Zawody biegowe: 5. Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego – jak bieg bez planu zakończył się życiówką :)

Na ten bieg, mój czwarty na dystansie półmaratonu, nie miałam żadnego pomysłu, żadnej taktyki. Poza tym, że chciałam go po prostu ukończyć. Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik… No dobra, wiadomo, że miło byłoby poprawić się w stosunku do poprzedniego półmaratonu 😉 Ale to było tylko takie pobożne życzenie, bo nie było specjalnych przygotowań pod ten start.

Ba, po starcie 06.08 w zawodach City Trail on Tour, w którym wybiegałam życiówkę na 5 km (pochwalę się, a co! ;)), nie przebiegłam ani kilometra! Za to wdrapałam się na kilka szczytów, bo w tydzień poprzedzający zawody spędziłam w górach. Zaliczyłam Gubałówkę, Kasprowy Wierch i Czarną Górę… Byłam też nad Morskim Okiem, do którego dotarłam na własnych nogach. O, przepraszam, jednak biegałam troszkę, bo biegiem pokonałam pół trasy powrotnej znad tego pięknego stawu. Chętnie pokonałabym całą (zbieganie jest bardzo przyjemne, w przeciwieństwie do wbiegania ;)), ale nie byłam sama.

Przyznaję się dobrowolnie, że jakiś mnie leń biegowy w sierpniu dopadł. Mówiłam sobie, że chodzenie po górach wystarczy, że nie mam jeszcze wystarczająco siły na bieganie po górach… Jeszcze, bo przecież bieg górski to moje biegowe marzenie… Na wyjeździe w grę wchodziłoby tylko bieganie rano, a ja za nic nie mogłam się zmotywować do wczesnego wstawania… I nawet wrześniowy maraton nie był dla mnie wystarczającym batem. Pewnie będę potem płakać, ale…

Po powrocie do domu (późno wieczorem w środę, z powodu awarii samochodu o dwa dni później niż pierwotnie planowaliśmy) też jakoś nie było “okazji” pobiegać.

Aż wreszcie w sobotę rano, dzień przed biegiem (przyznaję, że trochę z musu) zebrałam się, żeby pobiegać. Tak po prostu, żeby się trochę rozruszać przed niedzielnymi zawodami. I kiedy wyszłam na dwór i poczułam rześkie powietrze, wiedziałam że to była dobra decyzja. Pobiegałam sobie spokojnie 45 min (po takiej przerwie chciałabym dłużej, ale przecież nazajutrz miałam sobie odbić czas bez biegania z nawiązką) i cieszyłam się, że wreszcie przełamałam to sierpniowe biegowe lenistwo. Czasami naprawdę najtrudniejszy element treningu to po prostu zwykłe wyjście z domu. Warto walczyć ze swoim leniem i nie dać mu się zagadać wymówkami. Tyle tytułem wstępu 🙂

W niedzielę oczywiście zaspałam. Zamiast o 7:00, wstałam o 7:40. Nie słyszałam wcześniej budzika. Tak już mam, że przed zawodami zwykle nie mogę spać. Ale to wieczorem, rano nie mam z tym problemu 😉 Dobrze, że sobie przezornie wszystko naszykowałam wcześniej wieczorem. W pośpiechu zjadłam małe śniadanie, co trochę się chyba potem na mnie zemściło na trasie.
Start biegu zaplanowany był na godz. 10:00. Około 9:00 dotarliśmy z Bratem nr 1, który też startował, na miejsce. Nie było problemu z parkowaniem, bo parking był duży i wolontariusze sprawnie kierowali wjeżdżającymi i pilnowali, żeby każdy się właściwie ustawił. Dojazd do parkingu także był dobrze oznakowany. Szybko i sprawnie odebraliśmy numery startowe i oddaliśmy rzeczy do mobilnego depozytu. Start i meta biegu były zlokalizowane w różnych miejscach. Startowaliśmy z Błonia, a metę przekraczać mieliśmy w Borzęcinie Dużym. Jako depozyt posłużyły dwa autokary, którymi po biegu można było wrócić na miejsce startu.

Trasa 5. Półmaratonu im. Janusza Kusocińskiego
źródło: www.polmaraton.pwz.pl
  ZabiegAnna na starcie. Mina trochę niepewna 😉

Nie minęło dużo czasu i wystartowaliśmy. Jesteśmy tak umówieni z Bratem, że choć razem jeździmy na zawody i razem z nich wracamy, to biegamy każde z nas w swoim tempie. Mój Brat zresztą biega szybciej niż ja, nasze życiówki na półmaratonie różnią się o kilkanaście minut, szybko więc straciłam go z oczu.

Pogoda dopisała i było naprawdę ciepło. Szczęśliwie nie był to upał powyżej 30 stopni Celsjusza, ale i tak słońce mocno przygrzewało. Trasa wiodła raczej przez otwarte przestrzenie i tylko niekiedy wzdłuż drogi rosły drzewa, w których cieniu można było się na chwilę skryć. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i na trasie co ok. 5 km były punkty nawadniania z wodą i izotonikiem. Mimo własnej wody (na dłuższe dystanse zabieram zawsze własny bidon z wodą, głównie dla komfortu psychicznego), chętnie korzystałam z każdego punktu na trasie popijając zarówno wodę, jak i izotonik. Właściwie to w odwrotnej kolejności, bo nie specjalnie lubię posmak izotoniku 😉 Co do bananów nie jestem pewna, bo nie korzystałam za każdym razem, ale chyba były dostępne na każdym punkcie.

Na początku biegło mi się bardzo ciężko. Biegłam w tempie ok. 6:05, ale w okolicach 5 km to się zaczynałam zastanawiać czy ukończę ten bieg biegiem… To taki mój plan minimum na każdy start – przebiec, nawet wolno, cały dystans. I mimo że chciałam biec szybciej to zaczęłam zwalniać do ok. 6:15, potem nawet 6:25. Ok. 10 km była kurtyna wodna i wskoczyłam pod nią cała. Wtedy jakby mi ktoś przełącznik jakiś przestawił. Zaczęłam biec szybciej, kawałek nawet w tempie ok. 5:45 (pamiętam swoje zdziwienie kiedy zerknęłam na zegarek;)). Oczywiście potem zwolniłam, ale udawało mi się utrzymywać równe tempo ok.
6:15. No i było ok do ok. 14-15 km kiedy ponownie trochę zwolniłam i marzyłam tylko
o tym, by dobiec do punktu odżywiania i tam zjeść banana, żeby dostać zastrzyk energii.

Za tym punktem była taka nawrotka, to się chyba nazywa agrafką, dość długa. I mniej więcej w jej połowie spotkałam brata… idącego z przeciwka! To był dla mnie nieoczekiwany
rozwój wypadków. Nie dość, że Brat był niewiele przede mną, to jeszcze szedł! Dogoniłam go więc szybko. Przez ok. km szliśmy/truchtaliśmy razem. Spotkaliśmy grupkę wspaniałych Dziewczyn, które dopingowały swoją, chyba debiutującą w półmaratonie, Koleżankę i… nas 🙂 Niestety, Brat nie mógł biec przez skurcze, nawet truchtanie nie wchodziło w grę.

Acha, na końcu owej agrafki również można było otrzymać wodę i izotoniki od wolonatariuszy. A miły Pan Strażak polewał na życzenie wodą z wiaderka.

Wspaniała grupa wsparcia! Spotkać takie Dziewczyny na trasie to skarb! 🙂 Mam takie swoje małe podejrzenie, że Dziewczyna w czarnej tiulowej spódniczce, to Ola z P jak Przebieraniec 😉 Chciałabym się poruszać z taką gracją i zwinnością jak Ona!

Nie chciałam zostawiać Brata, ale wręcz kazał mi biec, bo wiedział że wciąż mam szansę na lepszy wynik niż ostatnio. No i tak z mieszanymi uczuciami porzuciłam go w okolicach 17,5 km. Postanowiłam sobie, że skoro już, jak wyrodna siostra, go zostawiłam, to muszę się sprężyć i wybiegać tę życiówkę. Wiedziałam że mogę złamać 2:15 i ostatnie 3 km biegłam w tempie ok. 5:40, samą końcówkę chyba nawet poniżej 5:00.

Na metę wpadłam z czasem 02:14:18. Złamałam 02:15:00 – kolejna bariera pękła:) Następnym razem spróbuję zaatakować 02:10:00.

 ZabiegAnna na mecie czwartego w życiu półmaratonu 🙂

Muszę wreszcie zaprzyjaźnić się z żelami, bo ten kiepski początek to może nie tylko brak specyficznych biegowych treningów w ostatnim czasie, ale też wina słabego śniadania. Gdybym miała żel mogłabym to jakoś skorygować a tak trochę
brakowało “pary”. Chyba izotoniki pomogły i banan. I na pewno kurtyny wodne, bez nich byłoby mi ciężko przetrwać ten bieg.

Organizatorom biegu należy się piątka z plusem 🙂 Biuro zawodów działało prężnie, mobilne depozyty także. Wody nie zabrakło, bananów chyba też 😉 Trasa była dobrze oznakowana. Wolontariusze, którzy mogli udzielać informacji, nosili widoczne tabliczki z napisem INFO, więc łatwo ich można było zlokalizować w razie problemu. I patrol medyczny na quadzie przemierzał trasę w tę i z powrotem, aby jak najszybciej namierzyć zawodników potrzebujących pomocy.

Jedynym dla mnie minusem było to, że trasa składała się tak naprawdę z kilku prostych odcinków, zdających się nie mieć końca… Do tej pory nie było dla mnie problemem biec po prostym odcinku (np. w XXVI Biegu Niepodległości, relacja:  tutaj). W przestrzeni miejskiej, gdzie ciągle coś się dzieje, jest więcej kibiców, odbiera się je jednak inaczej. Pierwszy raz odczułam więc to, o czym do tej pory tylko czytałam o tego typu odcinkach tras maratońskich 😉

Z drugiej strony była to szybka, płaska trasa, w sam raz na bicie rekordów życiowych. Myślę, że warto rozważyć w swoim kalendarzu biegowym udział w takim mniej “rozdmuchanym”, bardziej kameralnym biegu. Opłata startowa jest bardziej przystępna, a organizacja naprawdę imponuje. W tym roku padł rekord frekwencji (645 uczestników), ale i tak było luźno, nikt sobie nie przeszkadzał, nikt nikomu nie zagradzał drogi. Czysta przyjemność
biegania 🙂

Podczas niedzielnego biegu i też poprzedniego City Trail on Tour (z którego niestety jeszcze nie popełniłam relacji, ale mam nadzieję, że to wkrótce nadrobię, bo był to przecież ważny dzień dla mojego Synka nr 1, który wygrał zawody w swojej kategorii wiekowej D0), przekonałam się co to znaczy biegać głową 😉 Wcześniej jakoś tego nie doświadczałam, choć zawsze zależało mi żeby biec, truchtać a nie maszerować w trakcie zawodów… Chociaż nie, właściwie to trochę doświadczałam, ale nie w tak dużym wymiarze… Widać
wcześniej nie zależało mi aż tak na najlepszym wyniku 😉 Chyba nie uznawałam tego aspektu za szczególnie ważny… Czy może po prostu nie uświadamiałam sobie, że silna psychika to także ważny element przygotowania do biegu. Teraz z całą mocą mogę powiedzieć, że w bieganiu liczą się nie tylko mocne nogi, ale i mocna głowa! I dobra motywacja!

Cieszę się więc z tego startu, myślę że to był dobry wybór (wcześniej rozważałam jako alternatywę start w BMW Półmaratonie Praskim).

Tak oto pokonałam 21 kilometrów z haczykiem i… tym samym ukończyłam swój 21 start w zawodach w 2015 r. 🙂

Medal upamiętniający postać Janusza Kusocińskiego.
Patron biegu – Janusz Kusociński

Janusz “Kusy” Kusociński – lekkoatleta, olimpijczyk. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 000 m, srebrny medalista biegu na dystansie 5000 m, rozegranego podczas pierwszych lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w 1934 r. Urodził się w 1907 r. Zginął w Palmirach, rozstrzelany przez hitlerowców w 1940 r. Całe swoje życie związał z walką o niepodległość i sportem. Więcej: tutaj.

 I na koniec zdjęcie zrobione podczas tegorocznych wakacji nad morzem. Gwiazda Janusza Kusocińskiego w Alei Sportu we Władysławowie.

Zawody biegowe: Fotorelacja z The Color Run by PZU – najweselszych 5 km :)

Co tu dużo pisać – najlepiej sami to zobaczcie 😉 Było kolorowo, radośnie, energetycznie.

Tuż przed startem 🙂
 Jeszcze czysta 😉
Razem z Dziewczynami z Aktywnie Bardzo “namierzyłyśmy Panią Basię Tukendorf – uczestniczkę “Odchudzania na śniadanie” w Pytaniu na Śniadanie. Niezwykle radosna i energiczna osoba! 🙂
 Tęczysław 😉
Ekipa RadioZet zagrzewała nas do startu!
Trochę się pokolorowałam 🙂
Z Lena Biega <3 🙂
Finałowy festiwal koloru, choć niestety nie udało mi się uchwycić kulminacyjnego momentu 🙁
 Z Mileną i Justyną z Aktywnie Bardzo

Przed i po 😉

Wrażenia z powrotu do domu tramwajem bezcenne 😉

Później coś jeszcze na temat tego biegu napiszę 😉 Niech moc kolorów będzie z Wami! 🙂

#happiest5k #thecolorrun #zawodybiegowe #biegna5km #kolor #radość

Bieg Wisły – w biegu na 10 km godzina już mnie nie dogania :)

W sobotę 23.05 wzięłam udział w V Biegu Wisły. To był bardzo przyjemny bieg – piękna przyroda i do tego zaczęłam nabierać pewności, że godzinę w biegu na 10 km pożegnałam na dobre 🙂

Bieg rozpoczął się z opóźnieniem, o godz. 11:00. Planowy start miał być o godzinie 10:30, jednak dużo osób przyszło już po godz. 10:00 i nie udało się wydać wszystkim pakietów przed pierwotną godziną startu. Na linii startu stanęło ok. 1000 biegaczy. Sygnał do startu dał zastępca prezydenta miasta st. Warszawy Jarosław Jóźwiak wraz z Komendantem Komisariatu Rzecznego Policji mł. insp. Markiem Gago oraz Prezesem Sekcji Strzeleckiej LEGIA Robertem Matrackim.

Start był zlokalizowany na 517 km Wisły, na wysokości kolektora burzowego, po prawej-praskiej stronie. Trasa prowadziła początkowo na północ w stronę Mostu Grota Roweckiego, następnie była zmiana kierunku po dość długim łuku i bieg w kierunku południowym, pod Mostem Gdańskim, a następnie Śląsko-Dąbrowskim. Kanał Portu Praskiego pokonać trzeba było mostem pontonowym, rozstawionym specjalnie na ten bieg.  Dalej biegliśmy kolejno pod Mostem Świętokrzyskim, Średnicowym i Poniatowskim. Linia mety znajdowała się na plaży przed Mostem Łazienkowskim. Trasa liczyła ok. 10 km – mój zegarek pokazał 9,41 km. Nie było oficjalnego pomiaru czasu. Udział w biegu był bezpłatny.

Na bieg pojechaliśmy razem z Bratem nr 1 najpierw tramwajem, a potem rowerami Veturilo, które wypożyczyliśmy ze stacji znajdującej się w pobliżu wejścia do warszawskiego ZOO. Organizatorzy zapewnili taką możliwość – w miejscu startu czekała polowa stacja rowerowa, gdzie można było zostawić rower. Przejechaliśmy w ten sposób ok. 1,5 km.

Stacja standardowa vs stacja polowa rowerów systemu Veturilo
 

Dotarliśmy na miejsce tuż przed 10:00. Nie było wtedy jeszcze dużych kolejek, stopniowo przybywało jednak biegaczy i żeby wszyscy spokojnie odebrali numery i pakiety startowe Organizatorzy zdecydowali się na opóźnienie startu. Przynajmniej był czas, żeby zrobić zdjęcia z widokiem na Wisłę 😉

 
Centrum Warszawy było widać jak na dłoni 😉
 
W pakiecie startowym był numer startowy, izotonik Powerde, dwie koszulki – bawełniany pamiątkowy T-shirt oraz koszulka techniczna bez rękawów od PZU. Depozyt był mobilny – znajdował się w… ciężarówce Star, ponieważ start i meta biegu znajdowały się w innym miejscu.
 
Trasa biegu tuż nad Wisłą była bardzo przyjemna. Nawet nie wiedziałam, że nad Wisłą od praskiej strony jest taka piękna ścieżka spacerowo-rowerowa. Polecam Wam wybrać się nią na spacer.
 
Założenie na ten bieg miałam proste – pobiec poniżej godziny. Skoro udała mi się już raz ta sztuka, to chciałam to powtórzyć. Start jak zwykle miałam wolniejszy, jednak w okolicy miejsca startu, które mijało się po drodze (czyli po ok. 3 km), zegarek zaczął pokazywać średnie tempo poniżej 6:00 min/km. Udało mi się utrzymać je do końca 🙂 Na mecie miałam czas 55:12 przy średnim tempie 5:52 min/km. A to oznacza, że gdyby trasa liczyła 10 km, to zapewne pobiłabym swoją życiówkę z Biegu OSHEE na OWM 2015 (00:59:14) i miałabym czas 58:40 🙂 Żegnaj go(a)dzino!;)
 
Po drodze liczyłam sobie w myślach mosty i odliczałam  – jeszcze 5, jeszcze 4, jeszcze 3… itd. Dobrze, że nie był to o jeden most za daleko i dałam radę 😉 Trochę dziwne uczucie miałam, gdy przebiegałam pod mostem Średnicowym, gdy przejeżdżał im pociąg. W końcu nade mną przetaczało się tyle ton żelastwa i nie dokonywało się to w ciszy 😉
 
Na mecie czekały piękne medale w kształcie kotwicy oraz woda. Dzięki sponsorom nie zabrakło nagród dla najstarszego i najmłodszego uczestnika biegu, 82-letni Tadeusza Andrzejewskiego oraz 9-letniego Maxa Kucińskiego. Dodatkowo prowadzony był konkurs na najciekawszy strój związany tematycznie z Wisłą. Była m.in. syrenka 🙂 
 
Pogoda dopisała, trochę kropiło w czasie biegu, ale trasa w większości prowadziła pod drzewami, które osłaniały przed deszczem. Trochę zmokłam, ale nie było mi zimno 🙂
 
 Z medalem. Kotwica zdobyta 🙂
 
Medal z Sopotu też załapał się na sesję na plaży. Przyszedł do mnie pocztą, więc wcześniej nie miał okazji posmakować piachu 😉
 
Medal z PKO Półmaraton Sopot
 
Do domu wróciłam także rowerem Veturilo po krótkim spacerze z linii mety do stacji rowerowej pod Mostem Poniatowskiego, dorzucając 12 km do dobiegającego właśnie końca European Cycing Challenge 🙂
 
Widok na Wisłę z Mostu Poniatowskiego
 
Gdy szliśmy z Bratem wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego było mi trochę zimno, zrobiłam więc sobie ze swojego komina-chusty… czapeczkę 🙂 Polecam Wam takie kominy – mają wszechstronne zastosowanie – mogą służyć jako szalik, jako czapka, jako kominiarka, czy też “frotka” do ocierania potu z twarzy… Można go mieć przy sobie po prostu oplątując wokół nadgarstka. Jest lekki, więc nie przeszkadza w trakcie biegu.
 
Bardzo chętnie wrócę na trasę Biegu Wisły za rok 🙂
 
  

Zawody biegowe: Jak nakręciłam się na parkrun w maju

Na stronie parkrun* zarejestrowałam się już jakiś czas temu, ale “logistyka” do tej pory była zbyt skomplikowana. Obiecałam sobie jednak, że gdy tylko będzie cieplej, to się wreszcie wybiorę. I tak dzisiaj rano przejechałam się tramwajem 45 min żeby sobie pół godziny pobiegać 😉

 
W ramach akcji “Nakręć się na parkrun w maju” można było dzisiaj przynieść nakrętki od butelek, a że zbieram je profilaktycznie, bo może się zawsze znaleźć ktoś kto ich będzie potrzebować, zabrałam ze sobą torbę pełną tychże i “z pewną dozą nieśmiałości” ruszyłam do Parku Skaryszewskiego na parkrun Warszawa-Praga.
 
Oficjalna zbiórka jest pod Pomnikiem Żołnierzy Armii Radzieckiej o godz. 8:45, gdzie znajduje się także meta biegu (na nieco oddalone miejsce startu, koło siłowni plenerowej, uczestnicy udają się wspólnie). Można tam też zostawić swoje rzeczy, choć ja nie będąc pewna czy jest taka możliwość przezornie zabrałam dzisiaj ze sobą tylko to w/z czym mogłam biec. Ostatnio kupiłam sobie nową kolorową (oczywiście w różowych odcieniach :)) sportową saszetkę, do której zmieściłam wszystkie potrzebne rzeczy. Łącznie z małą wodą i z moim kindelkiem. Można więc powiedzieć, że biegłam dziś z całą (no, prawie;)) biblioteką. Coś dla ciała, coś dla ducha 🙂 2×45 min czytania to w moim zabieganym dniu naprawdę luksus 😉

Udział w biegu jest bezpłatny, trzeba jedynie pamiętać, aby na bieg zabrać ze sobą swój Indywidualny Kod Uczestnika, nadawany podczas rejestracji (który można wydrukować samodzielnie lub kupić na stronie www.kodyparkrun.pl w formie plastikowych kart i/lub zawieszek do kluczy wspierając inicjatywę parkrun) oraz pobrać po przekroczeniu mety zwrotny token i podejść z nim do wolontariusza, który skanuje kody. Na podstawie tych odczytów opracowywane są wyniki końcowe biegu.

 
Na miejsce przybyłam ok. 8:30. Trochę było pusto, ale szybko zaczęło przybywać biegaczy. Pewnie sporo osób już się wtedy rozgrzewało truchtając po parku. Ja przyznaję się bez bicia, że dzisiaj ten element nieco zaniedbałam, bo wdałam się w sympatyczną rozmowę z innym debiutującym dziś w parkrunie uczestnikiem, Sławkiem.
 
Pierwsze okrążenie pokonaliśmy wspólnie, ale potem się rozdzieliliśmy, bo to pierwszy sezon biegowy Sławka i na razie jeszcze biega marszobiegiem. Trochę miałam z tego powodu wyrzuty, ale nogi same niosły, więc co zrobić ;P
 
I tak po 2,5 okrążeniach pierwszy parkrun Warszawa-Praga był za mną 🙂 Na pewno nie ostatni!

Parkrun to wspaniała inicjatywa. Poza tym, że można pobiegać po pięknym parku, to można jeszcze poznać ciekawych ludzi z tą samą biegową pasją 🙂

Parkrun to wiecej niż bieg. To społeczność. Jest się znacznie mniej anonimowym niż w trakcie innych zorganizowanych biegów i mi to akurat pasuje. Jeśli się wahasz lub szukasz biegowego kompana to zachęcam – przyjdź na parkrun, nie będziesz żałować 🙂
 
Może następnym razem przyjadę rowerem 🚲? Przed Duathlon Maków Mazowiecki będzie jak znalazł 😉
 
 
Pierwszy parkrun za mną. Uzyskany czas: 00:28:40. Miejsce 72/87 uczestników 104. parkrun Warszawa-Praga 🙂
 fot. S. Nowakowski
 
PS. Dobrze że od zakończenia biegu do momentu pstryknięcia fotki upłynęło trochę czasu, bo inaczej byłabym dokładnie w kolorze mojej koszulki i butów #adistar #boost od SklepBiegowy.com. Choć swoją drogą ten kolor jest śliczny 😉
 
*parkrun to cykliczne i bezpłatne biegi na dystansie 5 km z pomiarem czasu organizowane w każdą sobotę o 9.00 rano. Biegi parkrun przeznaczone są dla każdego bez względu na biegowy staż, uzyskiwane rezultaty czy też wiek.
Udział w biegach jest bezpłatny na podstawie jednorazowej rejestracji w systemie parkrun. Uzyskany kod uczestnika pozwala na udział w dowolnej liczbie biegów, w dowolnej lokalizacji parkrun na świecie. Uzyskane rezultaty zapisywane są w profilach uczestników i przesyłane na ich adres poczty elektronicznej.
parkrun to inicjatywa o zasięgu międzynarodowym. Biegi parkrun rozgrywane są niemal na wszystkich kontynentach i skupiają setki tysięcy biegaczy amatorów. Rejestracji można dokonać: tutaj.
Źródło: www.parkrun.pl
 
#parkrun #biegna5km #biegpoparku #sklepbiegowy #adistar #boost #adidas

Zawody biegowe: Wieliszewski Crossing 2015 – WIOSNA – po górkach też daję radę ;)

Wiosenna edycja Wieliszewskiego Crossingu 2015 była dla mnie zdecydowanie najbardziej wymagającym biegiem spośród tych, w których brałam udział. Jednocześnie Wieliszewska Trasa Crossowa to jedno z piękniejszych miejsc, w jakich miałam okazję biegać.

Wieliszewski Crossing 2015 to cykl zawodów dla rowerzystów i biegaczy (dla dorosłych i dla dzieci) odbywający się na terenie Gminy Wieliszew. Inicjatorem jest Wójt Gminy, Paweł Kownacki. Cykl składa się z 4 edycji: Zima (01.02), Wiosna (11.04), Lato (21.06) i Jesień (20.09).

 

Każda edycja odbywa się w innej części Gminy. Edycja wiosenna odbyła się na Wieliszewskiej Trasie Crossowej.

 

Wieliszewska Trasa Crossowa to szlak rowerowy wytyczony na tzw. Uroczysku Poniatów i liczący 12,5 km. Suma przewyższeń to ponad 200 metrów. Otwarcia trasy dokonała gwiazda światowego kolarstwa  MTB – Gunn-Rita Dahle Flesjaa – mistrzyni świata MTB Maraton, mistrzyni olimpijska, wielokrotna mistrzyni Europy oraz zwyciężczyni Pucharu Świata MTB. Obecny rekord trasy należy do utytułowanego polskiego kolarza szosowego – Cezarego Zamany (ma na koncie m.in. tytuł Mistrza Polski z 1999 r. oraz zwycięstwo w Tour de Pologne 2003) i wynosi 31 minut 54 s.


Wieliszewska Trasa Crossowa (12,5 km)
Jak udowadniają organizatorzy wydarzenia, trasa ta doskonale nadaje się też dla biegaczy 🙂

Do udziału w tym wydarzeniu zachęcił mnie Brat nr 1, który brał udział w edycji Zimowej. Udział w całym cyklu jest bezpłatny (!). Zawody są naprawdę dobrze zorganizowane. Pomiar czasu prowadzi firma czasomierzyk.pl. Każdy uczestnik biegu otrzymuje zwrotny numer startowy z chipem, a po biegu pamiątkowy medal oraz posiłek regeneracyjny (dzisiaj był makaron i ciasto drożdżowe) i wodę. Dzisiejsza trasa była bardzo dobrze oznakowana. Mimo, że miejscami biegłam nie widząc nikogo przed sobą nie miałam problemu ze znalezieniem właściwej ścieżki. Wolontariuszami na trasie byli strażacy.

W edycji zimowej przydarzyła się jednak Organizatorom mała wpadka z oznakowaniem trasy. Trasa dla biegaczy liczyła wówczas 7 km, a dla rowerzystów 14 km (w edycji wiosennej i biegacze, i rowerzyści ścigali się na trasie o jednakowej długości). Niestety nie zmieniono na czas oznakowania trasy dla biegaczy i w edycji zimowej część biegaczy, w tym mój Brat, pokonała dystans 14 km. Za to dzisiaj czekała na nich niespodzianka, każdy kto pokonał trasę dwa razy dłuższą niż przewidywana, mógł odebrać od Organizatorów upominek w postaci kubeczka. Bardzo sympatyczny gest 🙂

W dzisiejszych zawodach nie wystarczyło niestety wody dla wszystkich biegaczy – to był jedyny chyba minus. Na szczęście dzisiaj mnie coś tknęło i zabrałam ze sobą dawno nieużywany pas na bidon. Kobieca intuicja 😉 Rozumiem jednak rozczarowanie tych biegaczy, którzy w kwestii nawadniania liczyli na Organizatorów.

W edycji wiosennej wzięło udział 148 biegaczy i 56 biegaczek.

 Na linii startu
 
Wystartowaliśmy o godz. 12:00. Na początku było nieco ciasno, bo początek trasy był dość wąski, liczne podbiegi sprawiły jednak, że początkowo zwarta grupa biegaczy stopniowo się przerzedziła. W niektórych momentach miałam przed sobą jedną osobę, czasami (zwłaszcza na krętych odcinkach) nie widziałam przed sobą nikogo.
 
 
Pierwszy kryzys nastąpił dość szybko, bo po niecałych 5 km, za jednym z podbiegów, który bardziej przypominał mi pionową ścianę ;). Potem udało mi się jakoś wziąć w garść i biec dalej. Starałam się odpoczywać na każdym płaskim odcinku, ale nie było ich za wiele 😉 
 
Za mój cel minimum stawiam sobie na zawodach zawsze to, żeby całość trasy pokonać biegiem. Jak do tej pory mi się to udaje. Nie odpuszczam nawet na podbiegach. Tak wiem, czasami bliżej mi do truchtu, ale cóż…  Dzisiaj podbiegów było tyle, że nie jestem w stanie ich nawet zliczyć. I na żadnym nie odpuściłam! Jestem z siebie naprawdę dumna 🙂
 
Dzisiejsze zawody dały mi namiastkę biegania po górach. Wiem, że to nie to samo, ale wiem, że kiedyś wystartuję w prawdziwym biegu górskim 🙂
 
Mam takie jedno (z wielu oczywiście) biegowych marzeń. Jest taka scena w ekranizacji trylogii Tolkiena (kończąca pierwszą część – “Drużynę Pierścienia”), kiedy po śmierci Boromira rozpada się Drużyna Pierścienia i Aragorn mówi do Legolasa i Gimlego: “Lets hunt some orc”. I potem, właściwie to już chyba nawet w drugiej części “Dwie wieże”, podziwiać możemy pościg dzielnej trójki za orkami Uruk-hai w celu odbicia porwanej dwójki Hobbitów, Merryego i Pippina. I ten właśnie pościg odbywa się w takiej pięknej górskiej scenerii. Zawsze kiedy go oglądam, to marzy mi się żeby biec tak jak oni, wśród tych traw, górskich przełęczy… Znalazłam nawet na You Tube filmik ze scenami z tego pościgu, dla tych co nie oglądali 😉 https://www.youtube.com/watch?v=M-XmDzAKsag Zdjęcia do filmu kręcono m.in. w Nowej Zelandii. Pewnie nigdy nie będzie mi dane wybrać się w tak egzotyczną podróż, ale przecież marzyć nikt mi nie zabroni 😉 No i mamy też nasze piękne polskie góry:)
 
I dziś w trakcie biegu wyobrażałam sobie, że biegam sobie po tych wymarzonych górach 😉 Od razu biegło mi się lepiej 🙂

Kiedy w trakcie zawodów przeżywam kryzys, to sobie obieram jakiś bliższy cel. Dzielę cały dystans na mniejsze “odcinki”. Trudno bowiem mówić o odcinkach, kiedy celem jest np. odczytanie napisu na koszulce biegacza biegnącego przede mną. Polecam Wam tę metodę – na mnie działa 🙂 Inny sposób, to skupienie się na technice biegu – na oddychaniu, na stawianiu kroków, na pracy mięśni… I jeszcze odliczanie kilometrów do mety – jeszcze 5, jeszcze 3, jeszcze 2, jeszcze 1, już tylko 500 m… Dzisiaj jednym z bardziej motywujących momentów był dla mnie komentarz jednego z Panów, którego wyprzedziłam: “Kobieta mnie wyprzedza, koniec świata” (może to niedosłowny cytat, ale coś w tym stylu). Pan wspomniał też słynne zdanie z “Seksmisji” Juliusza Machulskiego – “Kobieta mnie bije”. Oczywiście komentarz padł w tonie raczej sympatycznym, ale mimo wszystko postanowiłam, że nie dam się temu Panu złapać 😉

Ciekawa jestem, jakie Wy macie sposoby na przezwyciężenie kryzysu 🙂

I dziś tak sobie właśnie dzieliłam dystans na mniejsze odcinki: to za tym podbiegiem napiję się wody, teraz jest pod górę, to znaczy, że zaraz będzie w dół itd.

 
Szczerze podziwiam zawodników, którzy brali dziś udział zarówno w zawodach MTB, jak i biegowych (widziałam po drodze 3 takie Panie, z których dwie były pewnie w wieku mojej Mamy;)).
 
Kiedy zobaczyłam tabliczkę z napisem: “2 km do mety”, to skupiłam się na wypatrywaniu tabliczki z napisem: “1 km do mety”. I faktycznie był taka 😉 I nie powiem, Góra Wójta na sam koniec mnie już trochę zdenerwowała, ale zaraz pojawili się na trasie dopingujący kibice – biegacze, którzy sami już ukończyli swój bieg. To miłe, że komuś po niemałym przecież wysiłku chce się jeszcze wesprzeć słabszych od siebie zawodników.
 
I tak oto, tocząc ze sobą wewnętrzne rozmowy, doturlałam się do mety. Nie powiem, ucieszyłam się jak nigdy, że to już meta i wreszcie koniec tych podbiegów 😉
 
Ale tak sobie myślę, że chętnie wrócę jeszcze na te górki, żeby się trochę po nich przeczołgać 😉
 
 Z medalem – zmęczona, ale zadowolona 🙂
 
 Medal – zawodnicy biorący udział w całym cyklu będą mogli ze swoich medali ułożyć napis 2015 i ustawić medale na podstawce z postaciami rowerzysty lub biegacza.

Zawody biegowe: 10. PZU Półmaraton Warszawski, czyli jeden z celów biegowych na 2015 osiągnięty! :)

Kto czytał mój pierwszy w tym roku wpis na blogu (kto nie czytał zawsze może to teraz nadrobić ;)) ten wie, że jednym z celów na 2015 było ukończenie biegu na dystansie 21,0975 km. I właśnie to zrobiłam! 😀

 
Trasa 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego zapisana na moim Endomondo 🙂

Tak na marginesie, to po cichu liczę, że uda mi się ten wyczyn w tym roku powtórzyć co najmniej jeszcze raz (tak, tak – apetyt rośnie w miarę jedzenia ;)). Okazja nadarzyła się właściwie sama, bo kilka dni temu wygrałam pakiet startowy na PKO Półmaraton Sopot, który odbędzie się praktycznie już za miesiąc, 2.05. Tydzień przed moimi 33. urodzinami, więc tym bardziej mam ochotę pojechać. Mam nadzieję, że się uda – każda tego typu przyjemność wiąże się też niestety z wydatkami… Mimo wszystko kontynuujemy z Kubą, moim trenerem, przygotowania półmaratońskie 🙂 W niedzielę wieczorem, kiedy emocje ze startu jeszcze dobrze nie opadły, miałam już w mailu rozpisany plan na kolejny tydzień. Pełen profesjonalizm 🙂

Innym postanowieniem na ten rok było pisanie relacji ze startów na bieżąco, kiedy emocje i wspomnienia są jeszcze bardzo żywe, postaram się więc w miarę szybko opublikować ten post. Małgosiu, to między innymi dla Ciebie 🙂

Niestety, niedziela nie rozpoczęła się dla mnie tak jakbym tego chciała. Ale po kolei…

Po pierwsze, nie mogłam zasnąć. Nie wiem dlaczego, raczej nie z nerwów. Kiedy znalazłam się w łóżku i tak nie było za wcześnie, a tu jeszcze w nocy przestawialiśmy zegarki na czas letni, więc i tak godzinę snu miałam mieć mniej.  Całą sobotę spędziłam poza domem. Może i lepiej, bo nie miałam okazji zbytnio myśleć nad moim debiutanckim niedzielnym startem i niepotrzebnie się denerwować. Minus był taki, że nie miałam do startu nic kompletnie przygotowanego a jak już kiedyś pisałam, wolę sobie wszystko naszykować wieczorem dzień wcześniej: raz – bo rano mogę dłużej pospać ;), dwa – bo nie biegam rano nerwowo po domu, trzy – bo przedłużam w ten sposób przyjemność, jaką mam ze startu w zawodach 😉
Po drodze do domu odebrałam od Brata nr 1 pakiet startowy. Mając małe dzieci, odbiór pakietu przez kogoś innego jest dużym ułatwieniem, więc tym bardziej doceniam, że Brat biega razem ze mną 😉 Z drugiej strony odbierając pakiet osobiście, zwłaszcza na duży bieg (bo zwykle towarzyszy wtedy temu cała biegowa otoczka), można wprowadzić się w biegowy nastrój już dzień wcześniej…

Pakiet startowy a w nim: plecako-worek, numer startowy, czip, koszulka techniczna, worek foliowy na depozyt, naklejki z numerem do naklejenia na worek depozytowy oraz pamiątkowe m.in. z napisem FINISHER, Informator zawodów, napój izotoniczny 4MOVE, ciasteczka zbożowe belVita i kilka ulotek reklamowych od parterów biegu.
 

Po powrocie do domu, zanim położyliśmy dzieciaki spać, trochę się zeszło. Potem przygotowanie do debiutanckiego startu w zawodach na dystansie półmaratonu zajęło mi więcej czasu, niż na inne biegi. Między innymi dlatego, że pakiet startowy wpadł w moje ręce tak późno. Musiałam się nim trochę “nacieszyć”. Uzupełniłam dane osobowe na odwrotnej stronie numeru startowego. Numeru z moim imieniem 🙂 Przeglądałam m.in. informator zawodów – wg mnie, poza samym regulaminem zawodów, to lektura obowiązkowa przed startem w zawodach – kompilacja najważniejszych informacji.

Informator zawodów – lektura obowiązkowa przed biegiem.

Przymierzyłam też oczywiście koszulkę z pakietu startowego.

Koszulka techniczna z pakietu startowego.

I tu pojawił się dylemat czy pobiec w niej, solidaryzując się z innymi biegaczami, czy może w innej… Kiedy wiele tysięcy biegaczy ma na sobie podobny strój, to ma to dla mnie swój urok. Ma się wtedy jeszcze większe poczucie wspólnoty z innymi biegaczami. Jednak, szczerze mówiąc, tak na pierwszy rzut oka, koszulka nie przypadła mi za bardzo do gustu. Jest za mało różowa (różowy to mój ulubiony kolor jeśli chodzi o strój i gadżety do biegania;)). Żartuję, po prostu rozmiarowo to nieco wyrośnięte “M” i jest na mnie trochę za duża (“M-ka” za duża – jak cudownie to brzmi;)). I grafika, co prawda oddająca ideę dekady tych zawodów, jakoś mnie nie zachwyciła, ale de gustibus non est disputandum… Poza tym, pomyślałam sobie, że będę mieć o wiele większą przyjemność z noszenia tej koszulki, kiedy już przebędę dystans półmaratoński na własnych nogach. Koszulka czeka więc na swoją biegową premierę, a ja ostatecznie zdecydowałam się pobiec w koszulce adidas Supernova W #climacool od SKLEPBIEGOWY.COM. Ma piękny, energetyczny fioletowo-różowy kolor 🙂

W efekcie tego wszystkiego zasnęłam ok. 3:00, na szczęście już tego nowego, przestawionego czasu. Spałam o wiele za krótko…

Po drugie. Jak nietrudno się domyślić, w efekcie powyższego, rano nie mogłam wstać. Budzik dzwonił, a ja czekałam na kolejną drzemkę i jeszcze kolejną… ale na szczęście jakoś się udało 🙂 Niestety, wstałam z katarem. Na dwa dni przed półmaratonem zaczęło mnie brać jakieś przeziębienie i zdecydowało się zaatakować bardziej konkretnie właśnie w dniu mojego debiutu. Jakby tego było mało, do kataru dołączył też ból brzucha, bo Matka Natura uznała, że nie zaszkodzi mi przypomnieć, że jestem kobietą… Śniadanie (bułkę z miodem, gdyby ktoś był ciekaw) wcisnęłam w siebie przez rozsądek, bo mój żołądek jeszcze się nie obudził. Połknęłam więc no-spę i zaczęłam się dość żwawo szykować do wyjścia. Zbliżała się umówiona godzina, o której miał przyjść po mnie Brat nr 1, żebyśmy razem pojechali na zawody.
Już po biegu, przeczytałam w relacji Bartka Olszewskiego, znanego jako WarszawskiBiegacz.pl, że on też zażył przed biegiem m.in. no-spę (co prawda z innych powodów ;), jak się domyślam, żeby uniknąć skurczy mięśni). Może więc niepotrzebnie denerwowałam się w niedzielę z rana na Matkę Naturę, ona widocznie chciała dla mnie jak najlepiej 😉

Tego dnia komunikacja miejska w Warszawie była dla uczestników biegu darmowa, bilety zastępował numer startowy.

Bilet warszawskiej komunikacji miejskiej w dniu zawodów 😉
 

Po drodze na Pl. Piłsudskiego, gdzie mieściło się miasteczko zawodów, wyjrzało słońce. Doszłam więc do wniosku, że pewnie za ciepło się ubrałam. Zdecydowałam się na długie legginsy, koszulkę funkcyjną z długim rękawem plus wspominaną wyżej koszulkę z krótkim na wierzch. Poranne 5°C na termometrze i chmury nie zachęciły mnie do biegu na krótko, przecież jestem zmarzluchem;) Na szczęście oprócz czapki przeznaczonej na zimniejsze dni, wrzuciłam do torby moją czapkę z daszkiem. Kiedy jednak przy depozycie zdjęłam kurtkę, zdecydowałam się pozostać w długim rękawku. Choć świeciło słońce, wiał wiatr i było mi (delikatnie mówiąc) dość rześko. Cóż, klasyczny błąd nowicjusza, który musiałam potem skorygować w trakcie biegu 😉

 Miasteczko zawodów na Pl. Piłsudskiego. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem – tłum biegaczy. Nic dziwnego – zawody ukończyło 12 958 zawodników.

Trochę zaskoczyła mnie długość kolejek do tojtojów. W efekcie, sygnał startu usłyszałam, kiedy stałam jeszcze w kolejce do WC Chatki 😉 Nauczka na przyszłość, przybyć na miejsce biegu z odpowiednim wyprzedzeniem! Na szczęście, kiedy dotarłam do swojej strefy startowej, ta dopiero zaczęła ruszać w kierunku linii startu. Już po biegu okazało się, że różnica czasu brutto i netto wyniosła w moim przypadku 10 min i 10 s.

Po raz pierwszy już sam start wywołał u mnie wzruszenie – o mało się nie rozpłakałam już w momencie przekraczania linii startu. Cóż, mam oczy w mokrym miejscu… Najwyraźniej atmosfera i emocje innych ludzi wokół mnie tak mi się udzieliły… A może po prostu z całą mocą dotarło do mnie co zamierzam za chwilę zrobić i jaką to stanowi odmianę od tego co było jeszcze 10 miesięcy temu? Nie wiem, grunt że się jednak opanowałam i wyruszyłam w swój najdalszy i najdłuższy jak do tej pory bieg.

Początek był naprawdę piękny, aż chciało się biec. Ustaliliśmy z Kubą, że spróbuję powtórzyć taktykę z XXXII Biegu Chomiczówki (15 km) – początek miałam przebyć jak najspokojniej, żeby się “nie zagotować” na pierwszych kilometrach, a potem (jeśli tylko będę czuć że dam radę) od ok. 15 km przyspieszyć. Tuż przed podbiegiem nad Al. Jerozolimskimi wyprzedziła mnie, żeby nie powiedzieć, że zmiotła z trasy;), dość zwarta grupka biegnąca za pacemakerem, nie umiem jednak powiedzieć teraz na jakie tempo biegli, ale na pewno nie na 2:20. Trochę mnie to zaskoczyło, bo byłam pewna, że na starcie dołączyliśmy się do oczekujących biegaczy niewiele przed ostatnim pacemakerem, biegnącym właśnie na 2:20. Jak się później okazało, nie była to ostatnia wyprzedzająca mnie tego typu grupka… Usunęłam się więc na bok i spokojnie, swoim tempem dotarłam do pierwszego punktu nawadniania na 5 km. Dobiegłam tam po ok. 33 min, chętnie korzystając z wody. Poczułam w żołądku “chlupnięcie” zimnej wody, co wywołało lekki dyskomfort, ale na szczęście tylko przez chwilę. Biegłam więc sobie dalej spokojnie do 7 km, gdzie był nawrót w stronę Centrum.

Kiedy wbiegłam na ul. Puławską poczułam że jest mi jednak zdecydowanie za ciepło. Przebiegłam tak jeszcze jakiś kawałek, aż w którymś momencie uznałam, że po prostu muszę zdjąć z siebie jedną warstwę. Zdecydowałam, że będzie to koszulka z długim rękawem (ta spodnia, żeby nie było za łatwo ;), ale przynajmniej można ją było zawiązać w pasie). Nie przerywając biegu ściągnęłam ją z siebie i od razu poczułam, że to była właściwa decyzja! Dosłownie jakby ktoś zdjął ze mnie parę kilo! 😉

Na 10 km zameldowałam się po 01:07, czyli nieco szybciej niż w czasie mojego pierwszego oficjalnego startu na 10 km w Biegnij Warszawo 2014. Przyznaję jednak, że w trakcie biegu nie spoglądałam zbyt często na zegarek, a jeśli już, to patrzyłam raczej na pokonany dystans, a nie na tempo. Postanowiłam przede wszystkim cieszyć się z tego startu. Na punkcie nawadniania wypiłam najpierw izotonik, a potem jeszcze trochę wody.

Przy ul. Waryńskiego (mniej więcej w połowie trasy) minęłam grupkę studentów walczących ze swoją “połówką”, jeśli wiecie co mam na myśli 😉 Ten widok wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Niestety, jakoś za późno się zreflektowałam i nie mam żadnego własnego zdjęcia. “Pożyczam” więc to z fejsbukowej strony Fundacji “Maraton Warszawski”, autorstwa P. Andrzeja Chomczyka.

Studenci dzielnie walczyli ze swoją połówką 😉
Żródło: www.facebook.com/FundacjaMaratonWarszawski fot. Andrzej Chomczyk

Odcinek biegnący Trasą Łazienkowską, między Rondem Jazdy Polskiej a zbiegiem w ul. Solec, wspominam bardzo dobrze. Chyba było wtedy trochę z górki 😉 Szczęśliwie minęłam 13 kilometr i zrobiłam kilka fotek zamkniętemu Mostowi Łazienkowskiemu, przez pożar którego trasa biegu musiała niemal w ostatniej chwili ulec zmianie. Nie każdy pewnie zdaje sobie sprawę z tego, że atestowana przez PZLA trasa musi spełniać różne ściśle określone wymogi (np. musi posiadać określoną różnicę wysokości między startem i metą). Tym bardziej chylę czoła przed Organizatorami, że tak szybko udało im się opracować nową trasę. Moim zdaniem bardzo fajną trasę. Z doświadczenia w organizowaniu imprez związanych z częściowym wyłączeniem ruchu w mieście wiem, że załatwianie tego typu spraw wiąże się z solidną porcją papierkowej roboty, a działałam na znacznie mniejszą skalę. Chapeau bas!

 Szczęśliwa 13-tka i zamknięty Most Łazienkowski.

Kiedy zbiegłam na Wisłostradę poczułam, że trochę wieje i nie było mi już tak przyjemnie. Minęłam Stadion Narodowy, pod którym pierwotnie miała być meta biegu.

 Stadion Narodowy
 
Spotkałam też Babę Jagę, która biegła z czerwonym jabłkiem w ręce (niestety niewidocznym na zdjęciu) i poszukiwała Królewny Śnieżki 😉
 
Baba Jaga 😉

Niedługo po tym spotkaniu zrównała się ze mną grupa biegnąca na 2:20, a potem był punkt odżywiania na 15 km, na którym złapałam kawałek banana, izotonik i chyba jeszcze wodę, już nawet dokładnie nie pamiętam… Na tym punkcie nieco zamarudziłam i grupka z chorągiewką 2:20 trochę mi odskoczyła. Mój zegarek zarejestrował na 15 km czas 01:42:20.

 
Kawałek za punktem odżywiania swoje ciemne wnętrze otworzył przede mną tunel na Wisłostradzie. Było w nim trochę rześko, ale właściwie to można było odpocząć od wiatru i nieco się w nim orzeźwić. Postanowiłam, że po wybiegnięciu z tunelu zacznę przyspieszać. W mojej głowie zaświtała myśl, że może uda mi się pobiec poniżej 2 h 20 min i spróbuję dogonić tę grupkę.
 
Tunel na Wisłostradzie.
Z tunelu, który ciągnie się przez ok. 900 m i jest chyba najdłuższym tunelem drogowym w Polsce, wybiegało się na powierzchnię nieco pod górę. To było w okolicach 16 km. Wtedy poczułam, że moje nogi są jakieś ciężkie. I z zaplanowanego przyspieszania niewiele wyszło. Dopiero kiedy minęłam Stare Miasto udało mi się trochę przyspieszyć. Jednak to nie było już to samo, co w trakcie wspominanego wyżej styczniowego Biegu Chomiczówki, gdzie ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej aktualnej wtedy życiówki na 5 km. Chorągiewka z 2:20 majaczyła mi gdzieś w oddali, ale wciąż była w zasięgu wzroku, co było dla mnie dużą motywacją.
 
Widok na Stare Miasto.
 
Na 17 km zagrzewała biegaczy do boju ekipa z Maratonu Łódzkiego, zachęcając do udziału w biegu na królewskim dystansie. Wiem, że pomyślałam sobie, że maraton to jeszcze sobie na mnie trochę poczeka 😉 Z tą myślą dotarłam do podbiegu, który o dziwo nie był wcale taki zły. Poczułam tylko że nieco poluzowały mi się sznurówki w lewym bucie i zastanawiałam się czy się nie zatrzymać i ich nie przewiązać. Pomyślałam, że jeśli już, to na wszelki wypadek zrobię to za podbiegiem. Bałam się, że jeśli się zatrzymam na podbiegu, to już nie ruszę, a grupka na 2:20 była coraz bliżej…
 
Czy kto widział, jak biegnie króliczek ulicą?
Czy to widział kto, czy to widział kto?
(Skaldowie, “Króliczek”)
 
Kiedy wybiegałam na górę wcale nie miałam ochoty się zatrzymywać. Myślałam tylko o tym, że do mety jest już tak blisko. Zaryzykowałam, że buty się jednak całkiem nie odwiążą (kolejny wniosek na przyszłość – lepiej wiązać buty!). 19 kilometr, kolejny punkt nawadniający. Chyba złapałam izotonik, ale sama już nie wiem 😉 Mimo kostki brukowej pod stopami, po której na zmęczonych mocno nogach biegło mi się bardzo źle, udało mi się wyprzedzić swojego zajączka (czy też raczej króliczka;))!
 
W naszym mieście szukali
króliczka ze świcą,
aż dopadli go, aż znaleźli go… 
Ho, ho! Ho, ho! Ho, ho!
(Skaldowie, “Króliczek”)
 
Nie wiem kiedy minęłam 20 km. Za to wiem, dobrze słyszałam, że kiedy z Miodowej skręcałam w Krakowskie Przedmieście, tłumy kibiców gorąco wszystkich dopingowały. Jeszcze tylko kawałek prosto Krakowskim i skręt w Ossolińskich, zwężenie… I wiem, bardziej chyba czuję, że gdzieś tu zaraz jest meta! Rozglądam się na boki, bo może gdzieś tu jest mój Brat nr 1, który zawsze biega szybciej ode mnie, może moja Przyjaciółka z Mężem… Ale tak naprawdę to wszystkie twarze mi się ze sobą zlewały. Słyszałam tylko, że ktoś krzyknął coś w rodzaju: “Ania biegniesz!” Nie wiem kto to był, ani co dokładnie krzyczał, ale myślę, że to było naprawdę do mnie!
 
I wreszcie jest! Po 21,0975 km! META, na której już regularnie ryczę… ze szczęścia!:)
 
Wcisnęłam odruchowo “stop” na zegarku, ale nawet nie sprawdziłam jaki miałam czas!
Czas jest nieważny! Dostaję gratulacje i medal od Wolontariuszki. Idę dalej, do końca nawet nie wiedząc gdzie, bo jednak byłam trochę oszołomiona. Usłyszałam, że jeden ze sponsorów zachęca do pozowania na swojej ściance. Pozować nie pozowałam, ale zostawiłam na ściance swój podpis.
 
Czas faktycznie nie miał znaczenia 🙂
 
I wtedy zadzwonił do mnie Kuba, poszłam się więc przywitać z moim Trenerem:) Dzięki Niemu mam pamiątkowe zdjęcie z tego ważnego dla mnie momentu 🙂
 
 To ja w mojej koszulce mocy chwilę po przekroczeniu mety 🙂
fot. J. Karasek

Za chwilę skontaktowałam się też z Bratem, który jak się okazało, dobiegł na metę z czasem 02:00:14! On już poszedł odebrać swój depozyt, a mnie czekało jeszcze stanie w dłuuugiej kolejce po jedzenie i upominek od sponsorów biegu w postaci saszetki do biegania. Kiedy stałam w kolejce, przypomniałam sobie o rozciąganiu, więc troszkę się porozciągałam, choć chyba nie najlepiej mi to wyszło;) W tym czasie dotarła do mnie Przyjaciółka z Mężem – moi nieco spóźnieni Kibice na medal 😉

Bardzo dziękuję wszystkim Kibicom – tym osobistym i tym “pożyczonym”. Dzięki Wam biegnie się dużo lżej! 🙂
 
Zostało jeszcze tylko odebranie swoich rzeczy z depozytu. Przybiłam piątkę z Wolontariuszką, która pogratulowała mi ukończenia biegu, co było bardzo miłe. Bardzo się ucieszyłam, że mogę założyć swoją kurtkę, bo folia rozdawana przez organizatorów przestała już wystarczać, mimo przywróconej do łask koszulkowej warstwy numer 2.
 
Ania i Chwała 😉
Przyjaciele odprowadzili nas, mnie i Brata, jeszcze na tramwaj pod Rotundę. Normalnie taki spacer nie byłby dla mnie wyzwaniem, teraz jednak z każdym niemal kolejnym krokiem czułam, że chciałabym jak najszybciej dotrzeć do celu, byle już nie iść;)
 
Na koniec chciałabym jeszcze podziękować Organizatorom i Wolontariuszom – to był naprawdę piękny, dobrze zorganizowany, godny jubileuszu bieg! Lepszego startu na swój debiut nie mogłabym sobie wymarzyć 🙂
 
 
 Medal
 
I na koniec mój czas. Nie udało się pobiec poniżej 2:20, ale było blisko. Teraz przynajmniej mam co poprawiać;)

Zawody biegowe: Grand Prix City Trail Warszawa 2014/2015 – finał z przytupem!

W niedzielę 15.03 wzięłam udział w ostatnich zawodach z cyklu Grand Prix City Trail Warszawa rozgrywanych w sezonie 2014/2015.

City Trail to cykl przełajowych zawodów biegowych na dystansie 5 km rozgrywany od 5 lat. Jak podają Organizatorzy, są to: “zawody dla każdego – ścigaczy, amatorów aktywnego spędzania czasu, początkujących biegaczy, a także dzieci, bowiem w ramach zawodów organizowane są także krótsze biegi dla najmłodszych – City Trail Junior na dystansach od 300 m do 3 km”.

 

W sezonie 2014/2015 zawody odbywały się w 11 miastach: Bydgoszczy, Gdańsku, Gdyni,  Katowicach, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie oraz we Wrocławiu. Cały cykl rozpoczął się 11 października 2014 w Lublinie, a zakończy się 29 marca 2015 w Katowicach.

Żeby zostać sklasyfikowanym i otrzymać pamiątkowy medal należało wziąć udział w 4 z 6 biegów, przy czym można było startować w różnych miastach. Rejestracji można było dokonać elektronicznie (nie później niż na 3 dni przed zawodami) lub na miejscu w dniu imprezy w biurze zawodów. Opłaty startowe były zróżnicowane i zależały od terminu wniesienia
wpisowego. Do drugiej edycji włącznie można było wnieść opłatę za pakiet
wszystkich biegów, co pozwalało obniżyć koszt udziału w zawodach.

Każdy uczestnik biegu głównego otrzymywał numer startowy (stały na cały cykl, który po każdym biegu trzeba było zwrócić i odebrać przed kolejnym w biurze zawodów) oraz chip do pomiaru czasu (zwracany po każdym biegu). Po ostatnim biegu można było zatrzymać swój numer startowy na pamiątkę. Nie wiem jak Wy, ale ja kolekcjonuję swoje numery startowe.

 Mój numer startowy w cyklu City Trail 
fot. A. Jarosz

Grand Prix City Trail Warszawa

Edycja warszawska, w której brałam udział, odbywała się w Parku Leśnym “Młociny”. Zakończyła się w ostatnią niedzielę, czyli 15.03. Udało mi się zakończyć ją z przytupem, ponieważ wybiegałam swój najlepszy czas na dystansie 5 km – 00:27:24. To jest zresztą moja trzecia “życiówka” uzyskana w tym cyklu 🙂
Spośród sześciu zawodów rozegranych w ramach Grand Prix City Trail Warszawa wzięłam udział w 4 z nich (I, III w 2014 i IV, VI w 2015). Z jednego wykluczyło mnie przeziębienie, z drugiego przymusowy odpoczynek po zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego.
 
Trasa Grand Prix City Trail Warszawa
fot. www.citytrail.pl

Trasa warszawskiej edycji składała się z dwóch, ale nie identycznych, pętli – pierwsze okrążenie było nieco krótsze, niż drugie. Biegło się po głównej alejce Parku Leśnego Młociny, ale nie odnotowałam kolizji z niedzielnymi spacerowiczami 😉 
Leśne alejki były dość ubite, ale jak to w lesie, zdarzały się na nich korzenie i kamienie. Pewien fragment trasy, po którym biegło mi się najgorzej, przebiegał po ścieżce utwardzonej potłuczonymi cegłami. Ze względu na to, że zawody odbywały się w okresie jesienno-zimowym, na trasie bywało też błoto i kałuże, ale nie na tyle duże, żeby nie można ich było ominąć. 
W pierwszych zawodach z cyklu biegłam w butach do fitnessu (moich pierwszych butach do biegania) z dość delikatną podeszwą i biegnąc w nich musiałam uważać na korzenie, czy kamienie. Tamtego dnia brałam wcześniej jeszcze udział w biegu na 10 km (odbywającym się po asfaltowych alejkach w parku), miałam niewiele czasu na ogarnięcie się w domu i jakoś tak z rozpędu ubrałam te same buty. “Oświeciło” mnie dopiero na miejscu… Zdecydowanie lepiej biegało mi się w butach z twardszą podeszwą i większym bieżnikiem, czyli przeznaczonych do biegania w terenie. Oczywiście, wtedy też trzeba patrzeć pod nogi i uważać na kamienie, ale zetknięcie z korzeniem, czy kamieniem nie jest tak dotkliwe;) Na
ostatnich zawodach pobiegłam jednak w butach Crivit z najnowszej kolekcji biegowej
Lidla i choć nie są one raczej z założenia przeznaczone do biegania w terenie, to dobrze
się sprawdziły. W każdym bądź razie nie bałam się o swoje stopy w momencie spotkania z korzeniem czy kamieniem. Zdecydowanie bardziej martwiło mnie błoto, bo trochę się wybrudziły, ale przynajmniej przeszły chrzest bojowy 😉
“City Trail – krok do natury”
fot. A. Jarosz
Trasa była zawsze bardzo dobrze oznakowana – nigdy nie miałam problemu z wypatrzeniem znaku informującego o kolejnym wybieganym kilometrze. Trzeba oddać organizatorom, że wiedzą co robią i znają się na rzeczy. Bardzo szybko przepinane były taśmy, którymi znakowano trasę, tak żeby nikt się nie pomylił i drugą pętlę pobiegł właściwą ścieżką. 
Sprawnie odbywało się także odbieranie numerów startowych oraz oddawanie rzeczy do depozytu, a potem ich odbieranie. Wolontariusze byli zawsze uśmiechnięci i pomocni.
Na mecie po każdym biegu czekała na biegaczy ciepła herbata i pyszne rogaliki z marmoladą 🙂
Zawody na terenie parku leśnego stanowiły miłą odmianę od biegów ulicznych. Nie ma to jak kontakt z naturą 🙂
Jedyną niedogodność stanowiło oddalenie biura zawodów od linii startu, ale z drugiej strony zapewniało to rozgrzewkę przed startem 😉
Linia startu w City Trail
fot. A. Jarosz

12.10.2014 Grand Prix City Trail Warszawa I – 00:30:31 – relację z pierwszej edycji zamieściłam wcześniej na blogu: tutaj.

14.12.2014 Grand Prix City Trail Warszawa III – najlepszy życiowy czas po raz pierwszy: 00:29:02
Pamiętam, że bieganiu towarzyszyła mżawka, mimo wszystko udało mi się pobić swój dotychczasowy rekord na dystansie 5 km 🙂

11.01.2015 Grand Prix City Trail Warszawa IV – najlepszy życiowy czas po raz drugi: 00:28:05.
To był początek mojej współpracy z trenerem, bieg ten potraktowaliśmy więc jako sprawdzian mojej formy. Motywacja była więc duża i mimo sporego wiatru udało się wybiegać “życiówkę”:) 
Tego dnia uczestniczyłam jeszcze w 9. Biegu “Policz się z cukrzycą” odbywającym się w ramach 23. Finału WOŚP.

15.03.2015 Grand Prix City Trail Warszawa VI – najlepszy życiowy czas po raz trzeci: 00:27:24.
Moja aktualna życiówka. Coś czuję, że prędko jej nie pobiję ;), ale będę się starać zbliżyć do moich wymarzonych 25 minut. Start w tych zawodach podbudował mnie przed półmaratonem – w końcu udało mi się wybiegać PB po 6 tygodniowej przerwie w treningach. Oczywiście, takie tempo na całym dystansie półmaratonu nie jest dla mnie osiągalne, ale zaczynam wierzyć, że dobiegnę do mety;)

Klasyfikacja generalna całego cyklu:
K 64/129, K30 32/59

Podsumowanie warszawskiej edycji będzie miało uroczysty charakter i odbędzie się 30.03 o godz. 18:30 w Hotelu Radisson Blu Sobieski (Plac Zawiszy 1). Tego dnia nagrodzeni zostaną zwycięzcy klasyfikacji generalnej – pięć kobiet i pięciu mężczyzn (m.in. mój Trener – Jakub Karasek W nogi – czyli rzecz o bieganiu, który zajął 4 miejsce w klasyfikacji generalnej cyklu), a także kategorii wiekowych – trzy kobiety i trzech mężczyzn w każdej (Kuba zajął 2. miejsce w kategorii M20). Nagrody dostaną również uczestnicy cyklu dla dzieci i młodzieży – City Trail Junior. Każdy, kto ukończył co najmniej 4 biegi otrzyma pamiątkowy medal, czyli m.in ja 😉

Nocne bieganie, czyli ON THE RUN w Łazienkach Królewskich

Ponieważ w tym roku postanowiłam bardziej regularnie pisać relacje z zawodów, w których brałam udział, a tymczasem w niezbyt jeszcze starym 2015 zalegam już z dwiema, tym razem zdecydowałam się pójść nieco na skróty i tak oto wklejam post z mojej strony na Facebooku.

(function(d, s, id) { var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) return; js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = “//connect.facebook.net/pl_PL/all.js#xfbml=1”; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs); }(document, ‘script’, ‘facebook-jssdk’));

Post użytkownika ZabiegAnna.

Podsumowując, życzę sobie i Wam więcej takich imprez! 🙂

A na dokładkę wklejam zdjęcia medalu, który świeci w ciemności, choć może na zdjęciu tak dobrze tego nie widać 🙂

Bieg na Piątkę, czyli kiedyś przebiegnę ten maraton!

Przebiegnięcie maratonu to moje marzenie. Kiedyś zmierzę się z królewskim dystansem. Na razie wystarczą mi krótsze biegi, takie jak Bieg na Piątkę, towarzyszący Maratonowi Warszawskiemu. Przynajmniej w ten sposób mogłam poczuć się choć w części jak maratończyk.
 Niebieski numer, niebieska koszulka, niebieski izotonik,
czyli pakiet startowy Biegu na Piątkę.
 
W Biegu na Piątkę, który odbył się 28.09.2014 r. startowałam razem z Bratem nr 1. Umówiliśmy się na wspólny przejazd, najpierw autobusem do Dworca Zachodniego, a potem SKM-ką już na miejsce zawodów. Dla uczestników Biegu na Piątkę przejazdy komunikacją miejską były bezpłatne, co dodatkowo sprzyjało wyborowi tego właśnie sposobu transportu. No i odchodził problem z parkowaniem;)

Ładny ten bilet 😉

 

Już w autobusie spotkaliśmy osoby startujące tak w naszym biegu, jak i w biegu maratońskim (można było rozpoznać “swoich” po workach z pakietu startowego;)) Na dworcu, a potem w SKM-ce, było ich jeszcze więcej. Z pociągu na stacji Warszawa Stadion rozlał się prawdziwy tłum biegaczy, którzy niczym mrówki zmierzali w kierunku Stadionu.
 
Warszawa Stadion.
 
Stadion Narodowy.
 
 Stadion i ja.
  
Kiedy zostawiliśmy swoje rzeczy w depozycie, udaliśmy się na miejsce startu, czyli Most Poniatowskiego. Obawiałam się, że w trakcie biegu będzie mi zimno i koszulkę startową ubrałam na bluzkę z długim rękawem. Mieliśmy biec głównie przez Most i myślałam, że będzie wiało znad Wisły. Ponadto, start biegu był dość wcześnie (9:30), a to był już koniec września. W trakcie czekania na Dworcu Zachodnim na SKM-kę było mi trochę chłodno, zwłaszcza patrząc na maratończyków w krótkich spodenkach;) Jednak nie ma to jak doświadczenie…;) Jak się później okazało, w trakcie biegu było mi trochę za ciepło, tym bardziej że wyszło słońce.
Najpierw startowali maratończycy. Czekaliśmy więc chwilę na swoją kolej. W sam raz, żeby zrobić kilka zdjęć;)
 
Tuż przed startem.
 
Konferansjerem był Przemysław Babiarz. Pamiętam (może już nie dokładnie co do słowa) jego motywujące słowa skierowane do nas, biegnących na 5 km, na starcie: “Zapamiętajcie swoje tempo z tego biegu i za rok pobiegnijcie w takim samym tempie w biegu maratońskim. Rok solidnych przygotowań pozwoli Wam ukończyć maraton na przyzwoitym poziomie“. Myślę, że w moim przypadku to by było za wcześnie, ale miło było usłyszeć to z ust innego, bardziej doświadczonego biegacza.
 
W naszym biegu brał udział Yared Shegumo, zdobywca srebrnego medalu dla Polski w biegu maratońskim na tegorocznych lekkoatletycznych ME w Zuruchu. Jak sam powiedział, na udział w kolejnym maratonie byłoby dla niego jeszcze za wcześnie po tamtym biegu (ME oodbywały się w sierpniu). Kiedy ja wbiegałam na Most, Yared był w tym samym miejscu, tylko już w drodze powrotnej;)
 
Trasa biegu, jak nietrudno zgadnąć wnioskując po nazwie, liczyła 5 km i prowadziła głównie po Moście Poniatowskiego, który trzeba było pokonać dwa razy: najpierw biegnąc w stronę Centrum, a następnie (po nawrotce na rondzie z palmą, oficjalnie nazywającym się Rondem gen. Charles’a de Gaulle’a) w kierunku Stadionu Narodowego. Z Mostu zbiegało się na Wybrzeże Szczecińskie i nim wbiegało się już prosto na teren Stadionu. Finisz odbywał się na płycie Stadionu.
 
Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, czyli palma daktylowa na Rondzie gen. Charles’a de Gaulle’a.
 
Stadion Narodowy w drodze powrotnej.
 
Zawody wygrał Yared Shegumo z czasem 00:14:20. Najlepsza z pań była Karolina Pilarska z czasem 00:17:06. Mi udało się osiągnąć czas 00:30:27, zajmując 2380 miejsce na 3084. Życiówki nie było, ale po pierwsze było na to jak dla mnie trochę za ciasno, a po drugie biegłam spokojnie, delektując się słoneczną pogodą i widokami. Przyspieszyłam dopiero po zbiegnięciu z mostu. Na finiszu trzeba było trzymać fason;)
 

Nr 20615 po przebiegnięciu 5 km w czasie 00:30:27.

 
W kolejce po medal.
 
Medal z Biegu na Piątkę. Też na piątkę 🙂
 
Po drodze do depozytu natknęliśmy się jeszcze na stoisko Adidas, gdzie można sobie było zrobić pamiątkowe zdjęcie “na ściance”.
 
Pamiątka od firmy Adidas.
 
Rodzeństwo na medal 🙂
 
Ponieważ w domu czekał na mnie z utęsknieniem Synek nr 2, tylko chwilę patrzyliśmy na finiszujących maratończyków. Może w przyszłym roku będę już mogła pokibicować im nieco dłużej 🙂
 
Maratończycy.
 
Tego samego dnia w Berlinie także odbywał się maraton. W jego trakcie został ustanowiony nowy rekord świata na tym dystansie – 02:02:57. Dennis Kimetto z Kenii jako pierwszy człowiek w historii pokonał dystans 42 km i 195 m w czasie poniżej 2 h i 3 minut. Kenijczyk o 26 s poprawił rekord świata (ustanowiony rok wcześniej także w Berlinie), należący do swojego rodaka Wilsona Kipsanga Kiproticha.