zrobić coś dobrego dla innych. Win-win 🙂

Po marszobiegu odwiedziłyśmy miasteczko biegowe. Co prawda pakiet startowy na Bieg OSHEE odebrał wcześniej mój Brat nr 1, który także brał w nim udział, ale i tak miałam co robić. Expo składało się z wielu stoisk z ofertą dla biegaczy – od butów, przez stroje i akcesoria, po zdrowe jedzenie i odżywki. Na jednym z takich stoisk miałyśmy okazję spotkać Beatę Sadowską i poprosić o autograf w naszych książkach “I jak tu nie jeść!”. Wiedziałam że Beata będzie podpisywać tego dnia książki, ale zabrałam swój egzemplarz (zamówiony jeszcze w przedsprzedaży – po lekturze “I jak tu nie biegać!” byłam pewna, że można brać w ciemno ;)) bez większej nadziei na powodzenie. Myślałam, że gdy dotrzemy na miejsce po prostu Jej już tam już nie zastaniemy. Tymczasem spotkała nas miła niespodzianka 🙂

 “I jak tu nie jeść!” i autograf Beaty Sadowskiej

Na Expo odwiedziłyśmy także foto-budkę oraz dałyśmy się namówić na zielony koktajl a ja kupiłam sobie jeszcze bransoletkę z zawieszką (mam do nich słabość:)) na stoisku Biżuterii Sportowej.

W niedzielę rano tradycyjnie umówiłam się z Bratem na wspólny dojazd na miejsce zawodów. Dla biegaczy przejazd komunikacją miejską w Warszawie był tego dnia darmowy. Za bilet służył numer startowy.

Numer startowy służył mi za bilet
Na stacji Metro Świętokrzyska prawie puste wagony podziemnej kolejki wypełniły się biegaczami po brzegi. Na twarzach niebiegajacych pasażerów, będących w zdecydowanej mniejszości, można było zobaczyć pewną konsternację 😉
Tym razem postanowiłam wystartować w oficjalnej koszulce biegu.
 Melduję się na miejscu 🙂
Start obydwu niedzielnych biegów był o tej samej porze. Strefy startowe maratończyków i biegnących na 10 km były ustawione równolegle do siebie. Jedni i drudzy biegacze pozdrawiali się wzajemnie i oczekiwali na sygnał do startu.
Widok na strefy startowe
 W momencie startu w niebo poszybowały biało-czerwone baloniki
 Linia startu coraz bliżej…
Na początku było trochę ciasno, ale stopniowo rozluźniało się na trasie i znalazłam swoje miejsce wśród biegaczy. Dopiero potem na zdjęciach z biegu zobaczyłam, że na trasie było naprawdę duuużo biegaczy.
Już jakiś czas wcześniej postanowiłam, że na tym biegu rozprawię się z godziną. Pacemaker biegnący na 1:00:00 początkowo był w zasięgu mojego wzroku, jednak stopniowo oddalał się wraz z grupką towarzyszących mu biegaczy, by w pewnym momencie zniknąć zupełnie.
Zwykle na biegach 5 i 10 km biegnę wolniej na początku, a potem, gdy już się porządnie rozgrzeję i rozbiegnę, przyspieszam. Zawsze się boję, że dam się ponieść tłumowi, “zagotuję się” na wstępie, a potem nie dam rady dobiec do mety. Biegnę więc sobie zachowawczo, czasami może nawet zbyt zachowawczo, ale co tam! Czas nie jest zwykle dla mnie bardzo istotny, choć cieszę się, gdy uda mi się poprawić swoją “życiówkę”. Czasami w trakcie biegu wolę chłonąć atmosferę, cieszyć oczy widokami na trasie, niż walczyć o każdą sekundę. Co prawda nawet ja już się nauczyłam, że w biegach na 5 km nie ma czasu na zbyt spokojny start, od razu trzeba ruszyć tempem zbliżonym do zakładanego na dany czas, bo bieg trwa za krótko, żeby potem nadrobić początkowe straty. Po Biegu Niepodległości na 10 km też wyciągnęłam cenną naukę, że jeśli się decydować na szybszy bieg, to też należy to zrobić odpowiednio wcześnie 🙂 Wtedy nie udało mi się złamać godziny, choć ostatnie 2 km to w porównaniu do początkowego tempa biegu pędziłam na złamanie karku 😉 Zresztą Endomondo wciąż jako mój najszybszy kilometr pokazuje właśnie końcówkę tamtego biegu;)
Mądrzejsza więc o to doświadczenie, w trakcie biegu kierowałam się wskazaniami mojego zegarka. Właściwie przez przypadek ustawiłam wyświetlacz na średnie tempo, a nie tempo bieżące, ale jak się okazało było to bardzo dobre posunięcie 🙂 Kiedy się zorientowałam w pomyłce, już, już miałam przestawić zegarek, ale wtedy doznałam olśnienia! Żeby ukończyć bieg z czasem poniżej 1 h, to zegarek musi wskazywać średnią wartość poniżej 6 minut/km. Bardzo mnie więc cieszyło, że pokazywana na wyświetlaczu wartość stopniowo zbliża się do tych upragnionych 5:59 min/km 🙂 6:14, 6:13, 6:10, 6:07, 6:05… Pomagało mi też to, że trasa biegu była mi znana m.in. z 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego, gdyż częściowo się z nią pokrywała.

Od ok. 5-6 km czułam, że “coś” się dzieje w środkowej części spodu prawej stopy i że nie jest to nic dobrego… Od 7 km czułam już wyraźnie ból. Ale bardzo chciałam złamać tę godzinę i czułam że naprawdę mam szansę to zrobić.

Kiedy przekroczyłam 8 km i zobaczyłam Stadion Narodowy z bliska, wiedziałam że się uda, że mam jeszcze siły żeby utrzymać odpowiednie tempo do mety. To było super uczucie! Jakby nogi same niosły! Trasę od Mostu Świętokrzyskiego doskonale pamiętałam z poprzedniego dnia (finisz marszobiegu był w tym samym miejscu) i wiedziałam, że już za chwilę będzie meta. Jeszcze tylko okrążyć Stadion!

Starałam się nie myśleć o tym, że coś mnie boli. Właściwie to chyba nawet przestałam czuć ból. Skupiłam się na gonieniu zajączka… w osobie pacemakera na 1:00:00, bo znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

Kiedy go wyprzedziłam na ostatniej prostej, to miałam już niemal pewność że się udało 🙂 Za metą mój zegarek pokazał czas 00:59:15 (sekundę więcej niż czas oficjalny).

Uff! Udało się! 🙂
Jeszcze w strefie medalowej poprosiłam inną Uczestniczkę biegu (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)) o zrobienie zdjęcia. Pani poprosiła mnie zresztą o to samo. Mam jednak nadzieję, że w roli fotografa wypadłam lepiej, niż Ona 😉 W każdym razie, gdy zobaczyłam te zdjęcia uśmiechnęłam się od ucha do ucha 😀 Nie byłam zła. W końcu to moje nogi grały w tym biegu główną rolę 😉
 Zdjęcie w strefie medalowej. Element najważniejszy dla biegacza uwieczniony 😉
Dopiero po chwili prawa stopa przypomniała mi o sobie 😉 Tak jak podejrzewałam już w trakcie biegu, pojawił się na niej piękny pęcherz. Mój pierwszy biegowy bąbel 😉 Obstawiam że zawiniły skarpetki. Dopasowane, ale zwykłe, bawełniane, nie funkcyjne (przetestowane co prawda wcześniej na 5 km) w połączeniu z wodą na trasie.
 Cena życiówki 😉
Po odebraniu depozytu odstałam jeszcze z Bratem prawie 1,5 h (!) w kolejce do namiotu, w którym można było wygrawerować na medalu swój czas. Ponieważ był to pierwszy bieg na 10 km, w którym nie zobaczyłam 1 h z przodu, zależało mi na tym grawerze. Robiło mi się coraz zimniej, zaczął znowu kropić deszcz i marzyłam już tylko o ciepłym prysznicu. Jednak mimo zimna i bólu stopy z uśmiechem na ustach wróciłam do domu 🙂
Medal 🙂
Przepowiednia? 😉
*** 

Poradnik biegacza

Ponieważ w sobotę 2.05 miałam start w półmaratonie w Sopocie, chciałam żeby pęcherz jak najszybciej przestał mi dokuczać.
W poniedziałek, choć ze stopą było już znacznie lepiej, niż bezpośrednio po niedzielnym biegu, pobiegłam do apteki i kupiłam plastry Compeed na pęcherze (te duże, na piętę). Po naklejeniu plastra mogłam już normalnie chodzić i nic mnie nie bolało. We wtorek biegałam na treningu 😉
Kiedy pakowałam się na wyjazd do Sopotu, miałam tylko dylemat odnośnie butów – czy zabierać je na półmaraton, czy może wybrać inne, w których już pokonałam ten dystans bez szwanku. Pęcherz przytrafił mi się w biegu na 10 km, a teraz do pokonania miałam przecież ponad 21. W #adistar #boost biega mi się jednak tak lekko, że postanowiłam zaryzykować 🙂
Ilość płynu w pęcherzu się zmniejszyła, jednak mały bąbel nadał na stopie był, w czwartek wieczorem przed wyjazdem przebiłam więc pęcherz (bo nie zrobiłam tego od razu) zdezynfekowaną igłą. Chyba jednak lepiej zrobić to od razu, choć zdania na temat przebijania pęcherzy są podzielone 😉 Ilu biegaczy, tyle sposobów na tę dolegliwość 🙂 Rano zabezpieczyłam miejsce po bąblu zwykłym plastrem.
W sobotę rano przed biegiem nakleiłam na nie nowy plaster na pęcherze, który tworzy na stopie taką ochronną poduszeczkę. Na lewej w analogicznym miejscu nakleiłam zwykły szeroki plaster. I na szczęście obyło się już bez pęcherzy 😉 Relację z biegu w Sopocie znajdziesz: tutaj.

#owm #biegna10km #biegoshee