Test odzieży i butów do biegania: koszulka adidas Supernova W, spodenki adistar 2 in 1 compression shorts oraz buty adistar boost w esm

Na wstępie przyznaję się szczerze, że do tego testu podchodziłam jak przysłowiowy pies do jeża. Dlaczego? Bo w moim odczuciu dobór butów do biegania to kwestia bardzo indywidualna i idę o zakład, że to co dla jednego będzie super komfortowe, innemu może kompletnie nie pasować. Postanowiłam jednak zmierzyć się z tym tematem. Oto efekty! 🙂

Możliwość przetestowania butów do biegania oraz stroju adidas otrzymałam od SKLEPBIEGOWY.COM. Bardzo się ucieszyłam, że to właśnie ten sklep złożył mi taką propozycję. Miałam przyjemność zamawiać w sklepie akcesoria do biegania i jestem naprawdę pod wrażeniem szybkości realizacji zamówienia, w ogóle sposobu jego obsługi. Szczerze polecam zakupy w tym właśnie sklepie – dziś zamawiasz, jutro/pojutrze odbierasz przesyłkę 🙂 Do tego dostaniesz maila z informacją na jakim etapie jest aktualnie realizacja Twojego zamówienia, więc możesz być spokojny o jego los.

Przesyłkę ze strojem adidas (koszulka adidas Supernova W #climacool*+ krótkie spodenki adistar 2 in 1 compression shorts #climalite*) i butami adistar boost w esm otrzymałam już 3 miesiące temu. Niestety, długo nie mogłam biegać w tym stroju, bo zima w tym roku może i była łagodna, ale za to trwała do maja 😉 A ja jestem strasznym zmarzluchem…

Szczęśliwie wreszcie się to zmieniło 🙂 Najdłużej na biegową premierę czekały spodenki, które po raz pierwszy ubrałam kilka dni temu!

fot. A. Jarosz
Niebieskie spodenki adistar 2 w 1 zabrałam na trening FMW runners na Agrykoli dedykowany biegaczom charytatywnym biorącym udział w akcji #BiegamDobrze. Biega się w nich dobrze 🙂

Buty poszły za to na pierwszy ogień testów, bo zimno było mi w nich najmniej straszne, gdy pogoda była taka, że o bieganiu w krótkich spodenkach i rękawku nie było mowy. Uznałam jednak, że zanim napiszę coś o nich, najpierw trochę w nich pobiegam – na różnych dystansach i w różnych warunkach, na różnym podłożu, treningowo i w zawodach. Przebiegłam w nich ok. 100 km, dokładnie nie liczyłam. Częściej używałam ich jednak na trasie zawodów. Takie moje “startówki” 😉 Jeśli chodzi o wygląd, to buty zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia. Piękny, energetyczny, kobiecy, fioletowo-różowy kolor, jeden z moich ulubionych.

fot. Andrzej Chęć

Koszulka zadebiutowała z przytupem. Przebiegłam w niej swój pierwszy półmaraton – 10. PZU Półmaraton Warszawski. Tak, wiem, że nie powinno się biegać w zawodach w odzieży zakładanej po raz pierwszy, ale koszulka ma ten sam piękny fioletowo-różowy kolor, co buty i nie mogłam się powstrzymać. Zresztą leżała idealnie, choć wolę trochę krótszy fason 🙂

Koszulka adidas Supernova W
Rodzaj odzieży: koszulka damska

Przeznaczenie: bieganie, ogólna aktywność fizyczna
Sezon: całoroczna
Kolor: odcień fioletu
Materiał: 95% poliester, 5% elastan
Cena: 149,99 zł (w SKLEPBIEGOWY.COM)

Według mnie jest po prostu świetna. Do tego idealnie wpasowała się w mój gust kolorystyczny. Jest leciutka, przewiewna, bardzo miła w dotyku. Jedyny mały minus tego, że materiał jest bardzo delikatny, to fakt, że troszkę ucierpiał od paska saszetki do biegania. Materiał ma jednak taką fakturę, że naprawdę nie rzuca się to w oczy.

fot. A. Jarosz
Drobne zaciągnięcia od paska saszetki do biegania.

Na pewno nie przeszkadza to tej koszulce być jedną z moich ulubionych koszulek do biegania! 🙂 Koszulka ma także elementy odblaskowe, co dla mnie, biegającej głównie późnymi wieczorami, jest dodatkowym atutem. Bezpieczeństwo przede wszystkim!:)

Miałam ją na sobie m.in. podczas każdego z trzech półmaratonów, w których startowałam:

10. PZU Półmaraton Warszawski
fot. J. Karasek
Koszulka zapewniła mi drugi oddech na rozgrzanym asfalcie! Wtedy jeszcze nie biegłam w butach adistar, bo nie miałam okazji w nich wcześniej pobiegać, a z butami wolałam nie ryzykować zakładając je po raz pierwszy na poważy dystans półmaratonu. Kolejne dwie połówki jednak udowodniły, że można było startować w nich w ciemno 😉 Przy okazji zapraszam do lektury relacji z mojego debiutu na połówce 🙂
1. PKO Półmaraton Sopot

fot. Maratomania
 Koszulka dodała mi koloru a buty energii do skoków 😉 Relacja: tutaj.
3. PKO Nocny Wrocław Półmaraton
fot. Sympatyczna Uczestniczka półmaratonu, której imienia i nazwiska niestety nie znam 😉
Koszulka niewątpliwie dodała mi uroku i wspaniale komponowała się z tiulową spódniczką i wianuszkiem kwiatków na głowie ;P Buty również sprawdziły się doskonale – mimo, że cały dzień spędziłam wcześniej na nogach (Wrocław taki piękny, trzeba było zwiedzać i skorzystać z krótkiego weekendowego pobytu jak najwięcej) i wieczorem zakładałam je na nieco spuchnięte stopy – do mety dotarłam bez szwanku…
…i wybiegałam cudnego krasnala 🙂 Relacja jeszcze jest w trakcie pisania, tylko coś “się nie może” napisać ;P

Spodenki do biegania adistar 2 in 1 compression shorts 
Rodzaj odzieży: spodenki damskie

Przeznaczenie: bieganie
Nogawka: zewnętrzne szorty – luźna, krótka, wewnętrzne spodenki – dopasowana, krótka
Kolor: zewnętrzne szorty – odcień niebieskiego, wewnętrzne spodenki – czarny
Materiał: 100% poliester
Cena: ok. 99 zł.
   Przód i tył
Ten model to jak wskazuje nazwa  2 w 1 – pod spodem są czarne dopasowane krótkie spodenki, sięgające do połowy uda, wierzchnia warstwa to trochę krótsze szorty (ja mam jasnoniebieskie) o luźnym kroju. Myślę, że to model idealny dla pań, które mają coś do zarzucenia swoim udom lub pupie 😉
Spodenki mają rozwiązanie, które bardzo lubię – sznurek do zawiązania w pasie (od wewnętrznej strony). Moim zdaniem pozwala to na lepsze dopasowanie i pewność, że spodenki nie będą się zsuwać podczas biegu.
Spodenki mają też z prawej strony niedużą kieszonkę, zasuwaną na suwak. Może smartfon się tam nie zmieści, ale klucze czy inne drobiazgi z pewnością tak. Suwak zabezpieczy zawartość kieszonki przed zgubieniem w trakcie treningu. Ja co prawda biegałam do tej pory “na pusto”, bo zazwyczaj biegam z saszetką zapiętą w pasie lub pasem na bidon. Kieszonka znajduje się z boku spodenek, ale jest tak skonstruowana, że schowana do niej rzecz będzie się znajdować z tyłu (na pupie), więc myślę, że nie powinna przeszkadzać w trakcie biegania. Chusteczka do nosa na pewno;)
Spodenki mają, podobnie jak koszulka, odblaskowe aplikacje, co na pewno zwiększa widoczność w trakcie wieczornego biegania.
Tak ogólna uwaga do strojów adidas – myślę że są dość duże. Ja mam koszulkę i spodenki w rozmiarze M, ale myślę, że spokojnie “zmieściłabym” się w rozmiarze S, choć zwykle noszę właśnie rozmiar M. Podobnie jest z oficjalną koszulką warszawskiej połówki, także tej firmy.
Buty adistar boost w esm 
To teraz czas na buty. Dla wielu z Was będzie to najciekawsza część testu 😉
Jak wiadomo, buty są najbardziej podstawowym (czy też wręcz najważniejszym) elementem wyposażenia biegacza. I wzbudzają wiele skrajnych emocji. Wśród biegaczy znajdziemy fanów “kosmicznych” technologii, wszelkich “wodotrysków” i amortyzacji, jak i tych opowiadających się za minimalizmem, czy wręcz biegających boso. Jedni lubią buty miękkie, inni twarde (i obstawiam, że ten sam model ktoś zakwalifikowałby jako twarde, a inny “ktoś” jako miękki). 
Uważam, że komfort użytkowania butów jest bardzo subiektywnym odczuciem. Jak wspomniałam na wstępie, to samo rozwiązanie dla jednego biegacza będzie idealne, u drugiego nie wywoła zachwytu. Każdy ma przecież inną budowę stóp (szerokość, wysokość podbicia), inny styl biegania, sposób stawiania stóp. Słyszeliście coś na pewno o pronacji, supinacji, bieganiu z pięty i lądowaniu na śródstopiu. Niejednokrotnie widziałam też biegaczy biegających na palcach. Swoją drogą nie wiem, jak oni to robią…;) Wiem też, że nawet najlepsze buty (wciąż nie jestem pewna co to znaczy “najlepsze”, za biegacza nie pobiegną. Gdyby było inaczej, to mając te same buty co Usain Bolt, biegając w nich osiągalibyśmy czasy podobne do niego. Tak dobrze nie jest 😉 Przypominam że Bolt jest m.in. wielokrotnym mistrzem świata w biegu na 100 m i 200 m. Nie będę wymieniać wszystkich jego tytułów. Zresztą postać Usaina (nie tylko w świetle ostatnich wydarzeń) z pewnością zasługuje na odrębny wpis:) Zainteresowanych tematyką jego sukcesów odsyłam więc do “wujka” Google a ja skupię się na butach do biegania 😉
Myślę, że buty do biegania po prostu muszą być wygodne. I to od razu, jeszcze w czasie mierzenia w sklepie. Jeśli coś nam na tym etapie nie pasuje, to nie sądzę, żeby to się ułożyło później w trakcie biegania. Zresztą kupując buty, które często kosztują kilkaset złotych, po prostu nie ryzykowałabym wyrzucenia tych pieniędzy w przysłowiowe błoto. Trzeba pamiętać, że w trakcie biegania stopa trochę puchnie, rozpłaszcza się (staje się jakby dłuższa) musimy więc mieć odpowiedni luz w palcach (kilka mm przed dużym palcem lub może raczej najdłuższym palcem – w moim przypadku drugi palec u lewej stopy jest troszkę dłuższy niż duży). Za ciasny but będzie powodował obtarcia lub schodzenie paznokci. Nie mogą być jednak za luźne, bo także będą obcierać. Zwykle dobre są buty o numer większe, niż te w których chodzimy na co dzień. Dobrym pomysłem jest też kupowanie butów po południu lub wieczorem, kiedy stopa jest już nieco “rozpłaszczona” po całym dniu. Buty adidas, które otrzymałam mają rozmiar 39 1/3, zazwyczaj noszę buty 38.
Po ostatnim bieganiu na Agrykoli, kiedy było naprawdę ciepło (przebiegłam w nich wtedy ok. 5,5 km) miałam wrażenie że jeszcze trochę i mogłyby mnie zacząć obcierać w okolicy kostki. Choć jeśli chodzi o komfort biegania, to uważam, że na jego wpływ mają nie tylko same buty, ale i skarpetki. Może to one nie były odpowiednie na upalną pogodę… Widzicie więc, że różne czynniki mogą mieć wpływ na odbiór butów. Na pewno dobrze jest mierzyć buty w skarpetkach, w których będziecie biegać.
fot. Andrzej Chęć
Zaznaczam więc, że to co tu za chwilę przeczytacie będzie moimi subiektywnymi odczuciami, które nie muszą się wcale pokrywać z Waszymi. Prowadząc bloga spotkałam się już z pytaniami o moje buty do biegania: “Jak się w nich biega?” Zawsze odpowiadam, że MI się w nich biega dobrze. Spotkałam się także z krytyczną oceną butów, w których biegam a która zupełnie nie pokrywa się z moimi odczuciami.
To, co na temat tego modelu mówi producent.
Rodzaj obuwia: treningowe
Przeznaczenie: dla stopy neutralnej i pronującej
Sezon: wiosna, lato, jesień
Kolor: odcień fioletu
Materiał cholewki: syntetyk, techfit
Podeszwa środkowa: BOOST™ 75%, Eva 25%, Torsion
Podeszwa zewnętrzna: Formotion, Continental
Waga: 315 g (42,5 EU)
To, co widać na pierwszy rzut oka.
Tak jak wspomniałam – buty wizualnie bardzo mi się podobają. W oczy rzuca się doskonała jakość wykonania. Wszystkie elementy buta są do siebie świetnie dopasowane. Nie ma żadnych odstających nitek, czy niedoklejonych lub pobrudzonych klejem powierzchni.
fot. Andrzej Chęć
Zadbano o detale. Płaskie, miękkie i elastyczne sznurowadła, dobrze się zaciskają.
fot. Andrzej Chęć
Usztywniany, ale bardzo elastyczny czubek butów, dopasowujący się do stopy. To pierwszy model butów z tego typu rozwiązaniem, w którym biegałam.
 
fot. Andrzej Chęć
Cholewka wykonana jest z przewiewnej tkaniny. W przedniej części (nad palcami) zrobiono ją z dwóch warstw elastycznej, sprężystej siateczki, każda ma inny kształt otworów wentylacyjnych. But ma tradycyjny sposób wiązania – na sznurowadła (w butach do biegania można też spotkać rzepy, czy systemy opatentowane przez producentów, np. quick lace marki Salomon). But posiada pięć dziurek na sznurowadła + szóstą do robienia pętelki dla pewniejszego mocowania stopy w bucie (sznurówki się wtedy nie rozluźniają, ten sposób wiązania zapobiega otarciom pięt). Przy okazji, gdybyście nie wiedzieli jak wiąże but z wykorzystaniem tej dodatkowej dziurki, to polecam Waszej uwadze ten filmik:
Jak wiązać buty do biegania?
Zapiętek jest usztywniony plastikowym “szkieletem”. Środek stopy jest wzmocniony też trzema gumowymi paskami, które stanowią jednocześnie znak firmowy marki adidas.
fot. Andrzej Chęć
Dość gruba, kilkuwarstwowa podeszwa pod piętą, będąca jakby oddzielną częścią od pozostałej raczej jednolitej podeszwy środkowej. Producent nazywa to systemem Formotion – systemem ruchomej podeszwy środkowej w tylnej części buta. Działa to na zasadzie dwóch ocierających się o siebie (jedna o drugą) płytek, połączonych ze sobą gumowymi elementami dla regulacji zakresu ruchu tychże płytek. Ta gruba pięta sprawia, że buty mogą się wydawać ciężkie, ale takie nie są.
 
fot. Andrzej Chęć
Podeszwa środkowa jest wykonana z materiału przywodzącego na myśl styropian 😉 Wierzcie mi jednak, że ze styropianem ma niewiele wspólnego. To materiał amortyzujący, opracowany we współpracy z firmą BASF. Wedle zapewnień marki adidas, unikalna struktura materiału BOOST™ pozwala wytworzyć jeszcze więcej energii podczas każdego odbicia od podłoża. I coś w tym jest!
fot. Andrzej Chęć
Podeszwa zewnętrzna została wykonana we współpracy ze specjalistą w dziedzinie ogumienia – firmą Continental.
fot. Andrzej Chęć
fot. A. Jarosz
Buty są “miCoach compatibile”, co oznacza że wewnątrz buta, pod wkładką, posiadają specjalną “kieszonkę” na urządzenie adidas miCoach, np. Bluetooth Smart Compatible Speed_Cell, które zbiera dane dotyczące osiągów sportowych i mierzy średnią i maksymalną prędkość, odległość oraz czas. Oczywiście, dla tych co nie używają takiego urządzenia, but jest wyposażony w specjalną zaślepkę. Nie trzeba się martwić o dziurę w podeszwie 😉
Bluetooth Smart Compatible Speed_Cell
Wrażenia podczas biegania
Buty od pierwszego założenia były bardzo wygodne, bardzo dobrze dopasowane. Już w trakcie chodzenia po mieszkaniu czułam, jakbym miała pod stopami małe sprężynki. Sprężystość to chyba ich główna cecha. Biegałam w tych butach na różnym podłożu – po asfalcie, po chodniku, po lesie. Po suchej i mokrej nawierzchni. I za każdym razem czułam tę dodatkową moc, która jakby wracała do mnie po odbiciu.
Pamiętam, że gdy w biegu OSHEE na 10 km podczas Orlen Warsaw Marathon czekałam na start przejechałam dla testu stopą po wilgotnym po niedużym deszczu asfalcie (do tego czasu biegałam tylko po suchej nawierzchni) i stopa mi odjechała  jakbym miała w podeszwie mini-rolki. Zaskoczyło mnie to i zaczęłam się obawiać, że będzie to stanowiło problem w trakcie biegu po mokrej nawierzchni. Niepotrzebnie. Ani razu, nawet na zbiegu Tamką, nie poczułam się niepewnie stawiając stopę na mokrym asfalcie. W tym biegu po raz pierwszy złamałam godzinę na dystansie 10 km. Nie jest to wyłączna zasługa butów, w końcu ja na pewno bardziej się zmęczyłam w trakcie biegu i po coś trenuję regularnie;), ale na pewno lekkość kroku ułatwiła nieodpuszczanie tempa.
fot. Adam Chęć
Ja i moje buty tuż przed startem w Biegu OSHEE OWM 2015…

fot. Autorka nieznana
…i  tuż po 😉 Tylko takie zdjęcie “z medalem” mam z finiszu. Ale nogi to przecież najważniejszy bohater tego dnia 😉

Gdy biegnę w tych butach, czuję jakby dodatkowe wspomaganie. Im szybciej się biegnie i mocniej wybija, tym jakby więcej energii wraca z podłoża. Jest tak jak obiecuje producent: “połączenie wygody i zastrzyku energii, gwarantuje niesamowite doświadczenie podczas biegania”. 

Jedyna niemiła przygoda związana z tymi butami spotkała mnie także podczas wspomnianej wyżej “dychy”. Na mojej prawej stopie, na środku, pojawił się na niej piękny pęcherz. Ponoć z pęcherzami jest tak, że nigdy nie wiadomo kiedy się przytrafią. Mi się zrobił jak do tej pory tylko ten jeden raz. Obstawiam więc, że zawiniły tu trochę skarpetki. Dopasowane, ale zwykłe, bawełniane, nie funkcyjne (przetestowane co prawda wcześniej na 5 km) w połączeniu z wodą na trasie… Buty wodoszczelne nie są i trochę wody dostało się do środka w trakcie biegu po mokrej trasie.
fot. A. Jarosz
Cena życiówki 😉
Za to mój dłuższy (od palucha) drugi paluszek w lewej stopie, który już dwa razy w trakcie mojej trwającej ponad rok przygody z bieganiem stracił paznokieć, nie ucierpiał w tych butach ani razu 😉
Buty adidas adistar boost w esm to moje pierwsze tzw. markowe buty do biegania. Tak jak wspomniałam wyżej, buty zostały wykonane bardzo starannie, dokładnie. Dopracowany jest każdy detal, żaden element designu nie znalazł się tu przypadkowo. Gołym okiem widać że w butach zastosowano materiały bardzo wysokiej jakości, bardzo dobrze dopasowujące się do stopy. Biega mi się w nich wygodnie i jakby z dodatkowym wspomaganiem. Kiedy już zużyję swoje wszystkie buty do biegania i będę poszukiwać nowych, to z pewnością rozważę zakup butów z serii boost. Tylko tych butów nie da się raczej szybko zużyć, bo na razie poza lekkim przybrudzeniem nie noszą śladów użytkowania 🙂
 fot. A. Jarosz
Aktualnie model ten w SKLEPBIEGOWY.COM kosztuje 529,99 zł.
Jeszcze raz dziękuję za możliwość testowania stroju i butów, tym bardziej, że testy wypadły pozytywnie 🙂
* Rozwiązania sosowane w odzieży i butach adidas (opisy ze strony sklepbiegowy.com):
ClimaCool – system wentylacji stosowany w butach i odzieży Adidas, zapewniający uczucie komfortu i chłodu podczas ćwiczeń. Odzież ClimaCool uszyta jest ze specjalnie zaprojektowanych, precyzyjnie i często bezszwowo połączonych tkanin 3D, o strukturze siateczki różnej gęstości, z domieszką srebra, które aktywnie odprowadzają ciepło i pot z powierzchni skóry. Pozwala to m.in. zabezpieczyć ciało przed przegrzaniem w wysokich temperaturach.
ClimaLite – tkanina w 100% syntetyczna, wchłania pot z powierzchni skóry i odprowadza go do jej zewnętrznej warstwy, aby szybciej wyparował.
Torsion – system, który wspiera stopę w jej naturalnych ruchach skrętnych i pomaga w odpowiednim dopasowaniu buta do podłoża oraz zapewnia odpowiednie wsparcie dla śródstopia.
Profilowana pianka Eva – system stosowany w podeszwie obuwia, w części bezpośrednio przylegającej do stopy. Gwarantuje wygodę i dopasowanie do anatomicznego kształtu stopy podczas biegania.
Formotion (odzież) – system stosowany w ubraniach adidas, które stają się jednością ze sportowcem w czasie wysiłku, wspomagając naturalne i płynne ruchy. Ten kompleksowy system wspomagania ciała wyznacza nowe standardy komfortu, dopasowania i kontroli ruchu.
BOOST™ – oddaje więcej energii, niż jakikolwiek inny materiał amortyzujący, wykorzystywany w butach do biegania. To połączenie wygody i zastrzyku energii, gwarantuje niesamowite doświadczenie podczas biegania. Niesamowita energia, lepsza amortyzacja, optymalne dopasowanie i niezależność temperatury – tak w skrócie można opisać Energy Boost – nowe buty adidas, które zapewniają większy zwrot energii niż jakiekolwiek inne buty biegowe. Załóż je i zostań jeszcze lepszym biegaczem! Podstawową innowacją jest BOOST™ – rewolucyjny materiał amortyzujący. Stoi za nim partner adidas – BASF, wiodąca światowa firma chemiczna, która na podstawie procesu innowacyjnego opracowała specjalny system. Jego główną koncepcją jest podzielenie materiału ze stałych granulek (TPU) na tysiące małych kapsułek zbierających i oddających energię umieszczonych w podeszwie. Dzięki swojej unikalnej strukturze pozwalają one wytworzyć jeszcze więcej energii podczas każdego odbicia od podłoża. Testy przeprowadzone przez adidas Innovation Team pokazują, że wytrzymałe materiały zastosowane w butach Energy Boost zapewniają największy zwrot energii spośród wszystkich dostępnych butów do biegania.

Trening biegowy: Pogoda zmienną jest – czasem słońce, czasem deszcz

W sobotę mogłam doświadczyć tego osobiście. Może nie była to pogoda z kategorii ekstremalnych (choć tak naprawdę to pojęcie względne, bo dla każdego co innego może być ekstremalne;)), ale zaowocowała pewnymi przemyśleniami, które postanowiłam przelać na wirtualny papier…

Na sobotnim treningu było tak: 🏃🌀💧🚦⛅🌈, czyli na początek ciemne chmury, potem wiatr, deszcz, słońce i na koniec tęcza w nagrodę 🙂

 
Pogoda może niekiedy zaskoczyć – czasem słońce, czasem deszcz.

Kuba W nogi – czyli rzecz o bieganiu zadał mi na sobotę 10 min spokojnego biegu + 20 min w tempie zawodów na 5 km + 10 min spokojnego biegu. Ciężko było mi utrzymać tempo w trakcie tych 20 min, zwłaszcza gdy zerwał się wiatr, ale się starałam. Dwa razy z rytmu wybiło mnie czerwone światło. Podobnie, dwa razy podglądałam, ile jeszcze mi tego szybszego biegu zostało, bo brzęczyk w zegarku coś się ociągał… I nie byłam zachwycona tym co pokazywał wyświetlacz 😉 Mimo wszystko, prawie cały ten czas biegłam w tempie poniżej 5:15 min/km (przynajmniej tak pokazywał zegarek). Wyszło mi razem niewiele ponad 7 km.
Deszcz był nawet miłym orzeźwieniem, bo było jakoś duszno. Jak przed burzą, której na szczęście nie było 😉 Może dlatego biegło mi się tak ciężko?

Na koniec przyjemnie było wystawić twarz do słońca 🌞.

[Poradnik biegacza]
I właśnie w związku z tą zmienną pogodą w trakcie treningu, naszła mnie taka refleksja. Dobrze mieć przy sobie w trakcie treningu chociaż 2 zł – nie zajmuje dużo miejsca a może być bardzo pomocne. W sobotę chętnie kupiłabym sobie za nie wodę, naprawdę by mi się wtedy przydała… Chyba wrócę do biegania z wodą (na początku zawsze biegałam z wodą) – w końcu jest coraz cieplej. Zresztą te 2 zł mogą być potrzebne i w zimie 😉 Wybraliśmy się kiedyś z Bratem nr 1 na dłuższe bieganie do lasu. I kiedy z tego lasu już wracaliśmy, i kiedy miałam do domu jeszcze co najmniej 2 km, poczułam, że ja już nie mam “paliwa”. Wtedy na szczęście miałam przy sobie “piątaka” i wstąpiłam do sklepu po baton czekoladowy 🙂
Kiedy jest taka niepewna pogoda, że raz pada deszcz, raz świeci słońce, to dobrze na dłuższy trening zabrać ze sobą także cieniutką kurtkę przeciwdeszczową. Złożona/zwinięta zmieści się nawet do niedużej saszetki-biodrówki, a może być bardzo pomocna kiedy nagle zacznie padać deszcz. Przezorny zawsze ubezpieczony;) Z cukru nie jesteśmy, więc się nie rozpuścimy, ale wychłodzić i przeziębić się już możemy 😉

PS. Jeśli chodzi o najnowszą ofertę biegową Lidl Polska, dostępną w sieci od czwartku 28.05, bardzo odpowiada mi biustonosz “z lekkim efektem formującym” ;P i “siateczkowa” koszulka z krótkim rękawem. Koszulki bokserki mają luźny krój, ja lepiej się czuję w takich dopasowanych, choć może te luźne lepiej maskują boczki 😉 W spodniach 3/4 brakuje mi kieszonki na suwak z tyłu, jaką posiadały modele w poprzednich kolekcjach. W tych jest mała kieszonka na szwie, z przodu. Klucze się zmieściły, ale tamto rozwiązanie jest praktyczniejsze. Buty są najwygodniejsze ze wszystkich lidlowych, w których do tej pory biegałam 🙂 Takie przemyślenia po kilku treningach 😉

Ubrania funkcyjne Crivit z najnowszej oferty biegowej Lidla

Narodowe Święto Biegania: Orlen Warsaw Marathon, czyli jak rozprawiłam się z godziną na 10 km

Plan na ten bieg był jeden – złamać 1 h. Udało się! 🙂

Orlen Warsaw Marathon to zgodnie z zapowiedziami Organizatorów trwające dwa dni Narodowe Święto Biegania. Miasteczko biegowe zlokalizowane na błoniach Stadionu Narodowego imponowało rozmiarem.

Miasteczko biegowe na Orlen Warsaw Marathon
Główną imprezą był oczywiście bieg maratoński (42,195 km), ale dla biegaczy jeszcze nie gotowych na zmierzenie się z królewskim dystansem przewidziany został Bieg OSHEE (10 km). Ba! znalazło się nawet coś dla początkujących czy też nie mających z bieganiem nic wspólnego – charytatywny marszobieg (4,6 km).
Zanim 26.04 wystartowałam w biegu na 10 km, dzień wcześniej wzięłam wraz z moją Przyjaciółką w charytatywnym marszobiegu. Całą trasę z Pl. Zamkowego na błonia Stadionu Narodowego pokonałyśmy marszem, bo Gosia (jeszcze;P) nie biega. Mówi, że na razie się nie przekonała… Za to często występuje w roli mojego kibica 🙂 Na udział w marszobiegu wcale nie musiałam Jej długo namawiać 😉
Start marszobiegu na Pl. Zamkowym
Meta majaczy w oddali…
Na trasie i na mecie
 W marszobiegu wzięło udział 11 000 uczestników
Takich osób jak my było 11 000. Każdy uczestnik to pomoc w wysokości 10 PLN przeznaczona na rzecz potrzebujących dzieci, wspieranych m.in. przez Fundację ORLEN Dar Serca. Fajnie że robiąc coś dobrego dla siebie (w końcu ruch to zdrowie) można jednocześnie zrobić coś dobrego dla innych. Win-win 🙂

Po marszobiegu odwiedziłyśmy miasteczko biegowe. Co prawda pakiet startowy na Bieg OSHEE odebrał wcześniej mój Brat nr 1, który także brał w nim udział, ale i tak miałam co robić. Expo składało się z wielu stoisk z ofertą dla biegaczy – od butów, przez stroje i akcesoria, po zdrowe jedzenie i odżywki. Na jednym z takich stoisk miałyśmy okazję spotkać Beatę Sadowską i poprosić o autograf w naszych książkach “I jak tu nie jeść!”. Wiedziałam że Beata będzie podpisywać tego dnia książki, ale zabrałam swój egzemplarz (zamówiony jeszcze w przedsprzedaży – po lekturze “I jak tu nie biegać!” byłam pewna, że można brać w ciemno ;)) bez większej nadziei na powodzenie. Myślałam, że gdy dotrzemy na miejsce po prostu Jej już tam już nie zastaniemy. Tymczasem spotkała nas miła niespodzianka 🙂

 “I jak tu nie jeść!” i autograf Beaty Sadowskiej

Na Expo odwiedziłyśmy także foto-budkę oraz dałyśmy się namówić na zielony koktajl a ja kupiłam sobie jeszcze bransoletkę z zawieszką (mam do nich słabość:)) na stoisku Biżuterii Sportowej.

W niedzielę rano tradycyjnie umówiłam się z Bratem na wspólny dojazd na miejsce zawodów. Dla biegaczy przejazd komunikacją miejską w Warszawie był tego dnia darmowy. Za bilet służył numer startowy.

Numer startowy służył mi za bilet
Na stacji Metro Świętokrzyska prawie puste wagony podziemnej kolejki wypełniły się biegaczami po brzegi. Na twarzach niebiegajacych pasażerów, będących w zdecydowanej mniejszości, można było zobaczyć pewną konsternację 😉
Tym razem postanowiłam wystartować w oficjalnej koszulce biegu.
 Melduję się na miejscu 🙂
Start obydwu niedzielnych biegów był o tej samej porze. Strefy startowe maratończyków i biegnących na 10 km były ustawione równolegle do siebie. Jedni i drudzy biegacze pozdrawiali się wzajemnie i oczekiwali na sygnał do startu.
Widok na strefy startowe
 W momencie startu w niebo poszybowały biało-czerwone baloniki
 Linia startu coraz bliżej…
Na początku było trochę ciasno, ale stopniowo rozluźniało się na trasie i znalazłam swoje miejsce wśród biegaczy. Dopiero potem na zdjęciach z biegu zobaczyłam, że na trasie było naprawdę duuużo biegaczy.
Już jakiś czas wcześniej postanowiłam, że na tym biegu rozprawię się z godziną. Pacemaker biegnący na 1:00:00 początkowo był w zasięgu mojego wzroku, jednak stopniowo oddalał się wraz z grupką towarzyszących mu biegaczy, by w pewnym momencie zniknąć zupełnie.
Zwykle na biegach 5 i 10 km biegnę wolniej na początku, a potem, gdy już się porządnie rozgrzeję i rozbiegnę, przyspieszam. Zawsze się boję, że dam się ponieść tłumowi, “zagotuję się” na wstępie, a potem nie dam rady dobiec do mety. Biegnę więc sobie zachowawczo, czasami może nawet zbyt zachowawczo, ale co tam! Czas nie jest zwykle dla mnie bardzo istotny, choć cieszę się, gdy uda mi się poprawić swoją “życiówkę”. Czasami w trakcie biegu wolę chłonąć atmosferę, cieszyć oczy widokami na trasie, niż walczyć o każdą sekundę. Co prawda nawet ja już się nauczyłam, że w biegach na 5 km nie ma czasu na zbyt spokojny start, od razu trzeba ruszyć tempem zbliżonym do zakładanego na dany czas, bo bieg trwa za krótko, żeby potem nadrobić początkowe straty. Po Biegu Niepodległości na 10 km też wyciągnęłam cenną naukę, że jeśli się decydować na szybszy bieg, to też należy to zrobić odpowiednio wcześnie 🙂 Wtedy nie udało mi się złamać godziny, choć ostatnie 2 km to w porównaniu do początkowego tempa biegu pędziłam na złamanie karku 😉 Zresztą Endomondo wciąż jako mój najszybszy kilometr pokazuje właśnie końcówkę tamtego biegu;)
Mądrzejsza więc o to doświadczenie, w trakcie biegu kierowałam się wskazaniami mojego zegarka. Właściwie przez przypadek ustawiłam wyświetlacz na średnie tempo, a nie tempo bieżące, ale jak się okazało było to bardzo dobre posunięcie 🙂 Kiedy się zorientowałam w pomyłce, już, już miałam przestawić zegarek, ale wtedy doznałam olśnienia! Żeby ukończyć bieg z czasem poniżej 1 h, to zegarek musi wskazywać średnią wartość poniżej 6 minut/km. Bardzo mnie więc cieszyło, że pokazywana na wyświetlaczu wartość stopniowo zbliża się do tych upragnionych 5:59 min/km 🙂 6:14, 6:13, 6:10, 6:07, 6:05… Pomagało mi też to, że trasa biegu była mi znana m.in. z 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego, gdyż częściowo się z nią pokrywała.

Od ok. 5-6 km czułam, że “coś” się dzieje w środkowej części spodu prawej stopy i że nie jest to nic dobrego… Od 7 km czułam już wyraźnie ból. Ale bardzo chciałam złamać tę godzinę i czułam że naprawdę mam szansę to zrobić.

Kiedy przekroczyłam 8 km i zobaczyłam Stadion Narodowy z bliska, wiedziałam że się uda, że mam jeszcze siły żeby utrzymać odpowiednie tempo do mety. To było super uczucie! Jakby nogi same niosły! Trasę od Mostu Świętokrzyskiego doskonale pamiętałam z poprzedniego dnia (finisz marszobiegu był w tym samym miejscu) i wiedziałam, że już za chwilę będzie meta. Jeszcze tylko okrążyć Stadion!

Starałam się nie myśleć o tym, że coś mnie boli. Właściwie to chyba nawet przestałam czuć ból. Skupiłam się na gonieniu zajączka… w osobie pacemakera na 1:00:00, bo znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

Kiedy go wyprzedziłam na ostatniej prostej, to miałam już niemal pewność że się udało 🙂 Za metą mój zegarek pokazał czas 00:59:15 (sekundę więcej niż czas oficjalny).

Uff! Udało się! 🙂
Jeszcze w strefie medalowej poprosiłam inną Uczestniczkę biegu (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)) o zrobienie zdjęcia. Pani poprosiła mnie zresztą o to samo. Mam jednak nadzieję, że w roli fotografa wypadłam lepiej, niż Ona 😉 W każdym razie, gdy zobaczyłam te zdjęcia uśmiechnęłam się od ucha do ucha 😀 Nie byłam zła. W końcu to moje nogi grały w tym biegu główną rolę 😉
 Zdjęcie w strefie medalowej. Element najważniejszy dla biegacza uwieczniony 😉
Dopiero po chwili prawa stopa przypomniała mi o sobie 😉 Tak jak podejrzewałam już w trakcie biegu, pojawił się na niej piękny pęcherz. Mój pierwszy biegowy bąbel 😉 Obstawiam że zawiniły skarpetki. Dopasowane, ale zwykłe, bawełniane, nie funkcyjne (przetestowane co prawda wcześniej na 5 km) w połączeniu z wodą na trasie.
 Cena życiówki 😉
Po odebraniu depozytu odstałam jeszcze z Bratem prawie 1,5 h (!) w kolejce do namiotu, w którym można było wygrawerować na medalu swój czas. Ponieważ był to pierwszy bieg na 10 km, w którym nie zobaczyłam 1 h z przodu, zależało mi na tym grawerze. Robiło mi się coraz zimniej, zaczął znowu kropić deszcz i marzyłam już tylko o ciepłym prysznicu. Jednak mimo zimna i bólu stopy z uśmiechem na ustach wróciłam do domu 🙂
Medal 🙂
Przepowiednia? 😉
*** 

Poradnik biegacza

Ponieważ w sobotę 2.05 miałam start w półmaratonie w Sopocie, chciałam żeby pęcherz jak najszybciej przestał mi dokuczać.
W poniedziałek, choć ze stopą było już znacznie lepiej, niż bezpośrednio po niedzielnym biegu, pobiegłam do apteki i kupiłam plastry Compeed na pęcherze (te duże, na piętę). Po naklejeniu plastra mogłam już normalnie chodzić i nic mnie nie bolało. We wtorek biegałam na treningu 😉
Kiedy pakowałam się na wyjazd do Sopotu, miałam tylko dylemat odnośnie butów – czy zabierać je na półmaraton, czy może wybrać inne, w których już pokonałam ten dystans bez szwanku. Pęcherz przytrafił mi się w biegu na 10 km, a teraz do pokonania miałam przecież ponad 21. W #adistar #boost biega mi się jednak tak lekko, że postanowiłam zaryzykować 🙂
Ilość płynu w pęcherzu się zmniejszyła, jednak mały bąbel nadał na stopie był, w czwartek wieczorem przed wyjazdem przebiłam więc pęcherz (bo nie zrobiłam tego od razu) zdezynfekowaną igłą. Chyba jednak lepiej zrobić to od razu, choć zdania na temat przebijania pęcherzy są podzielone 😉 Ilu biegaczy, tyle sposobów na tę dolegliwość 🙂 Rano zabezpieczyłam miejsce po bąblu zwykłym plastrem.
W sobotę rano przed biegiem nakleiłam na nie nowy plaster na pęcherze, który tworzy na stopie taką ochronną poduszeczkę. Na lewej w analogicznym miejscu nakleiłam zwykły szeroki plaster. I na szczęście obyło się już bez pęcherzy 😉 Relację z biegu w Sopocie znajdziesz: tutaj.

#owm #biegna10km #biegoshee

Poradnik biegacza: Dobry plan nie jest zły – biegaj z planem!

Od początku swojej przygody z bieganiem trenuję z planem i… dobrze mi z tym 🙂 I Wam też polecam trenowanie według planu treningowego. Oto dlaczego.

Pewnie niektórzy z Was zadają sobie pytanie: “Po co mi plan treningowy?”. Czy nie mogę sobie biegać po prostu dla przyjemności? Oczywiście, że tak! Jednak kiedy aktywność biegowa ma jakiś cel – np. zrzucenie zbędnych kilogramów, poprawę kondycji, czy przygotowanie do zawodów – łatwiej go będzie osiągnąć z planem. Plan będzie Twoim przewodnikiem w drodze do celu. Z planem masz większą szansę na sukces!

Poza tym plan jest, moim zdaniem, dobrym rozwiązaniem w przypadku początkujących. Z obserwacji wiem, że wiele osób rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem na zasadzie: “Przebiegnę jak najwięcej kilometrów, najlepiej od razu i do tego codziennie”. I o ile ktoś był osobą aktywną, to pewnie mu to większej szkody nie przyniesie, ale w przypadku zasiedziałego kanapowca może skończyć się kontuzją. Organizm z dnia na dzień zostaje poddany obciążeniom, do których nie przywykł. I nagle zaczynają boleć kolana, piszczele, organizm zaczyna być przemęczony…. Z początkowej wysokiej motywacji zostają jedynie jej opary i rozczarowanie. Bo przecież miało być tak pięknie… I potem to już tylko prosta droga do stwierdzenia, że: “Bieganie jest nie dla mnie!”.

Uważam, że trzeba sobie dać czas. Dobrze, ba, bardzo dobrze, że ktoś postanowił zmienić tryb swojego życia. I jeszcze lepiej, że zrobił to nie czekając na kolejny poniedziałek, czy początek nowego miesiąca. Wiem, że obecne, “pędzące” czasy nam nie sprzyjają i coraz trudniej jest nam czekać. Chcemy efekty widzieć od razu, już, natychmiast! Ale nie tędy droga – nie od razu Rzym zbudowano… Formę też 🙂 Plan pozwala nam utrzymać w ryzach tę chęć bezrefleksyjnego nabijania kilometrów – wczoraj 0, ale dziś już 5, jutro może 10 km. A pojutrze co? Półmaraton, maraton…? STOP! Plan daje nam czas na regenerację, która po wysiłku jest konieczna. Jest zasadą skutecznego treningu, równie ważną co pokonywanie kolejnych kilometrów. Poza tym, na początku przygody z bieganiem jest ważny przede wszystkim czas, w którym pozostaje się w aktywności, a nie pokonany kilometraż.
“Powoli, ale konsekwentnie do przodu!” – to moja dewiza. Z każdym treningiem przybliżamy się do swojego celu. Nawet jeśli na początku wydaje się on być baaardzo odległy.

Skoro mowa o czasie, to plan pozwala też nam lepiej się zorganizować. Zaplanować swój czas. Łatwiej wtedy jest pogodzić bieganie z codziennymi obowiązkami i innymi aktywnościami. Tylko uwaga, nie można stać się niewolnikiem planu. Plan można dostosowywać do życia. Plan ma nam życie ułatwiać, ma być pomocną wskazówką w drodze do celu i drobne ustępstwa na pewno nam nie zaszkodzą 😉

I jeszcze jedno, dla mnie bieganie z planem jest bardzo motywujące. A motywacja to podstawa sukcesu. Cieszy każdy zrealizowany trening. Każdy “odhaczony” trening to jest przecież mały sukces! 🙂

W pismach branżowych czy w internecie można znaleźć wiele planów treningowych zarówno dla początkujących, jak i dla bardziej zaawansowanych. Wystarczy tylko wybrać ten, który nam najbardziej pasuje. Jeszcze lepiej, gdy mamy możliwość współpracy z trenerem, który opracuje plan przeznaczony dla nas, na bieżąco monitoruje nasze postępy i aktualizuje plan, dostosowując go do naszej aktualnej dyspozycji. Jednak, żeby zacząć biegać nie jest to konieczne:)

Ja zaczęłam biegać według planu ze strony www.biegaj40minut.pl. Zaczęłam od 8 tygodnia i już ten fakt było dla mnie bardzo motywujący, bo nawet miałam zamiar nie robić sobie testu tylko zacząć od razu od pierwszego tygodnia. Nie sądziłam, że jestem w stanie przebiec ciągiem 12 minut! Liczyłam, że może jedną 😉 Ciekawość wzięła górę i jak widać dobrze się stało 🙂

Słownik biegacza:
Plan treningowy – harmonogram treningów, który ma określony cel i obejmuje pewien dłuższy czas (kilka tygodni).

#plantreningowy #słownikbiegacza #motywacjabiegacza

Wyzwanie “100 km w miesiąc” vol. 2

Za pierwszym razem się nie udało, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podjęła tego wyzwania po raz drugi. Tym razem nie zawiodłam. I na własnych nogach pokonałam 100 km w ciągu jednego miesiąca. W zasadzie to wyrobiłam się przed czasem 🙂

Ostatnio zorientowałam się, że nie napisałam nic na temat drugiego podejścia do swojego drugiego wyzwania. Tzn. napisałam na fb, ale nie tu. Pora więc nadrobić zaległości, bo wyzwanie zakończyłam już ponad 3 tygodnie temu!

Poprzednia nieudana próba pokonania 100 km biegiem w ciągu jednego miesiąca, o której pisałam tutaj, zakończyła się 05.10.2014, więc od razu 06.10 rozpoczęłam drugie podejście. No bo jak to? Tak po prostu odpuścić? Nie ma mowy! Gdy ktoś (lub coś) mi mówi, że nie dam rady, to jest to dla mnie najlepsza motywacja. Nie da się? A właśnie, że się da! Tylko patrz!

Najlepsza motywacja 🙂

Tym razem tak mi właśnie powiedziało pierwsze podejście do tego wyzwania. Gdy motywacja jest dobra, to i wyniki od razu lepsze. Koniec wyzwania przypadał na 05.11.2014 r. Setny kilometr przekroczyłam 04.11, czyli przed terminem 🙂

Dni biegowych było 14 (czyli wyszło 100 km w dwa tygodnie;)). W tym czasie trzy razy wzięłam udział w zawodach – dwa razy na dystansie 5 km i raz na dystansie 10 km. Dwa z nich odbyły się nawet jednego dnia 🙂 – czytaj tutaj.

  

 
    Kilka kadrów z mojego wyzwania
W trakcie wyzwania dorobiłam się też jednego czarnego paznokcia;)
 
A mój mini-blog na Facebooku zyskał 100 Fana 🙂
 100 km i 100 “lajków” 🙂

Co mi dało to wyzwanie? Przede wszystkim dodatkową motywację. Wiedziałam, że dam radę wybiegać te kilometry i nie chciałam zawieść samej siebie. Po całym dniu z dziećmi czasami naprawdę było ciężko wyjść pobiegać. Godzina 22:00, ciemno, już nie tak ciepło jak latem… Łatwiej byłoby na pewno zalec na kanapie przez telewizorem… Ale nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Bieganie to czas tylko dla mnie – okazja do pobycia samej ze sobą, ze swoimi myślami, do złapania oddechu, dystansu… Taki mały reset. No i jeszcze okazja do pogadania z Bratem nr 1, bo najczęściej biegam właśnie z nim.

To wyzwanie było kolejnym krokiem do zmiany stylu i trybu życia, jaką się zdecydowałam wprowadzić pół roku temu. Myślę, że na obecnym etapie nie potrzebuję już specjalnej zachęty, żeby wyjść pobiegać. Bieganie weszło mi w krew i gdy nie mogę wyjść pobiegać, to zwyczajnie czegoś mi brakuje. Uważam jednak, że stawianie sobie wyzwań pomaga nam się rozwijać. Stanowi też miłe urozmaicenie codziennych treningów. Dlatego zachęcam każdego początkującego biegacza do podjęcia podobnego wyzwania. Zwłaszcza, gdy ktoś ma kłopoty z utrzymaniem systematyczności treningów 😉

W trakcie wyzwania, tak “przy okazji”, zrealizowałam też 4 tygodnie z mojego planu treningowego do 10. Półmaratonu Warszawskiego. I to jest teraz moje największe wyzwanie 🙂

10. PZU Półmaraton Warszawski – witamy na liście startowej!
Twój numer startowy to: 1536

Apteczka biegacza: Syrop z cebuli, syrop z czosnku

Jak powszechnie wiadomo, cebula to naturalne lekarstwo – zwalcza bakterie, wzmacnia odporność. Zawiera wiele cennych składników, m.in. witaminy A, B i C, kwas foliowy, wapń i żelazo.
Ponieważ męczy mnie wciąż infekcja i wcale nie zamierza się wynieść, postanowiłam ją wygonić i zabrałam się za produkcję naturalnych syropów – z cebuli i z czosnku. Syrop z cebuli wspomaga walkę z bólem gardła i kaszlem, a ten męczy mnie najbardziej. Czosnek to naturalny antybiotyk, a syrop z czosnku regularnie stosowany wspomaga nasz układ odpornościowy, łagodzi objawy przeziębienia i grypy.

Syrop z cebuli

Składniki:
– 2 duże cebule
– 2 czubate łyżki cukru

Jak zrobić?
Cebule drobno
posiekaj. Włóż do słoiczka i zasyp dwiema czubatymi łyżkami cukru. Zakręć słoik i
odstaw na kilka godzin. Kiedy cebula puści sok, przelej go przez gazę. Syrop jest gotowy do picia.

Dawkowanie:

Syrop z cebuli
można pić 2-3 razy dziennie po jednej łyżce.

Syrop z czosnku

Składniki:
– 2 główki czosnku, najlepiej polskiego, gdyż jest bardziej aromatyczny i działa efektywniej niż chiński
– sok z 3 cytryn
– 6 łyżek miodu
– 1 szklanka przegotowanej, zimnej wody
Jak zrobić?
Czosnek przeciśnij
przez praskę, dodaj miód, wodę i sok z cytryn. Wszystko wymieszaj.
Odstaw na 24 godziny, a następnie przecedź. Syrop jest gotowy do picia.
Dawkowanie
Aby wzmocnić odporność – 1 łyżka dziennie (dla dzieci – łyżeczka).
Aby pokonać przeziębienie – pić 1 łyżkę co 4 godziny (dzieci – łyżeczka).

Na zdrowie!:)

Przepisy pochodzą z serwisu www.ofeminin.pl

Warszawska Triada Biegowa: 11 start na 11 listopada – XXVI Bieg Niepodległości

Jeszcze nigdy nie spędziłam Święta Niepodległości na biegowo. Ba, nigdy wcześniej nie spędziłam go na sportowo. No chyba, żeby zaliczyć do tego rodziny spacer. W końcu zawsze to jakiś rodzaj ruchu…;) Dziś już wiem, że to świetny sposób i będę kontynuować tę “nową, świecką tradycję” 🙂

Od dawna nie udało mi się na zawody dotrzeć bez pośpiechu i obawy, że nie zdążę. I nie zaspać (mimo nastawiania budzika ;)). Tym razem był czas na spokojne wypicie kawy i zjedzenie śniadania. Wszystko naszykowałam sobie wieczorem. Zawsze tak robię (inaczej bym nie dała rady zdążyć na kilka wcześniejszych zawodów;)).

***
Poradnik biegacza
Przy okazji, dobra rada dla startujących w zawodach (nie tylko) po raz pierwszy: warto wszystko wcześniej, na spokojnie sobie naszykować. Strój, numer startowy (można go odebrać niekiedy nawet kilka tygodni przed zawodami, więc lepiej poszukać go, gdy nie zostało nam ostatnie 5 min do wyjścia, bo gdy człowiek się spieszy, to rzeczy martwe stają się szczególnie złośliwe i nie dają się znaleźć), agrafki do przypięcia numeru, napoje, coś regenerującego na ząb, mokre chusteczki do rąk i… wszystko to bez czego nie ruszacie się z domu nawet po bułki do sklepu. Np. ja, niczym tolkienowski Bilbo Baggins (przed wyprawą do Samotnej Góry oczywiście), nie ruszam się bez chusteczek do nosa:) Nie mówiąc już o wyborze sposobu dojazdu i sprawdzeniu czasu potrzebnego na dotarcie na miejsce zawodów, czy też lokalizacji biura zawodów, przebieralni i depozytów, czy nawet linii startu, bo (co nie jest już tak oczywiste) nie musi się ona znajdować tuż obok wcześniej wymienionych punktów. Pozwoli to uniknąć dodatkowego stresu rano w dniu zawodów (np. nerwowego szukania ulubionych spodni do biegania, by po kilku minutach poszukiwań znaleźć je w koszu na pranie) i zapomnienia czegoś “niezbędnie” potrzebnego, a czego brak odkryjemy dopiero na miejscu (mam tu na myśli coś, co tak naprawdę nie jest nam potrzebne, do startu, ale bez czego czujemy się nieswojo). Jestem przekonana że prawie każdy z nas coś takiego ma, jak np. wspomniane wyżej chusteczki:). Jeśli biegasz z telefonem, sprawdź też stan baterii, bo rano może już nie być czasu na jej ładowanie. Jeśli korzystasz z budzika w telefonie, powyższa czynność jest wręcz obowiązkowa 😉
***
Wracając jednak do relacji, udało mi się wyjść z domu bez konieczności gonienia na przystanek. Umówiłam się z Bratem nr 1 na pętli tramwajowej. Na miejsce dojechać mogliśmy jednym tramwajem. Fajnie już w tramwaju spotykać innych biegaczy, udających się na ten sam bieg. Można się wtedy poczuć częścią pewnej społeczności. Podobnie jak w przypadku tegorocznego Biegu Powstania Warszawskiego, numer startowy posłużył mi za bilet 🙂
 
Numer startowy XXVI Biegu Niepodległości umożliwiał uczestnikom darmowy przejazd komunikacją miejską.
Do Ronda “Radosława”, a więc rzut beretem od miejsca startu, dojechaliśmy o 09:40. Mogliśmy podziwiać flagę na nowo postawionym Maszcie Wolności. Na szczęście zawiał wiatr i przez chwilę widać ją było w całej biało-czerwonej okazałości. Szkoda, że nie zastosowano prowadnicy do flagi, wyglądałaby wtedy cały czas pięknie, choć może już nie tak malowniczo. We wtorek wielkiego wiatru nie było i flaga przez większość czasu zamiast dumnie powiewać smętnie sobie wisiała… Może w przyszłości zostanie to poprawione.
Maszt Wolności na Rondzie “Radosława”.
“W 96. rocznicę odzyskania niepodległości Polski, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, w 25. rocznicę wolnych wyborów w Polsce, w 10. rocznicę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w hołdzie wszystkim, dzięki którym Polska jest dziś wolnym, odrodzonym krajem”.

Ponieważ mieliśmy do startu jeszcze dużo czasu, postanowiliśmy się pokręcić trochę po miasteczku zawodów. Z każdą chwilą przybywało na miejscu biegaczy, głównie w białych lub czerwonych koszulkach. Wszyscy razem mieliśmy przecież stworzyć na starcie żywą biało-czerwoną flagę.

Na początku poszliśmy do stoiska PKO Banku Polskiego, żeby wziąć udział w akcji “Biegnę dla …”. Tym razem biegacze mogli wspomóc 5-letnią Amelkę zmagającą się z nowotworem. Zasady są proste – trzeba udać się do namiotu PKO BP, wpisać się na listę, pobrać kartkę z hasłem akcji i przypiąć ją sobie (najczęściej na plecach, bo z przodu jest już nr startowy). Wiem już, że w akcji wzięło udział ponad 800 osób, dzięki czemu Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże pieniądze na jej leczenie. Trzymam kciuki za powrót Amelki do zdrowia!
Potem odwiedziliśmy biuro zawodów z pytaniem, czy można otrzymać puzzle z Marszałkiem Piłsudskim dołączane do pakietów startowych już po tym, jak odebraliśmy swoje pakiety. Okazało się, że można 🙂 Mam więc teraz zajęcie na wieczory bez biegania (kuruję się aktualnie z przeziębienia).
“Historia w kolorach”, czyli puzzle z Marszałkiem Piłsudskim od IPN.
Po drodze do szkoły (Zespół Szkół Samochodowych i Licealnych nr 2), w której mieściły się nasze przebieralnie i depozyty, kupiłam na stoisku wydawnictwa Inne spacery “Książkę kucharską dla aktywnych”. Nic tylko gotować;)

Najnowsza “lektura w biegu”.

Oddanie rzeczy do depozytu odbyło się sprawnie, jednak było lekkie zamieszanie z toaletą na parterze. Panie kierowały się oznaczeniem na drzwiach, na których kółeczko oznaczało damską toaletę, natomiast faktycznie została ona przeznaczona dla panów. Jak wiadomo, w damskiej toalecie kolejki są zawsze dłuższe i gdy zbliżała się godzina 11:00 zrobiło się troszkę nerwowo i panowie zaczęli upominać się o swoje. Myślę jednak, że wszyscy szczęśliwie zdołali opróżnić pęcherze;)

W efekcie tej “wc-draki” udaliśmy się do naszej VI (najwolniejszej) strefy czasowej – dla biegnących na czas 60 min i więcej – tuż przed wybiciem godziny 11:11. Jak się okazało, staliśmy naprawdę daleko od linii startu. Nie martwiło mnie to zbytnio (nie od dziś wiadomo przecież, że ostatni będą pierwszymi;)) do czasu, gdy odegrano Hymn. Ledwo się zorientowałam, że to już, bo prawie go nie było słychać:( Potem zostało nam już jedynie cierpliwie czekać na swoją kolej. Nie było to łatwe, bo w bezruchu zaczęło się robić trochę chłodno. Zanim przekroczyliśmy linię startu, dwóch najszybszych biegaczy ukończyło już swój bieg! Nie powiem, żeby to było budujące;) Ktoś już kończy bieg, kiedy ty jeszcze nawet nie zacząłeś. No i czekanie na start zwyczajnie się dłużyło, tak ciało, jak i emocje stygły… Ale dzięki takiemu rozwiązaniu na pewno wielu biegaczom udało się osiągnąć swój najlepszy życiowy wynik:)

“Kolejka” do linii startu.
Trasa biegu mi się podobała. Może nie była zbyt urozmaicona (polegała przecież na przebyciu pięciokilometrowego, prostego odcinka najpierw w jedną, a potem w drugą stronę), ale za to wiodła po jednej z głównych arterii komunikacyjnych Warszawy, przez Centrum, w otoczeniu drapaczy chmur… Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi były naprawdę imponującym widokiem. Niestety, telefon odmówił posłuszeństwa i nie mogłam zrobić więcej zdjęć 🙁
Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi. Piękny widok!
Musiałam polegać na zegarku, bo Endomondo wystartowało z opóźnieniem (brak łączności z satelitami;)). Na szczęście dobrze oznakowano każdy kilometr, dzięki czemu łatwo było mi kontrolować czas. Biegło mi się całkiem dobrze, zważywszy na to, że byłam przeziębiona. Emocje w trakcie zawodów jednak udzielają się i biegnąc w zawodach udaje mi się zwykle wykrzesać z siebie więcej, niż na co dzień. Jedną z takich wzruszających chwil był moment mijania orkiestry Wojska Polskiego, która wspierała biegaczy grając żołnierskie pieśni. Mi w udziale przypadło słuchać “Piechoty”. Za późno się jednak zdecydowałam, żeby przyspieszyć. Nie udało mi się złamać godziny, ale i tak osiągnęłam swój najlepszy czas na tym dystansie, lepszy od poprzedniego o 23 sekundy. Na pierwszym punkcie kontrolnym zajmowałam miejsce numer 10927, a bieg ukończyłam na miejscu 9814, z czasem 01:01:17.
Zawody ukończyło 12295 biegaczy. Zawody wygrał Łukasz Parszczyński (Warszawska Brygada Rakietowa) z czasem 00:30:03. Najlepsza wśród pań była Iwona Lewandowska (MON) z czasem 00:33:15. Ostatni na mecie zameldował się Pan Edward Mucha (ur. 1927), uważany za najstarszego biegacza w Polsce. Spotkanie Go na trasie wywołało u mnie wielkie wzruszenie. Naprawdę, to był niesamowity, niezapomniany widok. Dostałam dodatkowego “kopa” do ukończenia mojego biegu.
Pan Edward Mucha na trasie.
Teraz mogę się pochwalić 11 medalem w swojej biegowej kolekcji 🙂
11.11. i mój jedenasty start w zawodach 🙂
A na mecie czekała mnie niespodzianka, bo zjawił się Brat nr 2 z 2/3 swojej dzieciowej gromadki. Do domu wróciliśmy już razem, można więc powiedzieć, że rodzinny spacer też został zaliczony:)