Lektury w biegu: “Buduj swoje życie odpowiedzialnie i zuchwale” Kamila Rowińska

To kolejna pozycja jaką wybrałam do przeczytania w ramach mojego czelendżu, czyli V edycji wyzwania Kamili Rowińskiej. Łatwo nie było, ale udało mi się skończyć lekturę na czas. Łatwo nie było, nie tylko ze względu na limit czasowy. Przede wszystkim nie było łatwo, bo “Buduj swoje życie odpowiedzialnie i zuchwale”, to nie jest to książka, którą po prostu się czyta… Najlepiej zawiniętym w kocyk, w wygodnym fotelu, z kubkiem ciepłej herbaty lub kawy. I do tego jeszcze z ciasteczkiem… To książka, z którą trzeba solidnie popracować.
Czytaj dalej Lektury w biegu: “Buduj swoje życie odpowiedzialnie i zuchwale” Kamila Rowińska

#BiegamDobrze i dlatego zapisałam się na swój pierwszy maraton!

Wraz z zapisami na 37. PZU Maraton Warszawski wystartowała akcja “Biegam Dobrze”. Nie wiem, czy pobiegnę dobrze, ale na pewno pobiegnę ze wszystkich sił! We wrześniu będę startować w 37. Maratonie Warszawskim!

Już kiedyś wspominałam, że chętnie biorę udział w biegach charytatywnych. Kiedy tylko mogę to biegam i pomagam. Jednym z moich biegowych marzeń jest start w biegu na dystansie 42,195 km. Ponieważ mieszkam w Warszawie najbardziej oczywistym wyborem dla mnie jest Maraton Warszawski. Nastawiałam się (tak optymistycznie) na start w 2016 r. Jednak udział w 10. PZU Półmaratonie Warszawskim sprawił, że zaczęłam sobie po cichu myśleć o starcie w tegorocznej edycji. Nikomu się do tego pomysłu nie przyznawałam, bo głupio mi było o tym mówić głośno samej przed sobą, a co dopiero przed kimś innym… Dopiero w trakcie ostatniego biegania z Bratem nr 1 jakoś mimochodem pojawił się ten temat. Temat startu w maratonie we wrześniu 2015.

Po konsultacji z moim trenerem (wierzcie mi, że żeby go spytać o to co sądzi o takim pomyśle musiałam się naprawdę zebrać w sobie) stwierdziłam, że zmierzę się z królewskim dystansem wcześniej, niż zakładałam, czyli jeszcze w tym roku. Kuba (mój trener) powiedział, że “zdecydowanie sądzi” że jestem w stanie przygotować się do maratonu we wrześniu. To dodało mi wiary we własne siły. Gdyby nie użył słowa “zdecydowanie”, to bym się pewnie jeszcze zastanawiała… A tak – proszę – właśnie zapisałam się na 37. Maraton Warszawski. Mój pierwszy maraton!

Dużym impulsem była przy tym dla mnie akcja “Biegam Dobrze” towarzysząca zapisom do tegorocznej edycji MW i która jest według Organizatorów pierwszym w Polsce modelem aktywnej biegowej charytatywności. Właśnie tę drogę zapisu wybrałam – żeby wystartować w maratonie biorę udział w charytatywnej zbiórce pieniędzy na rzecz Fundacji “Dzieci Niczyje”.

Chcę, żeby mój debiutancki start w maratonie był czymś więcej niż tylko wyścigiem, nawet jeśli chodzi tu o wyścig z samą sobą. I Ty możesz mi w tym pomóc! Jak?

Wesprzyj Fundację “Dzieci Niczyje” dla której chcę pobiec. Zebrane środki zasilą jej konto, a kiedy licznik mojej zbiórki przekroczy 300 zł otrzymam od niej numer startowy. Od siebie na początek daję tyle, ile każdy uczestnik musi zapłacić za udział w maratonie, czyli 100 zł.

Na zebranie środków i zagwarantowanie startu w maratonie mam czas do 15 sierpnia, jednak swoją zbiórkę mogę prowadzić dalej – do 15 października. Dlatego mam nadzieję, że uzbiera się suma wyższa niż minimalna 🙂 Każda kwota się liczy. Razem możemy więcej!

Pomóżmy tym, którzy najbardziej potrzebują naszej pomocy – dzieciom, które doświadczają przemocy i które są tak bardzo bezbronne!

Sama jestem mamą dwóch synów i mam dość słuchania w mediach informacji o kolejnym skrzywdzonym dziecku! Nie chcę więcej biernie słuchać! Wierzę, że działania Fundacji pomogą odmienić los dzieci, którym dzieje się krzywda i pomóc przywrócić uśmiech na twarzy tym, które krzywdy doznały. Fundacja prowadzi szereg działań edukacyjnych, wspierając je możemy zapobiec kolejnemu nieszczęściu. Obiecuję, że pobiegnę ze wszystkich sił!

Biorąc udział w zbiórce pieniężnej pomożesz spełnić mi moje biegowe marzenie. Nie ono jest jednak w tym najważniejsze, bo dużo ważniejsze są dzieci, którym możesz w ten sposób pomóc.

Link do strony zbiórki charytatywnej na rzecz Fundacji “Dzieci Niczyje”, gdzie można wpłacać pieniądze:
https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/221

Z góry dziękuję za wsparcie! 🙂

PS. W relacji z Biegu na Piątkę towarzyszącemu 36. Maratonowi Warszawskiemu wspomniałam słowa Pana Przemysława Babiarza – a jednak miał rację! Choć o to samo tempo będzie trudno ;)(uzyskałam wtedy czas 00:30:27 netto).

O działalności Fundacji “Dzieci Niczyje”
Fundacja Dzieci Niczyje istnieje po to, aby zapewnić każdemu dziecku bezpieczne dzieciństwo. Chronimy dzieci przed krzywdzeniem i pomagamy tym, które doświadczyły przemocy.
Realizując naszą misję:

  • Uczymy dorosłych, jak traktować dzieci, żeby ich nie krzywdzić
  • Pokazujemy im, jak reagować, gdy podejrzewają, że dziecku dzieje się krzywda
  • Uczymy dzieci, jak mogą uniknąć przemocy i wykorzystywania
  • Oferujemy krzywdzonym dzieciom i ich opiekunom pomoc psychologiczną i prawną
  • Wpływamy na polskie prawo, by jak najlepiej chroniło interes dziecka

Więcej można przeczytać tutaj: http://fdn.pl/o-fundacji

O akcji Biegam Dobrze
Zgłaszając się do startu w 37. PZU Maratonie Warszawskim biegacze mogą aktywnie wesprzeć działanie jednej z czterech organizacji partnerskich: Amnesty International, Fundacji Dzieci Niczyje, Fundacji Synapsis lub Fundacji Rak‘n’Roll. Aby podjąć to wyzwanie wystarczy podczas rejestracji założyć profil swojej zbiórki, za pośrednictwem którego znajomi, rodzina, sąsiedzi czy inni biegacze będą mogli wpłacać środki na wybrany przez zawodnika cel.
Kiedy licznik na założonym profilu przekroczy 300 zł, fundusze zasilą konto wybranej organizacji, a biegacz otrzyma od niej numer startowy. Na zebranie środków, a tym samym zagwarantowanie sobie startu w 37. PZU Maratonie Warszawskim, biegacz charytatywny ma czas do 15 sierpnia, jednak swoją zbiórkę może prowadzić dalej – aż do 15 października.
Jeśli do 15 sierpnia zawodnik uzbiera mniej niż 300 zł – zebrana kwota zostanie przekazana na wskazany przez niego cel charytatywny, a biegacz nadal będzie miał czas na zgłoszenie się do maratonu drogą tradycyjną, wniesienie opłaty startowej i udział w biegu.
Dla wszystkich biegaczy charytatywnych Fundacja „Maraton Warszawski” wraz ze sponsorami przygotowała prezent – pakiet zawierający koszulkę techniczną.
Regulamin biegu, formularz zapisów i inne przydatne informacje znaleźć można na stronie www.pzumaratonwarszawski.com

#BiegamDobrze #LubięBiegać #ChcęPomagać #biegamipomagam

Zawody biegowe: 10. PZU Półmaraton Warszawski, czyli jeden z celów biegowych na 2015 osiągnięty! :)

Kto czytał mój pierwszy w tym roku wpis na blogu (kto nie czytał zawsze może to teraz nadrobić ;)) ten wie, że jednym z celów na 2015 było ukończenie biegu na dystansie 21,0975 km. I właśnie to zrobiłam! 😀

 
Trasa 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego zapisana na moim Endomondo 🙂

Tak na marginesie, to po cichu liczę, że uda mi się ten wyczyn w tym roku powtórzyć co najmniej jeszcze raz (tak, tak – apetyt rośnie w miarę jedzenia ;)). Okazja nadarzyła się właściwie sama, bo kilka dni temu wygrałam pakiet startowy na PKO Półmaraton Sopot, który odbędzie się praktycznie już za miesiąc, 2.05. Tydzień przed moimi 33. urodzinami, więc tym bardziej mam ochotę pojechać. Mam nadzieję, że się uda – każda tego typu przyjemność wiąże się też niestety z wydatkami… Mimo wszystko kontynuujemy z Kubą, moim trenerem, przygotowania półmaratońskie 🙂 W niedzielę wieczorem, kiedy emocje ze startu jeszcze dobrze nie opadły, miałam już w mailu rozpisany plan na kolejny tydzień. Pełen profesjonalizm 🙂

Innym postanowieniem na ten rok było pisanie relacji ze startów na bieżąco, kiedy emocje i wspomnienia są jeszcze bardzo żywe, postaram się więc w miarę szybko opublikować ten post. Małgosiu, to między innymi dla Ciebie 🙂

Niestety, niedziela nie rozpoczęła się dla mnie tak jakbym tego chciała. Ale po kolei…

Po pierwsze, nie mogłam zasnąć. Nie wiem dlaczego, raczej nie z nerwów. Kiedy znalazłam się w łóżku i tak nie było za wcześnie, a tu jeszcze w nocy przestawialiśmy zegarki na czas letni, więc i tak godzinę snu miałam mieć mniej.  Całą sobotę spędziłam poza domem. Może i lepiej, bo nie miałam okazji zbytnio myśleć nad moim debiutanckim niedzielnym startem i niepotrzebnie się denerwować. Minus był taki, że nie miałam do startu nic kompletnie przygotowanego a jak już kiedyś pisałam, wolę sobie wszystko naszykować wieczorem dzień wcześniej: raz – bo rano mogę dłużej pospać ;), dwa – bo nie biegam rano nerwowo po domu, trzy – bo przedłużam w ten sposób przyjemność, jaką mam ze startu w zawodach 😉
Po drodze do domu odebrałam od Brata nr 1 pakiet startowy. Mając małe dzieci, odbiór pakietu przez kogoś innego jest dużym ułatwieniem, więc tym bardziej doceniam, że Brat biega razem ze mną 😉 Z drugiej strony odbierając pakiet osobiście, zwłaszcza na duży bieg (bo zwykle towarzyszy wtedy temu cała biegowa otoczka), można wprowadzić się w biegowy nastrój już dzień wcześniej…

Pakiet startowy a w nim: plecako-worek, numer startowy, czip, koszulka techniczna, worek foliowy na depozyt, naklejki z numerem do naklejenia na worek depozytowy oraz pamiątkowe m.in. z napisem FINISHER, Informator zawodów, napój izotoniczny 4MOVE, ciasteczka zbożowe belVita i kilka ulotek reklamowych od parterów biegu.
 

Po powrocie do domu, zanim położyliśmy dzieciaki spać, trochę się zeszło. Potem przygotowanie do debiutanckiego startu w zawodach na dystansie półmaratonu zajęło mi więcej czasu, niż na inne biegi. Między innymi dlatego, że pakiet startowy wpadł w moje ręce tak późno. Musiałam się nim trochę “nacieszyć”. Uzupełniłam dane osobowe na odwrotnej stronie numeru startowego. Numeru z moim imieniem 🙂 Przeglądałam m.in. informator zawodów – wg mnie, poza samym regulaminem zawodów, to lektura obowiązkowa przed startem w zawodach – kompilacja najważniejszych informacji.

Informator zawodów – lektura obowiązkowa przed biegiem.

Przymierzyłam też oczywiście koszulkę z pakietu startowego.

Koszulka techniczna z pakietu startowego.

I tu pojawił się dylemat czy pobiec w niej, solidaryzując się z innymi biegaczami, czy może w innej… Kiedy wiele tysięcy biegaczy ma na sobie podobny strój, to ma to dla mnie swój urok. Ma się wtedy jeszcze większe poczucie wspólnoty z innymi biegaczami. Jednak, szczerze mówiąc, tak na pierwszy rzut oka, koszulka nie przypadła mi za bardzo do gustu. Jest za mało różowa (różowy to mój ulubiony kolor jeśli chodzi o strój i gadżety do biegania;)). Żartuję, po prostu rozmiarowo to nieco wyrośnięte “M” i jest na mnie trochę za duża (“M-ka” za duża – jak cudownie to brzmi;)). I grafika, co prawda oddająca ideę dekady tych zawodów, jakoś mnie nie zachwyciła, ale de gustibus non est disputandum… Poza tym, pomyślałam sobie, że będę mieć o wiele większą przyjemność z noszenia tej koszulki, kiedy już przebędę dystans półmaratoński na własnych nogach. Koszulka czeka więc na swoją biegową premierę, a ja ostatecznie zdecydowałam się pobiec w koszulce adidas Supernova W #climacool od SKLEPBIEGOWY.COM. Ma piękny, energetyczny fioletowo-różowy kolor 🙂

W efekcie tego wszystkiego zasnęłam ok. 3:00, na szczęście już tego nowego, przestawionego czasu. Spałam o wiele za krótko…

Po drugie. Jak nietrudno się domyślić, w efekcie powyższego, rano nie mogłam wstać. Budzik dzwonił, a ja czekałam na kolejną drzemkę i jeszcze kolejną… ale na szczęście jakoś się udało 🙂 Niestety, wstałam z katarem. Na dwa dni przed półmaratonem zaczęło mnie brać jakieś przeziębienie i zdecydowało się zaatakować bardziej konkretnie właśnie w dniu mojego debiutu. Jakby tego było mało, do kataru dołączył też ból brzucha, bo Matka Natura uznała, że nie zaszkodzi mi przypomnieć, że jestem kobietą… Śniadanie (bułkę z miodem, gdyby ktoś był ciekaw) wcisnęłam w siebie przez rozsądek, bo mój żołądek jeszcze się nie obudził. Połknęłam więc no-spę i zaczęłam się dość żwawo szykować do wyjścia. Zbliżała się umówiona godzina, o której miał przyjść po mnie Brat nr 1, żebyśmy razem pojechali na zawody.
Już po biegu, przeczytałam w relacji Bartka Olszewskiego, znanego jako WarszawskiBiegacz.pl, że on też zażył przed biegiem m.in. no-spę (co prawda z innych powodów ;), jak się domyślam, żeby uniknąć skurczy mięśni). Może więc niepotrzebnie denerwowałam się w niedzielę z rana na Matkę Naturę, ona widocznie chciała dla mnie jak najlepiej 😉

Tego dnia komunikacja miejska w Warszawie była dla uczestników biegu darmowa, bilety zastępował numer startowy.

Bilet warszawskiej komunikacji miejskiej w dniu zawodów 😉
 

Po drodze na Pl. Piłsudskiego, gdzie mieściło się miasteczko zawodów, wyjrzało słońce. Doszłam więc do wniosku, że pewnie za ciepło się ubrałam. Zdecydowałam się na długie legginsy, koszulkę funkcyjną z długim rękawem plus wspominaną wyżej koszulkę z krótkim na wierzch. Poranne 5°C na termometrze i chmury nie zachęciły mnie do biegu na krótko, przecież jestem zmarzluchem;) Na szczęście oprócz czapki przeznaczonej na zimniejsze dni, wrzuciłam do torby moją czapkę z daszkiem. Kiedy jednak przy depozycie zdjęłam kurtkę, zdecydowałam się pozostać w długim rękawku. Choć świeciło słońce, wiał wiatr i było mi (delikatnie mówiąc) dość rześko. Cóż, klasyczny błąd nowicjusza, który musiałam potem skorygować w trakcie biegu 😉

 Miasteczko zawodów na Pl. Piłsudskiego. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem – tłum biegaczy. Nic dziwnego – zawody ukończyło 12 958 zawodników.

Trochę zaskoczyła mnie długość kolejek do tojtojów. W efekcie, sygnał startu usłyszałam, kiedy stałam jeszcze w kolejce do WC Chatki 😉 Nauczka na przyszłość, przybyć na miejsce biegu z odpowiednim wyprzedzeniem! Na szczęście, kiedy dotarłam do swojej strefy startowej, ta dopiero zaczęła ruszać w kierunku linii startu. Już po biegu okazało się, że różnica czasu brutto i netto wyniosła w moim przypadku 10 min i 10 s.

Po raz pierwszy już sam start wywołał u mnie wzruszenie – o mało się nie rozpłakałam już w momencie przekraczania linii startu. Cóż, mam oczy w mokrym miejscu… Najwyraźniej atmosfera i emocje innych ludzi wokół mnie tak mi się udzieliły… A może po prostu z całą mocą dotarło do mnie co zamierzam za chwilę zrobić i jaką to stanowi odmianę od tego co było jeszcze 10 miesięcy temu? Nie wiem, grunt że się jednak opanowałam i wyruszyłam w swój najdalszy i najdłuższy jak do tej pory bieg.

Początek był naprawdę piękny, aż chciało się biec. Ustaliliśmy z Kubą, że spróbuję powtórzyć taktykę z XXXII Biegu Chomiczówki (15 km) – początek miałam przebyć jak najspokojniej, żeby się “nie zagotować” na pierwszych kilometrach, a potem (jeśli tylko będę czuć że dam radę) od ok. 15 km przyspieszyć. Tuż przed podbiegiem nad Al. Jerozolimskimi wyprzedziła mnie, żeby nie powiedzieć, że zmiotła z trasy;), dość zwarta grupka biegnąca za pacemakerem, nie umiem jednak powiedzieć teraz na jakie tempo biegli, ale na pewno nie na 2:20. Trochę mnie to zaskoczyło, bo byłam pewna, że na starcie dołączyliśmy się do oczekujących biegaczy niewiele przed ostatnim pacemakerem, biegnącym właśnie na 2:20. Jak się później okazało, nie była to ostatnia wyprzedzająca mnie tego typu grupka… Usunęłam się więc na bok i spokojnie, swoim tempem dotarłam do pierwszego punktu nawadniania na 5 km. Dobiegłam tam po ok. 33 min, chętnie korzystając z wody. Poczułam w żołądku “chlupnięcie” zimnej wody, co wywołało lekki dyskomfort, ale na szczęście tylko przez chwilę. Biegłam więc sobie dalej spokojnie do 7 km, gdzie był nawrót w stronę Centrum.

Kiedy wbiegłam na ul. Puławską poczułam że jest mi jednak zdecydowanie za ciepło. Przebiegłam tak jeszcze jakiś kawałek, aż w którymś momencie uznałam, że po prostu muszę zdjąć z siebie jedną warstwę. Zdecydowałam, że będzie to koszulka z długim rękawem (ta spodnia, żeby nie było za łatwo ;), ale przynajmniej można ją było zawiązać w pasie). Nie przerywając biegu ściągnęłam ją z siebie i od razu poczułam, że to była właściwa decyzja! Dosłownie jakby ktoś zdjął ze mnie parę kilo! 😉

Na 10 km zameldowałam się po 01:07, czyli nieco szybciej niż w czasie mojego pierwszego oficjalnego startu na 10 km w Biegnij Warszawo 2014. Przyznaję jednak, że w trakcie biegu nie spoglądałam zbyt często na zegarek, a jeśli już, to patrzyłam raczej na pokonany dystans, a nie na tempo. Postanowiłam przede wszystkim cieszyć się z tego startu. Na punkcie nawadniania wypiłam najpierw izotonik, a potem jeszcze trochę wody.

Przy ul. Waryńskiego (mniej więcej w połowie trasy) minęłam grupkę studentów walczących ze swoją “połówką”, jeśli wiecie co mam na myśli 😉 Ten widok wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Niestety, jakoś za późno się zreflektowałam i nie mam żadnego własnego zdjęcia. “Pożyczam” więc to z fejsbukowej strony Fundacji “Maraton Warszawski”, autorstwa P. Andrzeja Chomczyka.

Studenci dzielnie walczyli ze swoją połówką 😉
Żródło: www.facebook.com/FundacjaMaratonWarszawski fot. Andrzej Chomczyk

Odcinek biegnący Trasą Łazienkowską, między Rondem Jazdy Polskiej a zbiegiem w ul. Solec, wspominam bardzo dobrze. Chyba było wtedy trochę z górki 😉 Szczęśliwie minęłam 13 kilometr i zrobiłam kilka fotek zamkniętemu Mostowi Łazienkowskiemu, przez pożar którego trasa biegu musiała niemal w ostatniej chwili ulec zmianie. Nie każdy pewnie zdaje sobie sprawę z tego, że atestowana przez PZLA trasa musi spełniać różne ściśle określone wymogi (np. musi posiadać określoną różnicę wysokości między startem i metą). Tym bardziej chylę czoła przed Organizatorami, że tak szybko udało im się opracować nową trasę. Moim zdaniem bardzo fajną trasę. Z doświadczenia w organizowaniu imprez związanych z częściowym wyłączeniem ruchu w mieście wiem, że załatwianie tego typu spraw wiąże się z solidną porcją papierkowej roboty, a działałam na znacznie mniejszą skalę. Chapeau bas!

 Szczęśliwa 13-tka i zamknięty Most Łazienkowski.

Kiedy zbiegłam na Wisłostradę poczułam, że trochę wieje i nie było mi już tak przyjemnie. Minęłam Stadion Narodowy, pod którym pierwotnie miała być meta biegu.

 Stadion Narodowy
 
Spotkałam też Babę Jagę, która biegła z czerwonym jabłkiem w ręce (niestety niewidocznym na zdjęciu) i poszukiwała Królewny Śnieżki 😉
 
Baba Jaga 😉

Niedługo po tym spotkaniu zrównała się ze mną grupa biegnąca na 2:20, a potem był punkt odżywiania na 15 km, na którym złapałam kawałek banana, izotonik i chyba jeszcze wodę, już nawet dokładnie nie pamiętam… Na tym punkcie nieco zamarudziłam i grupka z chorągiewką 2:20 trochę mi odskoczyła. Mój zegarek zarejestrował na 15 km czas 01:42:20.

 
Kawałek za punktem odżywiania swoje ciemne wnętrze otworzył przede mną tunel na Wisłostradzie. Było w nim trochę rześko, ale właściwie to można było odpocząć od wiatru i nieco się w nim orzeźwić. Postanowiłam, że po wybiegnięciu z tunelu zacznę przyspieszać. W mojej głowie zaświtała myśl, że może uda mi się pobiec poniżej 2 h 20 min i spróbuję dogonić tę grupkę.
 
Tunel na Wisłostradzie.
Z tunelu, który ciągnie się przez ok. 900 m i jest chyba najdłuższym tunelem drogowym w Polsce, wybiegało się na powierzchnię nieco pod górę. To było w okolicach 16 km. Wtedy poczułam, że moje nogi są jakieś ciężkie. I z zaplanowanego przyspieszania niewiele wyszło. Dopiero kiedy minęłam Stare Miasto udało mi się trochę przyspieszyć. Jednak to nie było już to samo, co w trakcie wspominanego wyżej styczniowego Biegu Chomiczówki, gdzie ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej aktualnej wtedy życiówki na 5 km. Chorągiewka z 2:20 majaczyła mi gdzieś w oddali, ale wciąż była w zasięgu wzroku, co było dla mnie dużą motywacją.
 
Widok na Stare Miasto.
 
Na 17 km zagrzewała biegaczy do boju ekipa z Maratonu Łódzkiego, zachęcając do udziału w biegu na królewskim dystansie. Wiem, że pomyślałam sobie, że maraton to jeszcze sobie na mnie trochę poczeka 😉 Z tą myślą dotarłam do podbiegu, który o dziwo nie był wcale taki zły. Poczułam tylko że nieco poluzowały mi się sznurówki w lewym bucie i zastanawiałam się czy się nie zatrzymać i ich nie przewiązać. Pomyślałam, że jeśli już, to na wszelki wypadek zrobię to za podbiegiem. Bałam się, że jeśli się zatrzymam na podbiegu, to już nie ruszę, a grupka na 2:20 była coraz bliżej…
 
Czy kto widział, jak biegnie króliczek ulicą?
Czy to widział kto, czy to widział kto?
(Skaldowie, “Króliczek”)
 
Kiedy wybiegałam na górę wcale nie miałam ochoty się zatrzymywać. Myślałam tylko o tym, że do mety jest już tak blisko. Zaryzykowałam, że buty się jednak całkiem nie odwiążą (kolejny wniosek na przyszłość – lepiej wiązać buty!). 19 kilometr, kolejny punkt nawadniający. Chyba złapałam izotonik, ale sama już nie wiem 😉 Mimo kostki brukowej pod stopami, po której na zmęczonych mocno nogach biegło mi się bardzo źle, udało mi się wyprzedzić swojego zajączka (czy też raczej króliczka;))!
 
W naszym mieście szukali
króliczka ze świcą,
aż dopadli go, aż znaleźli go… 
Ho, ho! Ho, ho! Ho, ho!
(Skaldowie, “Króliczek”)
 
Nie wiem kiedy minęłam 20 km. Za to wiem, dobrze słyszałam, że kiedy z Miodowej skręcałam w Krakowskie Przedmieście, tłumy kibiców gorąco wszystkich dopingowały. Jeszcze tylko kawałek prosto Krakowskim i skręt w Ossolińskich, zwężenie… I wiem, bardziej chyba czuję, że gdzieś tu zaraz jest meta! Rozglądam się na boki, bo może gdzieś tu jest mój Brat nr 1, który zawsze biega szybciej ode mnie, może moja Przyjaciółka z Mężem… Ale tak naprawdę to wszystkie twarze mi się ze sobą zlewały. Słyszałam tylko, że ktoś krzyknął coś w rodzaju: “Ania biegniesz!” Nie wiem kto to był, ani co dokładnie krzyczał, ale myślę, że to było naprawdę do mnie!
 
I wreszcie jest! Po 21,0975 km! META, na której już regularnie ryczę… ze szczęścia!:)
 
Wcisnęłam odruchowo “stop” na zegarku, ale nawet nie sprawdziłam jaki miałam czas!
Czas jest nieważny! Dostaję gratulacje i medal od Wolontariuszki. Idę dalej, do końca nawet nie wiedząc gdzie, bo jednak byłam trochę oszołomiona. Usłyszałam, że jeden ze sponsorów zachęca do pozowania na swojej ściance. Pozować nie pozowałam, ale zostawiłam na ściance swój podpis.
 
Czas faktycznie nie miał znaczenia 🙂
 
I wtedy zadzwonił do mnie Kuba, poszłam się więc przywitać z moim Trenerem:) Dzięki Niemu mam pamiątkowe zdjęcie z tego ważnego dla mnie momentu 🙂
 
 To ja w mojej koszulce mocy chwilę po przekroczeniu mety 🙂
fot. J. Karasek

Za chwilę skontaktowałam się też z Bratem, który jak się okazało, dobiegł na metę z czasem 02:00:14! On już poszedł odebrać swój depozyt, a mnie czekało jeszcze stanie w dłuuugiej kolejce po jedzenie i upominek od sponsorów biegu w postaci saszetki do biegania. Kiedy stałam w kolejce, przypomniałam sobie o rozciąganiu, więc troszkę się porozciągałam, choć chyba nie najlepiej mi to wyszło;) W tym czasie dotarła do mnie Przyjaciółka z Mężem – moi nieco spóźnieni Kibice na medal 😉

Bardzo dziękuję wszystkim Kibicom – tym osobistym i tym “pożyczonym”. Dzięki Wam biegnie się dużo lżej! 🙂
 
Zostało jeszcze tylko odebranie swoich rzeczy z depozytu. Przybiłam piątkę z Wolontariuszką, która pogratulowała mi ukończenia biegu, co było bardzo miłe. Bardzo się ucieszyłam, że mogę założyć swoją kurtkę, bo folia rozdawana przez organizatorów przestała już wystarczać, mimo przywróconej do łask koszulkowej warstwy numer 2.
 
Ania i Chwała 😉
Przyjaciele odprowadzili nas, mnie i Brata, jeszcze na tramwaj pod Rotundę. Normalnie taki spacer nie byłby dla mnie wyzwaniem, teraz jednak z każdym niemal kolejnym krokiem czułam, że chciałabym jak najszybciej dotrzeć do celu, byle już nie iść;)
 
Na koniec chciałabym jeszcze podziękować Organizatorom i Wolontariuszom – to był naprawdę piękny, dobrze zorganizowany, godny jubileuszu bieg! Lepszego startu na swój debiut nie mogłabym sobie wymarzyć 🙂
 
 
 Medal
 
I na koniec mój czas. Nie udało się pobiec poniżej 2:20, ale było blisko. Teraz przynajmniej mam co poprawiać;)

Mam swojego trenera! :)

Przedstawiam Wam Kubę, mojego trenera 🙂

Kuba (właściwie to Jakub Karasek, biegacz amator i autor bloga “W nogi – czyli rzecz o bieganiu“) przygotowuje mnie do mojego debiutu na dystansie 21,0975 km w 10. Półmaratonie Warszawskim.
Rozpoczęliśmy współpracę 09.01.2015 r. i już 11.01 pojawił się pierwszy sukces – moja życiówka na 5 km (czas: 00:28:05) w biegu z cyklu Grand Prix Warszawa City Trail w Lesie Młocińskim 🙂

Kolejnym ważnym punktem był mój start 18.01 w XXXII Biegu Chomiczówki na 15 km, czyli na dystansie, którego nigdy wcześniej nie przebiegłam. Był to bieg, który miał mi w pewnym stopniu przybliżyć co mnie czeka 29.03. Kuba zaproponował mi taktykę biegu, którą zrealizowałam podczas startu jak najlepiej umiałam. Założenie było takie, by biec stopniowo coraz szybciej. Ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej życiówki na tym dystansie. Po 10 km biegu! Dodało mi to dużo wiary w siebie. I potwierdziło, że taktyka była słusznie dobrana. 

Niestety, ze względu na zabieg, któremu musiałam się poddać 20.01 nastąpiła 6-tygodniowa przerwa w treningach. Do biegania wróciłam na 4 tygodnie przed startem w #warsawhalf. 
15.03, po 2 tygodniach treningów (oczywiście pod kierunkiem Kuby) wzięłam udział w ostatnim biegu z cyklu City Trail. I znów uzyskałam swój najlepszy jak do tej pory czas 00:27:24. 
Kuba również startował w tym cyklu i to z bardzo dobrymi wynikami. W ostatnim biegu zajął 3. miejsce, uzyskując tym samym 4. w klasyfikacji generalnej całego cyklu. Do tego wybiegał 2. miejsce w swojej kategorii wiekowej M20 w całym cyklu. I jeszcze pierwsze w klasyfikacji generalnej drużyn wraz z kolegami z drużyny ENTRE.PL.

Jakiś czas temu pisałam tutaj, że bieganie z planem treningowym jest dla mnie bardzo motywujące. Bieganie z planem opracowywanym przez trenera jest motywujące jeszcze bardziej! W końcu poświęca swój czas, aby opracować dla mnie plan, więc naprawdę trudno jest opuścić trening z powodu zwykłego “nie chce mi się” 😉

Dzisiaj przede mną kolejny “sprawdzian”. Kuba zapowiedział, że może pojawić się gdzieś na trasie w roli kibica 😉 Sam tydzień temu ustanowił swój życiowy rekord na dystansie półmaratonu w Półmaratonie Marzanny w Krakowie – czas 1:17:21 i miejsce 28/3247. Kosmiczny czas! Dla mnie satysfakcjonujące będzie już samo ukończenie biegu na dystansie półmaratonu. W końcu i tak to będzie życiówka ;P

III Duathlon Maków Mazowiecki: Czas na nowe wyzwania!

Właśnie podjęłam się nowego wyzwania! Nie wiem, czy to rozsądne, bo moje aktualne wyzwanie (półmaraton) wciąż jeszcze przede mną… Ale ponoć do odważnych świat należy, a zawody dopiero we wrześniu 😉

Zawody odbędą się 13.09.2015 r. w Makowie Mazowieckim. Duathlon to połączenie dwóch dyscyplin – biegania i jazdy na rowerze. Zawodnicy kolejno: biegają, jadą na rowerze i znowu biegną. Klasyczny dystans to 10 km biegu + 40 km jazdy rowerem + 5 km biegu.

III Duathlon Maków Mazowiecki odbędzie się na dystansie sprint (5 km – 20 km – 2,5 km). Obowiązuje limit czasu na dwie pierwsze konkurencje wynoszący 115 minut, czyli 1h 55 minut.

Do tej pory jeżdżąc rowerem rekreacyjnie pokonywałam 20 km w czasie 1h 10 min. Przebiegnięcie 5 km zajmuje mi ok. 30 min. Czyli teoretycznie zostaje jeszcze 15 min “zapasu”. Tylko, że jeszcze nigdy nie robiłam tego jedno po drugim;) A na deser będzie jeszcze 2,5 km biegu. Myślę jednak, że przy odpowiednim treningu dam radę 🙂 A jazda na rowerze jest dobrym treningiem uzupełniającym dla biegacza.
Trasa zawodów.
fot. www.kochammakow.pl
Na szczęście nie jest wymagany start na rowerze szosowym, bo takiego nie posiadam 🙂 
Duathlon to odmiana triathlonu, ale posiadanie licencji triathlonowej też nie jest konieczne, żeby wystartować w Makowie.
Zawody są połączeniem moich ulubionych dyscyplin, więc bardzo się cieszę, że wezmę w nich udział 🙂
bieganie + rower = ♡

Wyzwanie “100 km w miesiąc” vol. 2

Za pierwszym razem się nie udało, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podjęła tego wyzwania po raz drugi. Tym razem nie zawiodłam. I na własnych nogach pokonałam 100 km w ciągu jednego miesiąca. W zasadzie to wyrobiłam się przed czasem 🙂

Ostatnio zorientowałam się, że nie napisałam nic na temat drugiego podejścia do swojego drugiego wyzwania. Tzn. napisałam na fb, ale nie tu. Pora więc nadrobić zaległości, bo wyzwanie zakończyłam już ponad 3 tygodnie temu!

Poprzednia nieudana próba pokonania 100 km biegiem w ciągu jednego miesiąca, o której pisałam tutaj, zakończyła się 05.10.2014, więc od razu 06.10 rozpoczęłam drugie podejście. No bo jak to? Tak po prostu odpuścić? Nie ma mowy! Gdy ktoś (lub coś) mi mówi, że nie dam rady, to jest to dla mnie najlepsza motywacja. Nie da się? A właśnie, że się da! Tylko patrz!

Najlepsza motywacja 🙂

Tym razem tak mi właśnie powiedziało pierwsze podejście do tego wyzwania. Gdy motywacja jest dobra, to i wyniki od razu lepsze. Koniec wyzwania przypadał na 05.11.2014 r. Setny kilometr przekroczyłam 04.11, czyli przed terminem 🙂

Dni biegowych było 14 (czyli wyszło 100 km w dwa tygodnie;)). W tym czasie trzy razy wzięłam udział w zawodach – dwa razy na dystansie 5 km i raz na dystansie 10 km. Dwa z nich odbyły się nawet jednego dnia 🙂 – czytaj tutaj.

  

 
    Kilka kadrów z mojego wyzwania
W trakcie wyzwania dorobiłam się też jednego czarnego paznokcia;)
 
A mój mini-blog na Facebooku zyskał 100 Fana 🙂
 100 km i 100 “lajków” 🙂

Co mi dało to wyzwanie? Przede wszystkim dodatkową motywację. Wiedziałam, że dam radę wybiegać te kilometry i nie chciałam zawieść samej siebie. Po całym dniu z dziećmi czasami naprawdę było ciężko wyjść pobiegać. Godzina 22:00, ciemno, już nie tak ciepło jak latem… Łatwiej byłoby na pewno zalec na kanapie przez telewizorem… Ale nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Bieganie to czas tylko dla mnie – okazja do pobycia samej ze sobą, ze swoimi myślami, do złapania oddechu, dystansu… Taki mały reset. No i jeszcze okazja do pogadania z Bratem nr 1, bo najczęściej biegam właśnie z nim.

To wyzwanie było kolejnym krokiem do zmiany stylu i trybu życia, jaką się zdecydowałam wprowadzić pół roku temu. Myślę, że na obecnym etapie nie potrzebuję już specjalnej zachęty, żeby wyjść pobiegać. Bieganie weszło mi w krew i gdy nie mogę wyjść pobiegać, to zwyczajnie czegoś mi brakuje. Uważam jednak, że stawianie sobie wyzwań pomaga nam się rozwijać. Stanowi też miłe urozmaicenie codziennych treningów. Dlatego zachęcam każdego początkującego biegacza do podjęcia podobnego wyzwania. Zwłaszcza, gdy ktoś ma kłopoty z utrzymaniem systematyczności treningów 😉

W trakcie wyzwania, tak “przy okazji”, zrealizowałam też 4 tygodnie z mojego planu treningowego do 10. Półmaratonu Warszawskiego. I to jest teraz moje największe wyzwanie 🙂

10. PZU Półmaraton Warszawski – witamy na liście startowej!
Twój numer startowy to: 1536

Wyzwanie “100 km w miesiąc” vol. 1

We wrześniu podjęłam wyzwanie przebiegnięcia 100 km w miesiąc od Aga4Run. Agnieszka w ten sposób postanowiła nagrodzić swoich fanów na Facebooku – 100 fanów => 100 “lajków” =>100 km biegiem w miesiąc. Śledziłam Jej postępy i pod wpływem chwili , czytając podsumowanie “wyzwaniowego” miesiąca, postanowiłam podjąć wyzwanie rzucone przez Nią każdemu biegowemu amatorowi na blogu. “A co,?! – pomyślałam – nie dam rady?! Przecież jestem w stanie przebiec 25 km w tygodniu, miesiąc ma ich mniej więcej 4 – to tak z grubsza licząc powinno się udać”. Ale niestety się nie udało:(

Do ukończenia wyzwania zabrakło mi 19,41 km. Czyli 1/5 zakładanego dystansu. Dużo i niedużo jednocześnie. Wiem, że są tacy, którzy potrafią przebiec cały ten dystans w jeden dzień, ale do tego poziomu wiele mi brakuje, więcej – takiego poziomu pewnie nigdy nie osiągnę. Ale tu nie o to chodziło. W końcu wyzwanie skierowane było do amatora. Chodziło o sprawdzenie się, o wypracowanie regularności w treningach, dodatkową motywację… Niestety, czasem jest tak, że my chcemy zrobić jedno, ale życie ma inne plany. W trakcie wyzwania dopadło mnie przeziębienie. Cały tydzień “wyleciał” mi z treningów. Postanowiłam więc, że wyzwanie przedłużę do 5.10 – czyli o tyle dni, ile zabrało mi przeziębienie. Niestety, nie pomogło.
W minionym tygodniu biegałam tylko dwa razy. Kiedy jest się mamą nie zawsze jest się panią własnego czasu. Przynajmniej mi nie zawsze się to udaje. Bo ja planuję jedno, a dzieje się drugie. Swoje bieganie muszę dostosowywać do mojego młodszego Synka, który ma 9 m-cy i którego nadal karmię piersią. I który jest do mnie z tego powodu baaardzo przywiązany;) Czasami po prostu nie uśnie beze mnie, nie pomaga nawet mleczko zostawione w butelce. Smoczek to nie to samo, z tego chyba powodu nie używa też smoczka-uspokajacza. Żaden mu się nie podobał. Staramy się to zmienić (to uzależnienie od mamy), bo jest to problem nie tylko ze spaniem, ale i z jedzeniem – ciężko go namówić do zjedzenia czegoś innego i zaczynam się tym poważnie martwić, bo przecież powinien w tym wieku jeść o wiele więcej. Tą swoją niechęcią do jedzenia zaskoczył i nas ,i innych członków rodziny (starszy Synek też nie należał do dzieci chętnie jedzących, ale problemy zaczęły się później, na etapie wprowadzania grudek, a nie już na samym wstępie). Jedyny sposób na tego małego niejadka (choć na zabiedzonego to on nie wygląda;)), to ciągłe próbowanie, szukanie patentu na zachęcenie go do próbowania nowych smaków. Będąc rodzicem trzeba się czasem wznieść na wyższe pokłady kreatywności;) Nie idzie to wszystko jednak tak szybko jakbyśmy chcieli. Czasami mam wręcz wrażenie, że idzie to w zupełnie inną stronę, niż byśmy tego pragnęli. No, ale to odrębny temat, chciałam jedynie przybliżyć aktualną sytuację rodzinną;)
W tym tygodniu mój mleczkozależny Synek na dodatek był chory (starszy Synek zresztą też), więc domagał się większej uwagi niż zwykle. Nie marudzę, po prostu mówię jak jest:) Żeby się za bardzo nie rozwodzić nad wątkiem tylko pobocznie związanym z tematem – krótko mówiąc – ten dodatkowy tydzień niewiele zmienił w sytuacji wyzwania. Przebiegłam tylko połowę dystansu potrzebnego do jego ukończenia. I tak, czuję niedosyt i jest mi lekko niewygodnie z tym, że się nie udało, ale nie ma co biadolić, tylko jest kolejny miesiąc, więc ogłaszam “Wyzwanie 100 km” vol. 2:)
Spróbuję w miesiąc (tym razem od 06.10 do 05.11) pokonać jednak te 100 km, bo wiem, że jest to w moim fizycznym zasięgu. Będzie okazja zwiększyć kilometraż w pojedynczym treningu. W końcu jeśli w przyszłym roku mam przebiec półmaraton (lub dwa;)), to samo się nie zrobi!