Zawody biegowe: 5. Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego – jak bieg bez planu zakończył się życiówką :)

Na ten bieg, mój czwarty na dystansie półmaratonu, nie miałam żadnego pomysłu, żadnej taktyki. Poza tym, że chciałam go po prostu ukończyć. Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik… No dobra, wiadomo, że miło byłoby poprawić się w stosunku do poprzedniego półmaratonu 😉 Ale to było tylko takie pobożne życzenie, bo nie było specjalnych przygotowań pod ten start.

Ba, po starcie 06.08 w zawodach City Trail on Tour, w którym wybiegałam życiówkę na 5 km (pochwalę się, a co! ;)), nie przebiegłam ani kilometra! Za to wdrapałam się na kilka szczytów, bo w tydzień poprzedzający zawody spędziłam w górach. Zaliczyłam Gubałówkę, Kasprowy Wierch i Czarną Górę… Byłam też nad Morskim Okiem, do którego dotarłam na własnych nogach. O, przepraszam, jednak biegałam troszkę, bo biegiem pokonałam pół trasy powrotnej znad tego pięknego stawu. Chętnie pokonałabym całą (zbieganie jest bardzo przyjemne, w przeciwieństwie do wbiegania ;)), ale nie byłam sama.

Przyznaję się dobrowolnie, że jakiś mnie leń biegowy w sierpniu dopadł. Mówiłam sobie, że chodzenie po górach wystarczy, że nie mam jeszcze wystarczająco siły na bieganie po górach… Jeszcze, bo przecież bieg górski to moje biegowe marzenie… Na wyjeździe w grę wchodziłoby tylko bieganie rano, a ja za nic nie mogłam się zmotywować do wczesnego wstawania… I nawet wrześniowy maraton nie był dla mnie wystarczającym batem. Pewnie będę potem płakać, ale…

Po powrocie do domu (późno wieczorem w środę, z powodu awarii samochodu o dwa dni później niż pierwotnie planowaliśmy) też jakoś nie było “okazji” pobiegać.

Aż wreszcie w sobotę rano, dzień przed biegiem (przyznaję, że trochę z musu) zebrałam się, żeby pobiegać. Tak po prostu, żeby się trochę rozruszać przed niedzielnymi zawodami. I kiedy wyszłam na dwór i poczułam rześkie powietrze, wiedziałam że to była dobra decyzja. Pobiegałam sobie spokojnie 45 min (po takiej przerwie chciałabym dłużej, ale przecież nazajutrz miałam sobie odbić czas bez biegania z nawiązką) i cieszyłam się, że wreszcie przełamałam to sierpniowe biegowe lenistwo. Czasami naprawdę najtrudniejszy element treningu to po prostu zwykłe wyjście z domu. Warto walczyć ze swoim leniem i nie dać mu się zagadać wymówkami. Tyle tytułem wstępu 🙂

W niedzielę oczywiście zaspałam. Zamiast o 7:00, wstałam o 7:40. Nie słyszałam wcześniej budzika. Tak już mam, że przed zawodami zwykle nie mogę spać. Ale to wieczorem, rano nie mam z tym problemu 😉 Dobrze, że sobie przezornie wszystko naszykowałam wcześniej wieczorem. W pośpiechu zjadłam małe śniadanie, co trochę się chyba potem na mnie zemściło na trasie.
Start biegu zaplanowany był na godz. 10:00. Około 9:00 dotarliśmy z Bratem nr 1, który też startował, na miejsce. Nie było problemu z parkowaniem, bo parking był duży i wolontariusze sprawnie kierowali wjeżdżającymi i pilnowali, żeby każdy się właściwie ustawił. Dojazd do parkingu także był dobrze oznakowany. Szybko i sprawnie odebraliśmy numery startowe i oddaliśmy rzeczy do mobilnego depozytu. Start i meta biegu były zlokalizowane w różnych miejscach. Startowaliśmy z Błonia, a metę przekraczać mieliśmy w Borzęcinie Dużym. Jako depozyt posłużyły dwa autokary, którymi po biegu można było wrócić na miejsce startu.

Trasa 5. Półmaratonu im. Janusza Kusocińskiego
źródło: www.polmaraton.pwz.pl
  ZabiegAnna na starcie. Mina trochę niepewna 😉

Nie minęło dużo czasu i wystartowaliśmy. Jesteśmy tak umówieni z Bratem, że choć razem jeździmy na zawody i razem z nich wracamy, to biegamy każde z nas w swoim tempie. Mój Brat zresztą biega szybciej niż ja, nasze życiówki na półmaratonie różnią się o kilkanaście minut, szybko więc straciłam go z oczu.

Pogoda dopisała i było naprawdę ciepło. Szczęśliwie nie był to upał powyżej 30 stopni Celsjusza, ale i tak słońce mocno przygrzewało. Trasa wiodła raczej przez otwarte przestrzenie i tylko niekiedy wzdłuż drogi rosły drzewa, w których cieniu można było się na chwilę skryć. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i na trasie co ok. 5 km były punkty nawadniania z wodą i izotonikiem. Mimo własnej wody (na dłuższe dystanse zabieram zawsze własny bidon z wodą, głównie dla komfortu psychicznego), chętnie korzystałam z każdego punktu na trasie popijając zarówno wodę, jak i izotonik. Właściwie to w odwrotnej kolejności, bo nie specjalnie lubię posmak izotoniku 😉 Co do bananów nie jestem pewna, bo nie korzystałam za każdym razem, ale chyba były dostępne na każdym punkcie.

Na początku biegło mi się bardzo ciężko. Biegłam w tempie ok. 6:05, ale w okolicach 5 km to się zaczynałam zastanawiać czy ukończę ten bieg biegiem… To taki mój plan minimum na każdy start – przebiec, nawet wolno, cały dystans. I mimo że chciałam biec szybciej to zaczęłam zwalniać do ok. 6:15, potem nawet 6:25. Ok. 10 km była kurtyna wodna i wskoczyłam pod nią cała. Wtedy jakby mi ktoś przełącznik jakiś przestawił. Zaczęłam biec szybciej, kawałek nawet w tempie ok. 5:45 (pamiętam swoje zdziwienie kiedy zerknęłam na zegarek;)). Oczywiście potem zwolniłam, ale udawało mi się utrzymywać równe tempo ok.
6:15. No i było ok do ok. 14-15 km kiedy ponownie trochę zwolniłam i marzyłam tylko
o tym, by dobiec do punktu odżywiania i tam zjeść banana, żeby dostać zastrzyk energii.

Za tym punktem była taka nawrotka, to się chyba nazywa agrafką, dość długa. I mniej więcej w jej połowie spotkałam brata… idącego z przeciwka! To był dla mnie nieoczekiwany
rozwój wypadków. Nie dość, że Brat był niewiele przede mną, to jeszcze szedł! Dogoniłam go więc szybko. Przez ok. km szliśmy/truchtaliśmy razem. Spotkaliśmy grupkę wspaniałych Dziewczyn, które dopingowały swoją, chyba debiutującą w półmaratonie, Koleżankę i… nas 🙂 Niestety, Brat nie mógł biec przez skurcze, nawet truchtanie nie wchodziło w grę.

Acha, na końcu owej agrafki również można było otrzymać wodę i izotoniki od wolonatariuszy. A miły Pan Strażak polewał na życzenie wodą z wiaderka.

Wspaniała grupa wsparcia! Spotkać takie Dziewczyny na trasie to skarb! 🙂 Mam takie swoje małe podejrzenie, że Dziewczyna w czarnej tiulowej spódniczce, to Ola z P jak Przebieraniec 😉 Chciałabym się poruszać z taką gracją i zwinnością jak Ona!

Nie chciałam zostawiać Brata, ale wręcz kazał mi biec, bo wiedział że wciąż mam szansę na lepszy wynik niż ostatnio. No i tak z mieszanymi uczuciami porzuciłam go w okolicach 17,5 km. Postanowiłam sobie, że skoro już, jak wyrodna siostra, go zostawiłam, to muszę się sprężyć i wybiegać tę życiówkę. Wiedziałam że mogę złamać 2:15 i ostatnie 3 km biegłam w tempie ok. 5:40, samą końcówkę chyba nawet poniżej 5:00.

Na metę wpadłam z czasem 02:14:18. Złamałam 02:15:00 – kolejna bariera pękła:) Następnym razem spróbuję zaatakować 02:10:00.

 ZabiegAnna na mecie czwartego w życiu półmaratonu 🙂

Muszę wreszcie zaprzyjaźnić się z żelami, bo ten kiepski początek to może nie tylko brak specyficznych biegowych treningów w ostatnim czasie, ale też wina słabego śniadania. Gdybym miała żel mogłabym to jakoś skorygować a tak trochę
brakowało “pary”. Chyba izotoniki pomogły i banan. I na pewno kurtyny wodne, bez nich byłoby mi ciężko przetrwać ten bieg.

Organizatorom biegu należy się piątka z plusem 🙂 Biuro zawodów działało prężnie, mobilne depozyty także. Wody nie zabrakło, bananów chyba też 😉 Trasa była dobrze oznakowana. Wolontariusze, którzy mogli udzielać informacji, nosili widoczne tabliczki z napisem INFO, więc łatwo ich można było zlokalizować w razie problemu. I patrol medyczny na quadzie przemierzał trasę w tę i z powrotem, aby jak najszybciej namierzyć zawodników potrzebujących pomocy.

Jedynym dla mnie minusem było to, że trasa składała się tak naprawdę z kilku prostych odcinków, zdających się nie mieć końca… Do tej pory nie było dla mnie problemem biec po prostym odcinku (np. w XXVI Biegu Niepodległości, relacja:  tutaj). W przestrzeni miejskiej, gdzie ciągle coś się dzieje, jest więcej kibiców, odbiera się je jednak inaczej. Pierwszy raz odczułam więc to, o czym do tej pory tylko czytałam o tego typu odcinkach tras maratońskich 😉

Z drugiej strony była to szybka, płaska trasa, w sam raz na bicie rekordów życiowych. Myślę, że warto rozważyć w swoim kalendarzu biegowym udział w takim mniej “rozdmuchanym”, bardziej kameralnym biegu. Opłata startowa jest bardziej przystępna, a organizacja naprawdę imponuje. W tym roku padł rekord frekwencji (645 uczestników), ale i tak było luźno, nikt sobie nie przeszkadzał, nikt nikomu nie zagradzał drogi. Czysta przyjemność
biegania 🙂

Podczas niedzielnego biegu i też poprzedniego City Trail on Tour (z którego niestety jeszcze nie popełniłam relacji, ale mam nadzieję, że to wkrótce nadrobię, bo był to przecież ważny dzień dla mojego Synka nr 1, który wygrał zawody w swojej kategorii wiekowej D0), przekonałam się co to znaczy biegać głową 😉 Wcześniej jakoś tego nie doświadczałam, choć zawsze zależało mi żeby biec, truchtać a nie maszerować w trakcie zawodów… Chociaż nie, właściwie to trochę doświadczałam, ale nie w tak dużym wymiarze… Widać
wcześniej nie zależało mi aż tak na najlepszym wyniku 😉 Chyba nie uznawałam tego aspektu za szczególnie ważny… Czy może po prostu nie uświadamiałam sobie, że silna psychika to także ważny element przygotowania do biegu. Teraz z całą mocą mogę powiedzieć, że w bieganiu liczą się nie tylko mocne nogi, ale i mocna głowa! I dobra motywacja!

Cieszę się więc z tego startu, myślę że to był dobry wybór (wcześniej rozważałam jako alternatywę start w BMW Półmaratonie Praskim).

Tak oto pokonałam 21 kilometrów z haczykiem i… tym samym ukończyłam swój 21 start w zawodach w 2015 r. 🙂

Medal upamiętniający postać Janusza Kusocińskiego.
Patron biegu – Janusz Kusociński

Janusz “Kusy” Kusociński – lekkoatleta, olimpijczyk. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 000 m, srebrny medalista biegu na dystansie 5000 m, rozegranego podczas pierwszych lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w 1934 r. Urodził się w 1907 r. Zginął w Palmirach, rozstrzelany przez hitlerowców w 1940 r. Całe swoje życie związał z walką o niepodległość i sportem. Więcej: tutaj.

 I na koniec zdjęcie zrobione podczas tegorocznych wakacji nad morzem. Gwiazda Janusza Kusocińskiego w Alei Sportu we Władysławowie.

ZabiegAnna Drużyna: dołącz do Drużyny na Facebooku!

Do tej pory ZabiegAnna Drużyna funkcjonowała jako wydarzenie na mojej fejsbukowej stronie. Jednak ta forma ma swoje ograniczenia. Ostatnio nie mogłam np. w ogóle dodać zdjęć. Pomyślałam, że pora na kolejny krok.


ZabiegAnna Drużyna to taka moja mała społecznościowa inicjatywa. Chciałabym zgromadzić wokół niej osoby, które lubią biegać i chcą dzielić się swoją biegową pasją z innymi. W końcu kto lepiej zrozumie biegacza, niż drugi biegacz? 😉

Zapraszam Cię do tej społeczności. Możesz podzielić się zdjęciami z treningów, relacją z zawodów, swoją biegową trasą…

Może biegasz od lat, a może jesteś jeszcze przed swoim pierwszym biegowym treningiem? Biegajmy razem! 🙂 Dla zdrowia, dla lepszej kondycji, dla przygody, dla nowych znajomości… Nieważne jaki masz swój biegowy cel. Ważne jest wzajemne wsparcie i motywacja! Nagrodą będzie lepsza kondycja, nowa figura, lepszy humor, satysfakcja, nowe znajomości…

Wrzuć zdjęcia z treningów, relacje z udziału w zawodach. Pokaż innym swoją biegową ścieżkę.

ZabiegAnną Drużynę znajdziesz na Endomondo: https://www.endomondo.com/teams/19642994

A może wolisz Google+?
https://plus.google.com/communities/116027492230341271695

Zapraszam Cię też do rywalizacji na Endomondo:
https://www.endomondo.com/challenges/19641182
Tu możesz porównać się z innymi i jeszcze lepiej zmotywować do kolejnego treningu 🙂

Jeśli zechcesz ZabiegAnną Drużynę wpisać w polu “klub” w trakcie zapisów na zawody, będzie mi bardzo miło 🙂

To jak, dołączysz? 😉

PS. Zajrzyj też na: www.facebook.com/zabieganna

Refleksja biegacza: #BiegamDobrze tylko… wolno :)

Wczoraj uczestniczyłam w treningu FMW runners*. Po raz pierwszy. Trudno mi się wyrwać na zorganizowany trening oddalony od domu, dlatego do tej pory nie miałam okazji brać udziału w tym projekcie. Jednak wczorajszy trening był wyjątkowy, bo zaproszeni zostali szczególnie biegacze, którzy biorą udział w akcji #BiegamDobrze towarzyszącej 37. Maratonowi Waszawskiemu. Nie mogło więc i mnie zabraknąć 🙂

Z trudem, ale dotarłam punktualnie na miejsce 🙂
Teraz, już po treningu, stwierdzam, że #BiegamDobrze tylko… wolno ;P
Zaliczyłam 9 podbiegów Agrykolą (3 długie, 3 średnie i 3 krótkie) + rozgrzewkę, w tempie zbliżonym bardziej do mojego biegania w zawodach na 10 km, niż do tego z treningów 😉 Poza tym utwierdziłam się w przekonaniu, że z koordynacją ruchów to u mnie mocno średnio, o rozciąganiu to już może nawet nie powinnam wspominać… 😉
To był fajny, mocny trening. Miło było popatrzeć na innych silnych biegaczy na podbiegach. Było kogo podziwiać! Między innymi Veganowego Pana Banana – tym razem incognito, bo bez bananowego stroju 😉 Nie ukrywam, że dla mnie wlokącej się praktycznie na końcu, było to też trochę deprymujące, ale dzisiaj działa bardziej motywująco 😉
Zabrakło mi tylko tego, na co liczyłam jadąc na trening – poczucia wspólnoty z innymi biegaczami charytatywnymi. Myślałam, że będzie można się dowiedzieć kto dla jakiej fundacji biegnie, poznać osoby pracujące w fundacjach które wspieramy… Zabrakło kogoś kto poprowadziłby to spotkanie, nie tylko pod względem sportowym. Pech chciał, że Marek Tronina, Dyrektor Fundacji Maraton Warszawski i redaktor naczelny miesięcznika “Bieganie”, nie dojechał. Może to dlatego? Jakoś tak wszystko odbyło się anonimowo 🙁  Może inni brali już udział we wcześniejszych treningach, przyszli ze “swoim towarzystwem”… Ja byłam sama (Milenę With a SMile, z którą się umawiałam niestety zatrzymały obowiązki w pracy) i jakoś nie do końca potrafiłam się tam odnaleźć…
Ale dość marudzenia! Jestem pod ogromnym wrażeniem formy Julita Kotecka – złap dystans! 🙂 Bo Bartka Olszewskiego warszawskibiegacz.pl​ to już miałam wcześniej kilka razy okazję podziwiać na żywo, np. w biegu Szybko po Woli​ – kiedy ja kończyłam 1 pętlę, on już kończył 2 😉
W najbliższym czasie będzie trudno, ale myślę, że przed wrześniowym maratonem jeszcze się wybiorę na trening FMW runners, może tym razem dla odmiany w innej lokalizacji. 🙂
Cóż, dużo pracy przede mną! Chyba za rzadko wychodzę ze swojej strefy komfortu na treningach… Tylko z drugiej strony, czy muszę?;)
Pozdrawiam serdecznie wszystkich biegaczy charytatywnych! 🙂
#BiegamDobrze tylko wolno 😉
*FMW Runners to społeczność biegowa, która powstała z inicjatywy Fundacji “Maraton Warszawski”, przy okazji treningów do 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. To miejsce dla ludzi, którzy czerpią radość z biegania, są otwarci na nowe znajomości i chętni do pokonywania kolejnych dystansów. To także możliwość udziału we wspólnych, zorganizowanych treningach. Spotkania FMW Runners są bezpłatne i odbywają się zawsze o 18:00 w trzech warszawskich lokalizacjach: Stadion Narodowy (poniedziałki), Agrykola (środy) i Kabaty (piątki). Więcej informacji: tutaj.
I jeszcze mała fotorelacja z wczorajszego treningu FMW runners.
 Prowadzący trening – Julita Kotecka i Bartosz Olszewski warszawskibiegacz.pl
 Jak się biegnie na końcu to chociaż ma się widok na wszystko 😉
Były i konkursy – tu: żabi wyścig 😉
#BiegamDobrze
#FMWrunners #treningbiegowy #biegamipomagam #refleksjabiegacza

Trening biegowy: Pogoda zmienną jest – czasem słońce, czasem deszcz

W sobotę mogłam doświadczyć tego osobiście. Może nie była to pogoda z kategorii ekstremalnych (choć tak naprawdę to pojęcie względne, bo dla każdego co innego może być ekstremalne;)), ale zaowocowała pewnymi przemyśleniami, które postanowiłam przelać na wirtualny papier…

Na sobotnim treningu było tak: 🏃🌀💧🚦⛅🌈, czyli na początek ciemne chmury, potem wiatr, deszcz, słońce i na koniec tęcza w nagrodę 🙂

 
Pogoda może niekiedy zaskoczyć – czasem słońce, czasem deszcz.

Kuba W nogi – czyli rzecz o bieganiu zadał mi na sobotę 10 min spokojnego biegu + 20 min w tempie zawodów na 5 km + 10 min spokojnego biegu. Ciężko było mi utrzymać tempo w trakcie tych 20 min, zwłaszcza gdy zerwał się wiatr, ale się starałam. Dwa razy z rytmu wybiło mnie czerwone światło. Podobnie, dwa razy podglądałam, ile jeszcze mi tego szybszego biegu zostało, bo brzęczyk w zegarku coś się ociągał… I nie byłam zachwycona tym co pokazywał wyświetlacz 😉 Mimo wszystko, prawie cały ten czas biegłam w tempie poniżej 5:15 min/km (przynajmniej tak pokazywał zegarek). Wyszło mi razem niewiele ponad 7 km.
Deszcz był nawet miłym orzeźwieniem, bo było jakoś duszno. Jak przed burzą, której na szczęście nie było 😉 Może dlatego biegło mi się tak ciężko?

Na koniec przyjemnie było wystawić twarz do słońca 🌞.

[Poradnik biegacza]
I właśnie w związku z tą zmienną pogodą w trakcie treningu, naszła mnie taka refleksja. Dobrze mieć przy sobie w trakcie treningu chociaż 2 zł – nie zajmuje dużo miejsca a może być bardzo pomocne. W sobotę chętnie kupiłabym sobie za nie wodę, naprawdę by mi się wtedy przydała… Chyba wrócę do biegania z wodą (na początku zawsze biegałam z wodą) – w końcu jest coraz cieplej. Zresztą te 2 zł mogą być potrzebne i w zimie 😉 Wybraliśmy się kiedyś z Bratem nr 1 na dłuższe bieganie do lasu. I kiedy z tego lasu już wracaliśmy, i kiedy miałam do domu jeszcze co najmniej 2 km, poczułam, że ja już nie mam “paliwa”. Wtedy na szczęście miałam przy sobie “piątaka” i wstąpiłam do sklepu po baton czekoladowy 🙂
Kiedy jest taka niepewna pogoda, że raz pada deszcz, raz świeci słońce, to dobrze na dłuższy trening zabrać ze sobą także cieniutką kurtkę przeciwdeszczową. Złożona/zwinięta zmieści się nawet do niedużej saszetki-biodrówki, a może być bardzo pomocna kiedy nagle zacznie padać deszcz. Przezorny zawsze ubezpieczony;) Z cukru nie jesteśmy, więc się nie rozpuścimy, ale wychłodzić i przeziębić się już możemy 😉

PS. Jeśli chodzi o najnowszą ofertę biegową Lidl Polska, dostępną w sieci od czwartku 28.05, bardzo odpowiada mi biustonosz “z lekkim efektem formującym” ;P i “siateczkowa” koszulka z krótkim rękawem. Koszulki bokserki mają luźny krój, ja lepiej się czuję w takich dopasowanych, choć może te luźne lepiej maskują boczki 😉 W spodniach 3/4 brakuje mi kieszonki na suwak z tyłu, jaką posiadały modele w poprzednich kolekcjach. W tych jest mała kieszonka na szwie, z przodu. Klucze się zmieściły, ale tamto rozwiązanie jest praktyczniejsze. Buty są najwygodniejsze ze wszystkich lidlowych, w których do tej pory biegałam 🙂 Takie przemyślenia po kilku treningach 😉

Ubrania funkcyjne Crivit z najnowszej oferty biegowej Lidla

Zawody biegowe: Jak nakręciłam się na parkrun w maju

Na stronie parkrun* zarejestrowałam się już jakiś czas temu, ale “logistyka” do tej pory była zbyt skomplikowana. Obiecałam sobie jednak, że gdy tylko będzie cieplej, to się wreszcie wybiorę. I tak dzisiaj rano przejechałam się tramwajem 45 min żeby sobie pół godziny pobiegać 😉

 
W ramach akcji “Nakręć się na parkrun w maju” można było dzisiaj przynieść nakrętki od butelek, a że zbieram je profilaktycznie, bo może się zawsze znaleźć ktoś kto ich będzie potrzebować, zabrałam ze sobą torbę pełną tychże i “z pewną dozą nieśmiałości” ruszyłam do Parku Skaryszewskiego na parkrun Warszawa-Praga.
 
Oficjalna zbiórka jest pod Pomnikiem Żołnierzy Armii Radzieckiej o godz. 8:45, gdzie znajduje się także meta biegu (na nieco oddalone miejsce startu, koło siłowni plenerowej, uczestnicy udają się wspólnie). Można tam też zostawić swoje rzeczy, choć ja nie będąc pewna czy jest taka możliwość przezornie zabrałam dzisiaj ze sobą tylko to w/z czym mogłam biec. Ostatnio kupiłam sobie nową kolorową (oczywiście w różowych odcieniach :)) sportową saszetkę, do której zmieściłam wszystkie potrzebne rzeczy. Łącznie z małą wodą i z moim kindelkiem. Można więc powiedzieć, że biegłam dziś z całą (no, prawie;)) biblioteką. Coś dla ciała, coś dla ducha 🙂 2×45 min czytania to w moim zabieganym dniu naprawdę luksus 😉

Udział w biegu jest bezpłatny, trzeba jedynie pamiętać, aby na bieg zabrać ze sobą swój Indywidualny Kod Uczestnika, nadawany podczas rejestracji (który można wydrukować samodzielnie lub kupić na stronie www.kodyparkrun.pl w formie plastikowych kart i/lub zawieszek do kluczy wspierając inicjatywę parkrun) oraz pobrać po przekroczeniu mety zwrotny token i podejść z nim do wolontariusza, który skanuje kody. Na podstawie tych odczytów opracowywane są wyniki końcowe biegu.

 
Na miejsce przybyłam ok. 8:30. Trochę było pusto, ale szybko zaczęło przybywać biegaczy. Pewnie sporo osób już się wtedy rozgrzewało truchtając po parku. Ja przyznaję się bez bicia, że dzisiaj ten element nieco zaniedbałam, bo wdałam się w sympatyczną rozmowę z innym debiutującym dziś w parkrunie uczestnikiem, Sławkiem.
 
Pierwsze okrążenie pokonaliśmy wspólnie, ale potem się rozdzieliliśmy, bo to pierwszy sezon biegowy Sławka i na razie jeszcze biega marszobiegiem. Trochę miałam z tego powodu wyrzuty, ale nogi same niosły, więc co zrobić ;P
 
I tak po 2,5 okrążeniach pierwszy parkrun Warszawa-Praga był za mną 🙂 Na pewno nie ostatni!

Parkrun to wspaniała inicjatywa. Poza tym, że można pobiegać po pięknym parku, to można jeszcze poznać ciekawych ludzi z tą samą biegową pasją 🙂

Parkrun to wiecej niż bieg. To społeczność. Jest się znacznie mniej anonimowym niż w trakcie innych zorganizowanych biegów i mi to akurat pasuje. Jeśli się wahasz lub szukasz biegowego kompana to zachęcam – przyjdź na parkrun, nie będziesz żałować 🙂
 
Może następnym razem przyjadę rowerem 🚲? Przed Duathlon Maków Mazowiecki będzie jak znalazł 😉
 
 
Pierwszy parkrun za mną. Uzyskany czas: 00:28:40. Miejsce 72/87 uczestników 104. parkrun Warszawa-Praga 🙂
 fot. S. Nowakowski
 
PS. Dobrze że od zakończenia biegu do momentu pstryknięcia fotki upłynęło trochę czasu, bo inaczej byłabym dokładnie w kolorze mojej koszulki i butów #adistar #boost od SklepBiegowy.com. Choć swoją drogą ten kolor jest śliczny 😉
 
*parkrun to cykliczne i bezpłatne biegi na dystansie 5 km z pomiarem czasu organizowane w każdą sobotę o 9.00 rano. Biegi parkrun przeznaczone są dla każdego bez względu na biegowy staż, uzyskiwane rezultaty czy też wiek.
Udział w biegach jest bezpłatny na podstawie jednorazowej rejestracji w systemie parkrun. Uzyskany kod uczestnika pozwala na udział w dowolnej liczbie biegów, w dowolnej lokalizacji parkrun na świecie. Uzyskane rezultaty zapisywane są w profilach uczestników i przesyłane na ich adres poczty elektronicznej.
parkrun to inicjatywa o zasięgu międzynarodowym. Biegi parkrun rozgrywane są niemal na wszystkich kontynentach i skupiają setki tysięcy biegaczy amatorów. Rejestracji można dokonać: tutaj.
Źródło: www.parkrun.pl
 
#parkrun #biegna5km #biegpoparku #sklepbiegowy #adistar #boost #adidas

Mam swojego trenera! :)

Przedstawiam Wam Kubę, mojego trenera 🙂

Kuba (właściwie to Jakub Karasek, biegacz amator i autor bloga “W nogi – czyli rzecz o bieganiu“) przygotowuje mnie do mojego debiutu na dystansie 21,0975 km w 10. Półmaratonie Warszawskim.
Rozpoczęliśmy współpracę 09.01.2015 r. i już 11.01 pojawił się pierwszy sukces – moja życiówka na 5 km (czas: 00:28:05) w biegu z cyklu Grand Prix Warszawa City Trail w Lesie Młocińskim 🙂

Kolejnym ważnym punktem był mój start 18.01 w XXXII Biegu Chomiczówki na 15 km, czyli na dystansie, którego nigdy wcześniej nie przebiegłam. Był to bieg, który miał mi w pewnym stopniu przybliżyć co mnie czeka 29.03. Kuba zaproponował mi taktykę biegu, którą zrealizowałam podczas startu jak najlepiej umiałam. Założenie było takie, by biec stopniowo coraz szybciej. Ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej życiówki na tym dystansie. Po 10 km biegu! Dodało mi to dużo wiary w siebie. I potwierdziło, że taktyka była słusznie dobrana. 

Niestety, ze względu na zabieg, któremu musiałam się poddać 20.01 nastąpiła 6-tygodniowa przerwa w treningach. Do biegania wróciłam na 4 tygodnie przed startem w #warsawhalf. 
15.03, po 2 tygodniach treningów (oczywiście pod kierunkiem Kuby) wzięłam udział w ostatnim biegu z cyklu City Trail. I znów uzyskałam swój najlepszy jak do tej pory czas 00:27:24. 
Kuba również startował w tym cyklu i to z bardzo dobrymi wynikami. W ostatnim biegu zajął 3. miejsce, uzyskując tym samym 4. w klasyfikacji generalnej całego cyklu. Do tego wybiegał 2. miejsce w swojej kategorii wiekowej M20 w całym cyklu. I jeszcze pierwsze w klasyfikacji generalnej drużyn wraz z kolegami z drużyny ENTRE.PL.

Jakiś czas temu pisałam tutaj, że bieganie z planem treningowym jest dla mnie bardzo motywujące. Bieganie z planem opracowywanym przez trenera jest motywujące jeszcze bardziej! W końcu poświęca swój czas, aby opracować dla mnie plan, więc naprawdę trudno jest opuścić trening z powodu zwykłego “nie chce mi się” 😉

Dzisiaj przede mną kolejny “sprawdzian”. Kuba zapowiedział, że może pojawić się gdzieś na trasie w roli kibica 😉 Sam tydzień temu ustanowił swój życiowy rekord na dystansie półmaratonu w Półmaratonie Marzanny w Krakowie – czas 1:17:21 i miejsce 28/3247. Kosmiczny czas! Dla mnie satysfakcjonujące będzie już samo ukończenie biegu na dystansie półmaratonu. W końcu i tak to będzie życiówka ;P

Refleksja biegacza: Gdy Ci smutno, gdy Ci źle – idź pobiegać, odpręż się! :)

Wczorajszy dzień nie należał do tych najlepszych – Synek nr 2 marudny, Synek nr 1 znudzony, bo od tygodnia siedzi chory w domu… Wychodzili więc z siebie, wchodząc mi na głowę. W efekcie nawet obiadu mi się nie chciało gotować (dobrze że z poprzedniego dnia co nieco zostało ;)) Na zaplanowany trening też mi się nie chciało wyjść…

I tak zaczęłam sama przed sobą szukać różnych wymówek, ale na nic się to zdało – motywacja sama się pojawiła w postaci niezwykle sympatycznej przesyłki od… Lidl Polska 🙂 Różowe buty do biegania!

różowe motywatory 😉

Nie muszę już chyba dodawać, że to mój ukochany kolor jeśli chodzi o biegowe akcesoria… Jak mogłabym więc ich nie wypróbować? 🙂 Wskoczyłam w nie szybko, pobiegałam pół godzinki i wybiegałam złe emocje. I co mnie bardzo cieszy, siły było jakby więcej niż na poprzednich dwóch treningach (jednak 6-tygodniowa przerwa robi swoje). Przy okazji sama różowa się zrobiłam 😉

różowa od stóp do głów 😉
 A w czasie biegu towarzyszył mi księżyc w pełni 🙂
księżyc w pełni
Przy okazji, przypominam co nam daje regularna aktywność fizyczna (w tym oczywiście bieganie):
– wspomaga utrzymanie prawidłowej wagi/zredukować nadmierną masę ciała,
– poprawia sprawność fizyczną – wzrasta zwinność, szybkość i refleks,
– wzmacnia serce i pracę naszego układu krążenia, obniża ciśnienie krwi,
– wzmacnia układ kostny, chroniąc nas przed osteoporozą,
– zmniejsza ryzyko wystąpienia chorób cywilizacyjnych – otyłości, cukrzycy, nadciśnienia,
– wzmacnia naszą odporność,
– pozytywnie wpływa na funkcjonowanie mózgu (poprawia pamięć, koncentrację),
– poprawia jakość snu,
– redukuje napięcia i niepokój,
– poprawia samopoczucie (jak widać wyżej;)),
– sprawia, że czujemy się lepiej w swojej skórze, wzrasta więc pewność siebie.
Wbrew pozorom, uprawianie sportu wcale nie jest tak czasochłonne, jak nam się wydaje. Brak czasu jest chyba najczęstszą wymówką od regularnego “ruszania się”. Tymczasem wystarczy już 30 min 3 razy w tygodniu (rozłożone w czasie, np. co drugi dzień), aby odczuć wyżej wspomniane efekty. Warto zainwestować ten czas w nasze zdrowie.
Początki są najtrudniejsze, trudno zmienić często wieloletnie przyzwyczajenia, tryb życia (coś o tym wiem;)). Jednak z każdym treningiem jest łatwiej. Kiedy już się ruszymy z kanapy, przestajemy zauważać te różne przeszkody, które często sami stwarzamy w swojej głowie. Przyzwyczajamy się do aktywności fizycznej i potem trudno nam sobie wyobrazić nasze życie bez niej. Chyba tak samo trudno, jak wcześniej przychodzi nam wyobrażenie sobie życia z nią 😉 I owszem, dalej zdarzają się chwile kiedy nie mamy na koniec dnia ochoty nawet ruszyć ręką. Jednak przekonałam się już nieraz na własnej skórze, że często właśnie w takie dni treningi wychodzą najlepiej.