Zawody biegowe: 5. Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego – jak bieg bez planu zakończył się życiówką :)

Na ten bieg, mój czwarty na dystansie półmaratonu, nie miałam żadnego pomysłu, żadnej taktyki. Poza tym, że chciałam go po prostu ukończyć. Nie nastawiałam się na żaden konkretny wynik… No dobra, wiadomo, że miło byłoby poprawić się w stosunku do poprzedniego półmaratonu 😉 Ale to było tylko takie pobożne życzenie, bo nie było specjalnych przygotowań pod ten start.

Ba, po starcie 06.08 w zawodach City Trail on Tour, w którym wybiegałam życiówkę na 5 km (pochwalę się, a co! ;)), nie przebiegłam ani kilometra! Za to wdrapałam się na kilka szczytów, bo w tydzień poprzedzający zawody spędziłam w górach. Zaliczyłam Gubałówkę, Kasprowy Wierch i Czarną Górę… Byłam też nad Morskim Okiem, do którego dotarłam na własnych nogach. O, przepraszam, jednak biegałam troszkę, bo biegiem pokonałam pół trasy powrotnej znad tego pięknego stawu. Chętnie pokonałabym całą (zbieganie jest bardzo przyjemne, w przeciwieństwie do wbiegania ;)), ale nie byłam sama.

Przyznaję się dobrowolnie, że jakiś mnie leń biegowy w sierpniu dopadł. Mówiłam sobie, że chodzenie po górach wystarczy, że nie mam jeszcze wystarczająco siły na bieganie po górach… Jeszcze, bo przecież bieg górski to moje biegowe marzenie… Na wyjeździe w grę wchodziłoby tylko bieganie rano, a ja za nic nie mogłam się zmotywować do wczesnego wstawania… I nawet wrześniowy maraton nie był dla mnie wystarczającym batem. Pewnie będę potem płakać, ale…

Po powrocie do domu (późno wieczorem w środę, z powodu awarii samochodu o dwa dni później niż pierwotnie planowaliśmy) też jakoś nie było “okazji” pobiegać.

Aż wreszcie w sobotę rano, dzień przed biegiem (przyznaję, że trochę z musu) zebrałam się, żeby pobiegać. Tak po prostu, żeby się trochę rozruszać przed niedzielnymi zawodami. I kiedy wyszłam na dwór i poczułam rześkie powietrze, wiedziałam że to była dobra decyzja. Pobiegałam sobie spokojnie 45 min (po takiej przerwie chciałabym dłużej, ale przecież nazajutrz miałam sobie odbić czas bez biegania z nawiązką) i cieszyłam się, że wreszcie przełamałam to sierpniowe biegowe lenistwo. Czasami naprawdę najtrudniejszy element treningu to po prostu zwykłe wyjście z domu. Warto walczyć ze swoim leniem i nie dać mu się zagadać wymówkami. Tyle tytułem wstępu 🙂

W niedzielę oczywiście zaspałam. Zamiast o 7:00, wstałam o 7:40. Nie słyszałam wcześniej budzika. Tak już mam, że przed zawodami zwykle nie mogę spać. Ale to wieczorem, rano nie mam z tym problemu 😉 Dobrze, że sobie przezornie wszystko naszykowałam wcześniej wieczorem. W pośpiechu zjadłam małe śniadanie, co trochę się chyba potem na mnie zemściło na trasie.
Start biegu zaplanowany był na godz. 10:00. Około 9:00 dotarliśmy z Bratem nr 1, który też startował, na miejsce. Nie było problemu z parkowaniem, bo parking był duży i wolontariusze sprawnie kierowali wjeżdżającymi i pilnowali, żeby każdy się właściwie ustawił. Dojazd do parkingu także był dobrze oznakowany. Szybko i sprawnie odebraliśmy numery startowe i oddaliśmy rzeczy do mobilnego depozytu. Start i meta biegu były zlokalizowane w różnych miejscach. Startowaliśmy z Błonia, a metę przekraczać mieliśmy w Borzęcinie Dużym. Jako depozyt posłużyły dwa autokary, którymi po biegu można było wrócić na miejsce startu.

Trasa 5. Półmaratonu im. Janusza Kusocińskiego
źródło: www.polmaraton.pwz.pl
  ZabiegAnna na starcie. Mina trochę niepewna 😉

Nie minęło dużo czasu i wystartowaliśmy. Jesteśmy tak umówieni z Bratem, że choć razem jeździmy na zawody i razem z nich wracamy, to biegamy każde z nas w swoim tempie. Mój Brat zresztą biega szybciej niż ja, nasze życiówki na półmaratonie różnią się o kilkanaście minut, szybko więc straciłam go z oczu.

Pogoda dopisała i było naprawdę ciepło. Szczęśliwie nie był to upał powyżej 30 stopni Celsjusza, ale i tak słońce mocno przygrzewało. Trasa wiodła raczej przez otwarte przestrzenie i tylko niekiedy wzdłuż drogi rosły drzewa, w których cieniu można było się na chwilę skryć. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i na trasie co ok. 5 km były punkty nawadniania z wodą i izotonikiem. Mimo własnej wody (na dłuższe dystanse zabieram zawsze własny bidon z wodą, głównie dla komfortu psychicznego), chętnie korzystałam z każdego punktu na trasie popijając zarówno wodę, jak i izotonik. Właściwie to w odwrotnej kolejności, bo nie specjalnie lubię posmak izotoniku 😉 Co do bananów nie jestem pewna, bo nie korzystałam za każdym razem, ale chyba były dostępne na każdym punkcie.

Na początku biegło mi się bardzo ciężko. Biegłam w tempie ok. 6:05, ale w okolicach 5 km to się zaczynałam zastanawiać czy ukończę ten bieg biegiem… To taki mój plan minimum na każdy start – przebiec, nawet wolno, cały dystans. I mimo że chciałam biec szybciej to zaczęłam zwalniać do ok. 6:15, potem nawet 6:25. Ok. 10 km była kurtyna wodna i wskoczyłam pod nią cała. Wtedy jakby mi ktoś przełącznik jakiś przestawił. Zaczęłam biec szybciej, kawałek nawet w tempie ok. 5:45 (pamiętam swoje zdziwienie kiedy zerknęłam na zegarek;)). Oczywiście potem zwolniłam, ale udawało mi się utrzymywać równe tempo ok.
6:15. No i było ok do ok. 14-15 km kiedy ponownie trochę zwolniłam i marzyłam tylko
o tym, by dobiec do punktu odżywiania i tam zjeść banana, żeby dostać zastrzyk energii.

Za tym punktem była taka nawrotka, to się chyba nazywa agrafką, dość długa. I mniej więcej w jej połowie spotkałam brata… idącego z przeciwka! To był dla mnie nieoczekiwany
rozwój wypadków. Nie dość, że Brat był niewiele przede mną, to jeszcze szedł! Dogoniłam go więc szybko. Przez ok. km szliśmy/truchtaliśmy razem. Spotkaliśmy grupkę wspaniałych Dziewczyn, które dopingowały swoją, chyba debiutującą w półmaratonie, Koleżankę i… nas 🙂 Niestety, Brat nie mógł biec przez skurcze, nawet truchtanie nie wchodziło w grę.

Acha, na końcu owej agrafki również można było otrzymać wodę i izotoniki od wolonatariuszy. A miły Pan Strażak polewał na życzenie wodą z wiaderka.

Wspaniała grupa wsparcia! Spotkać takie Dziewczyny na trasie to skarb! 🙂 Mam takie swoje małe podejrzenie, że Dziewczyna w czarnej tiulowej spódniczce, to Ola z P jak Przebieraniec 😉 Chciałabym się poruszać z taką gracją i zwinnością jak Ona!

Nie chciałam zostawiać Brata, ale wręcz kazał mi biec, bo wiedział że wciąż mam szansę na lepszy wynik niż ostatnio. No i tak z mieszanymi uczuciami porzuciłam go w okolicach 17,5 km. Postanowiłam sobie, że skoro już, jak wyrodna siostra, go zostawiłam, to muszę się sprężyć i wybiegać tę życiówkę. Wiedziałam że mogę złamać 2:15 i ostatnie 3 km biegłam w tempie ok. 5:40, samą końcówkę chyba nawet poniżej 5:00.

Na metę wpadłam z czasem 02:14:18. Złamałam 02:15:00 – kolejna bariera pękła:) Następnym razem spróbuję zaatakować 02:10:00.

 ZabiegAnna na mecie czwartego w życiu półmaratonu 🙂

Muszę wreszcie zaprzyjaźnić się z żelami, bo ten kiepski początek to może nie tylko brak specyficznych biegowych treningów w ostatnim czasie, ale też wina słabego śniadania. Gdybym miała żel mogłabym to jakoś skorygować a tak trochę
brakowało “pary”. Chyba izotoniki pomogły i banan. I na pewno kurtyny wodne, bez nich byłoby mi ciężko przetrwać ten bieg.

Organizatorom biegu należy się piątka z plusem 🙂 Biuro zawodów działało prężnie, mobilne depozyty także. Wody nie zabrakło, bananów chyba też 😉 Trasa była dobrze oznakowana. Wolontariusze, którzy mogli udzielać informacji, nosili widoczne tabliczki z napisem INFO, więc łatwo ich można było zlokalizować w razie problemu. I patrol medyczny na quadzie przemierzał trasę w tę i z powrotem, aby jak najszybciej namierzyć zawodników potrzebujących pomocy.

Jedynym dla mnie minusem było to, że trasa składała się tak naprawdę z kilku prostych odcinków, zdających się nie mieć końca… Do tej pory nie było dla mnie problemem biec po prostym odcinku (np. w XXVI Biegu Niepodległości, relacja:  tutaj). W przestrzeni miejskiej, gdzie ciągle coś się dzieje, jest więcej kibiców, odbiera się je jednak inaczej. Pierwszy raz odczułam więc to, o czym do tej pory tylko czytałam o tego typu odcinkach tras maratońskich 😉

Z drugiej strony była to szybka, płaska trasa, w sam raz na bicie rekordów życiowych. Myślę, że warto rozważyć w swoim kalendarzu biegowym udział w takim mniej “rozdmuchanym”, bardziej kameralnym biegu. Opłata startowa jest bardziej przystępna, a organizacja naprawdę imponuje. W tym roku padł rekord frekwencji (645 uczestników), ale i tak było luźno, nikt sobie nie przeszkadzał, nikt nikomu nie zagradzał drogi. Czysta przyjemność
biegania 🙂

Podczas niedzielnego biegu i też poprzedniego City Trail on Tour (z którego niestety jeszcze nie popełniłam relacji, ale mam nadzieję, że to wkrótce nadrobię, bo był to przecież ważny dzień dla mojego Synka nr 1, który wygrał zawody w swojej kategorii wiekowej D0), przekonałam się co to znaczy biegać głową 😉 Wcześniej jakoś tego nie doświadczałam, choć zawsze zależało mi żeby biec, truchtać a nie maszerować w trakcie zawodów… Chociaż nie, właściwie to trochę doświadczałam, ale nie w tak dużym wymiarze… Widać
wcześniej nie zależało mi aż tak na najlepszym wyniku 😉 Chyba nie uznawałam tego aspektu za szczególnie ważny… Czy może po prostu nie uświadamiałam sobie, że silna psychika to także ważny element przygotowania do biegu. Teraz z całą mocą mogę powiedzieć, że w bieganiu liczą się nie tylko mocne nogi, ale i mocna głowa! I dobra motywacja!

Cieszę się więc z tego startu, myślę że to był dobry wybór (wcześniej rozważałam jako alternatywę start w BMW Półmaratonie Praskim).

Tak oto pokonałam 21 kilometrów z haczykiem i… tym samym ukończyłam swój 21 start w zawodach w 2015 r. 🙂

Medal upamiętniający postać Janusza Kusocińskiego.
Patron biegu – Janusz Kusociński

Janusz “Kusy” Kusociński – lekkoatleta, olimpijczyk. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w biegu na 10 000 m, srebrny medalista biegu na dystansie 5000 m, rozegranego podczas pierwszych lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w 1934 r. Urodził się w 1907 r. Zginął w Palmirach, rozstrzelany przez hitlerowców w 1940 r. Całe swoje życie związał z walką o niepodległość i sportem. Więcej: tutaj.

 I na koniec zdjęcie zrobione podczas tegorocznych wakacji nad morzem. Gwiazda Janusza Kusocińskiego w Alei Sportu we Władysławowie.

Zawody biegowe: PKO Półmaraton Sopot – najbardziej kolorowy i wesoły bieg, w którym brałam udział :)

Z Sopotu wróciłam bez życiówki, bez medalu i w dodatku meldując się na mecie jako ostatnia, ale to właśnie podczas tego biegu usłyszałam: “Jesteś najlepsza!” 🙂

Pakiet startowy na PKO Półmaraton Sopot, który odbywał się 02.05 wygrałam w konkursie na Facebooku. Miała pojechać ze mną Przyjaciółka. To miał być taki majówkowy babski weekend. Niestety, nie mogła mi towarzyszyć. Wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Wtedy dowiedziałam się, że pakiety startowe na ten bieg wygrały także inne blogerki: Magda FlyingShoes, Magda LenaBiega i Iza Fit Fighterka. Postanowiłam więc zapytać, czy nie przygarną mnie do swojej ekipy. I ku mojej wielkiej radości, zgodziły się 🙂 Towarzyszyła nam jeszcze Ania La vida es mentolada, która nie biegła, za to była naszą Kibicką nr 1 🙂

Dziewczyny wykupiły bilety na Polski Bus jeszcze zanim się z nimi umówiłam. Kiedy chciałam kupić bilet, nie było już miejsc na poranne kursy. Żeby nie tracić za dużo czasu, do Sopotu pojechałam Pendolino. Bardzo komfortowa podróż, 3h i jesteś nad morzem, tylko bilety mogłyby być tańsze 😉

Jednak tak zaplanować podróż, to chyba tylko ja potrafię 🙂 Kupowałam sobie miejsce od okna a okazało się że miałam od korytarza. Żeby było jeszcze lepiej, to pociąg jechał do Gdyni a nie, jak niesłusznie zakładałam, tylko do Gdańska (skąd mi się to wzięło to nie wiem) i zatrzymywał się na stacji Sopot, gdzie docelowo miałam wysiąść. To tylko 10 min jazdy więcej, a ja musiałabym w Gdańsku wysiąść, żeby się przesiąść do SKM 🙂 Zorientowałam się w swojej pomyłce jeszcze na dworcu w Warszawie, pytałam więc pana w informacji, czy mogę jakoś dopłacić, żeby dojechać do Sopotu bez przesiadki w Gdańsku, ale już nie było czasu na przebukowanie biletu. Poszłam jednak do kierownika pociągu i okazało się, że mogę na tym bilecie dojechać do Sopotu. A i tak siedziałam pod oknem 🙂 Pani, która jechała z córeczką miała 2 miejsca pod oknem, jedno za drugim i chciała się ze mną zamienić, żeby mogła siedzieć razem z dzieckiem. Numeracja siedzeń w Pendolino ma swoją własną logikę i numery po kolei nie są obok siebie, np. 12 jest obok 18, 13 nie ma wcale. Podobno to numeracja z pociągów z przedziałami. Ale po co? Gdybyście się wybierali w podróż z kimś jeszcze i chcieli siedzieć obok niego, to uważajcie na numerki 🙂

 
Pierwsza podróż naszym TGV zaliczona 😉
W efekcie wyboru różnych środków transportu, spotkałyśmy się z Dziewczynami dopiero na miejscu w Sopocie. Piątek upłynął nam pod znakiem dobrego jedzenia, moknięcia w deszczu (dopiero po południu wyjrzało słońce), nabijania pieszo wielu kilometrów, odbioru pakietów startowych i Pasta Party w Ergo Arena, gdzie było biuro zawodów i robienia setek zdjęć.

Niestety, moje zdjęcia wcięło 🙁 Właśnie to odkryłam i zrobiło mi się smutno 🙁 Tyle pięknych i radosnych chwil… Nie wszystkie zdjęcia wrzucałam na Facebooka. Od jakiegoś czasu szwankuje mi karta pamięci w telefonie. Chyba najwyższa pora zrobić z nią porządek! Na szczęście część zdjęć udało mi się ściągnąć od Dziewczyn 🙂

 Gofry najlepiej smakują nad morzem 🙂
Ja, Iza, Ania i dwie Magdy
Biegamy 🙂
 
 Tworzyłyśmy bardzo kolorową i wesołą ekipę 🙂
Wyjazd blogerski, więc selfie musi być 🙂
 
  
 Pozujemy pod ERGO Areną. W środku Projekt Marcel.

Piątek minął szybko, wróciłyśmy do domu wieczorem, trzeba było się więc szybko kłaść spać, żeby mieć siły na rano.

 
 

W sobotę rano wystroiłyśmy się w tiulowe spódniczki 🙂 Każda z nas wybrała inny kolor, bo im bardziej kolorowo, tym lepiej 😉

 
Nasze stroje przyciągały uwagę, ale też wywoływały uśmiech na twarzy kibiców i przechodniów.

Wszystkie pobiegłyśmy dla 18-letniej Magdy, która urodziła się ze złożoną wadą serca i zbiera pieniądze m.in. na operację wszczepienia bioprotezy zastawki. W ramach charytatywnych akcji prowadzonych w trakcie wielu imprez biegowych sponsorowanych przez PKO Bank Polski można pobiec dla osób takich jak Magda, które potrzebują pieniędzy na leczenie. Żeby to zrobić wystarczy pobrać przed biegiem kartkę z napisem “biegnę dla…” we wskazanym wcześniej miejscu i wpisać się na listę. Warunkiem wypłaty świadczenia przed Fundację PKO BP jest udział w akcji określonej liczby osób. Dlatego nie wahajcie się biec z białą karteczką na plecach 🙂 Informacje o bieżących wydarzeniach można znaleźć na fejsbukowej stronie akcji PKO Biegajmy Razem.

Wszystkie pobiegłyśmy dla 18-letniej Magdy

Biegłyśmy razem przede wszystkim dla zabawy i chciałyśmy zrobić życiówkę dla Magdy (Lena Biega), która miała czas ok. 2:30. Zaczęłyśmy w tempie 6:10 min/km. Chyba jednak za dużo skakałyśmy i od 10 km Lenie kolano odmówiło posłuszeństwa. Musiałyśmy znacznie zwolnić, żeby na koniec (od 17 km) po prostu maszerować. Zamykałyśmy cały bieg, musiałyśmy nawet uciekać przed quadem z sędzią ;). Na koniec dołączyła do nas Ania, nasza dzielna kibicka i zaplecze logistyczne w jednym. Rano było dość chłodno, poubierałyśmy więc bluzy, koszulki z długim rękawem. W biegu jednak było nam ciepło i po drodze się z nich rozbierałyśmy a Ania to wszystko dzielnie nosiła.

Na ostatniej prostej Lena mimo bólu zmusiła się do ostatniego wysiłku i cała nasza piątka wraz z Anią wbiegła na metę trzymając się za ręce 🙂 Girl power!

Na mecie 🙂

Tyle braw, okrzyków radości i dopingu nie zebrałam jeszcze nigdy! Do tej pory na samo wspomnienie robi mi się wesoło i ciepło na sercu.

Na metę dotarłyśmy z czasem 2:43 (czyli zważywszy na okoliczności z wcale nie takim złym wynikiem) i niestety tu spotkało nas niemiłe zaskoczenie – okazało się że nie ma dla nas medali!:( Organizatorzy nie przewidzieli, że na koniec zapisze się jeszcze kilkaset uczestników. W efekcie zabrakło medali dla kilkunastu osób. Zapewniono nas, że medal przyjdzie pocztą, ale niedosyt pozostał. W końcu każda z nas miała marzenie o zdjęciu z medalem na plaży 😉

Ale jak Ci nie dadzą medalu na mecie, to zawsze możesz go sobie narysować ;P

  Medal tymczasowy z Sopotu
Medali zabrakło, ale humory dopisywały, bo atmosfera podczas biegu była wspaniała. Na trasie świetni kibice, zebrałyśmy z milion uśmiechów :), przybijałyśmy piątki i naładowałyśmy się pozytywną energią! Do tego słońce 🌞, morze i plaża 🙂

Medali nie było, ale za to była pizza, też okrągła 😉

Pizza po półmaratonie smakuje najlepiej ;P
Dziewczyny zostawały w Sopocie jeszcze jedną noc, ja zdecydowałam się wracać w sobotę wieczorem. W takim towarzystwie czas płynął szybko. Żałuję, że nie starczyło czasu żeby wejść na molo. Przyznaję, że nawet myślałam o tym, żeby zostać z nimi, ale bilet na Polski Bus miałam już wykupiony, trzeba się było więc zbierać do domu.
Pamiątka z Sopotu
I wróciłam do domu bez medalu, za to z garścią pięknych wspomnień. I muszelek 🙂

Jeszcze raz dziękuję Dziewczynom Lena Biega La vida es mentolada FlyingShoes i Fit Fighterka za wspaniały weekend! Jesteście the best! ♥ :*

PS. A medal przyszedł pocztą 🙂

Zawody biegowe: 10. PZU Półmaraton Warszawski, czyli jeden z celów biegowych na 2015 osiągnięty! :)

Kto czytał mój pierwszy w tym roku wpis na blogu (kto nie czytał zawsze może to teraz nadrobić ;)) ten wie, że jednym z celów na 2015 było ukończenie biegu na dystansie 21,0975 km. I właśnie to zrobiłam! 😀

 
Trasa 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego zapisana na moim Endomondo 🙂

Tak na marginesie, to po cichu liczę, że uda mi się ten wyczyn w tym roku powtórzyć co najmniej jeszcze raz (tak, tak – apetyt rośnie w miarę jedzenia ;)). Okazja nadarzyła się właściwie sama, bo kilka dni temu wygrałam pakiet startowy na PKO Półmaraton Sopot, który odbędzie się praktycznie już za miesiąc, 2.05. Tydzień przed moimi 33. urodzinami, więc tym bardziej mam ochotę pojechać. Mam nadzieję, że się uda – każda tego typu przyjemność wiąże się też niestety z wydatkami… Mimo wszystko kontynuujemy z Kubą, moim trenerem, przygotowania półmaratońskie 🙂 W niedzielę wieczorem, kiedy emocje ze startu jeszcze dobrze nie opadły, miałam już w mailu rozpisany plan na kolejny tydzień. Pełen profesjonalizm 🙂

Innym postanowieniem na ten rok było pisanie relacji ze startów na bieżąco, kiedy emocje i wspomnienia są jeszcze bardzo żywe, postaram się więc w miarę szybko opublikować ten post. Małgosiu, to między innymi dla Ciebie 🙂

Niestety, niedziela nie rozpoczęła się dla mnie tak jakbym tego chciała. Ale po kolei…

Po pierwsze, nie mogłam zasnąć. Nie wiem dlaczego, raczej nie z nerwów. Kiedy znalazłam się w łóżku i tak nie było za wcześnie, a tu jeszcze w nocy przestawialiśmy zegarki na czas letni, więc i tak godzinę snu miałam mieć mniej.  Całą sobotę spędziłam poza domem. Może i lepiej, bo nie miałam okazji zbytnio myśleć nad moim debiutanckim niedzielnym startem i niepotrzebnie się denerwować. Minus był taki, że nie miałam do startu nic kompletnie przygotowanego a jak już kiedyś pisałam, wolę sobie wszystko naszykować wieczorem dzień wcześniej: raz – bo rano mogę dłużej pospać ;), dwa – bo nie biegam rano nerwowo po domu, trzy – bo przedłużam w ten sposób przyjemność, jaką mam ze startu w zawodach 😉
Po drodze do domu odebrałam od Brata nr 1 pakiet startowy. Mając małe dzieci, odbiór pakietu przez kogoś innego jest dużym ułatwieniem, więc tym bardziej doceniam, że Brat biega razem ze mną 😉 Z drugiej strony odbierając pakiet osobiście, zwłaszcza na duży bieg (bo zwykle towarzyszy wtedy temu cała biegowa otoczka), można wprowadzić się w biegowy nastrój już dzień wcześniej…

Pakiet startowy a w nim: plecako-worek, numer startowy, czip, koszulka techniczna, worek foliowy na depozyt, naklejki z numerem do naklejenia na worek depozytowy oraz pamiątkowe m.in. z napisem FINISHER, Informator zawodów, napój izotoniczny 4MOVE, ciasteczka zbożowe belVita i kilka ulotek reklamowych od parterów biegu.
 

Po powrocie do domu, zanim położyliśmy dzieciaki spać, trochę się zeszło. Potem przygotowanie do debiutanckiego startu w zawodach na dystansie półmaratonu zajęło mi więcej czasu, niż na inne biegi. Między innymi dlatego, że pakiet startowy wpadł w moje ręce tak późno. Musiałam się nim trochę “nacieszyć”. Uzupełniłam dane osobowe na odwrotnej stronie numeru startowego. Numeru z moim imieniem 🙂 Przeglądałam m.in. informator zawodów – wg mnie, poza samym regulaminem zawodów, to lektura obowiązkowa przed startem w zawodach – kompilacja najważniejszych informacji.

Informator zawodów – lektura obowiązkowa przed biegiem.

Przymierzyłam też oczywiście koszulkę z pakietu startowego.

Koszulka techniczna z pakietu startowego.

I tu pojawił się dylemat czy pobiec w niej, solidaryzując się z innymi biegaczami, czy może w innej… Kiedy wiele tysięcy biegaczy ma na sobie podobny strój, to ma to dla mnie swój urok. Ma się wtedy jeszcze większe poczucie wspólnoty z innymi biegaczami. Jednak, szczerze mówiąc, tak na pierwszy rzut oka, koszulka nie przypadła mi za bardzo do gustu. Jest za mało różowa (różowy to mój ulubiony kolor jeśli chodzi o strój i gadżety do biegania;)). Żartuję, po prostu rozmiarowo to nieco wyrośnięte “M” i jest na mnie trochę za duża (“M-ka” za duża – jak cudownie to brzmi;)). I grafika, co prawda oddająca ideę dekady tych zawodów, jakoś mnie nie zachwyciła, ale de gustibus non est disputandum… Poza tym, pomyślałam sobie, że będę mieć o wiele większą przyjemność z noszenia tej koszulki, kiedy już przebędę dystans półmaratoński na własnych nogach. Koszulka czeka więc na swoją biegową premierę, a ja ostatecznie zdecydowałam się pobiec w koszulce adidas Supernova W #climacool od SKLEPBIEGOWY.COM. Ma piękny, energetyczny fioletowo-różowy kolor 🙂

W efekcie tego wszystkiego zasnęłam ok. 3:00, na szczęście już tego nowego, przestawionego czasu. Spałam o wiele za krótko…

Po drugie. Jak nietrudno się domyślić, w efekcie powyższego, rano nie mogłam wstać. Budzik dzwonił, a ja czekałam na kolejną drzemkę i jeszcze kolejną… ale na szczęście jakoś się udało 🙂 Niestety, wstałam z katarem. Na dwa dni przed półmaratonem zaczęło mnie brać jakieś przeziębienie i zdecydowało się zaatakować bardziej konkretnie właśnie w dniu mojego debiutu. Jakby tego było mało, do kataru dołączył też ból brzucha, bo Matka Natura uznała, że nie zaszkodzi mi przypomnieć, że jestem kobietą… Śniadanie (bułkę z miodem, gdyby ktoś był ciekaw) wcisnęłam w siebie przez rozsądek, bo mój żołądek jeszcze się nie obudził. Połknęłam więc no-spę i zaczęłam się dość żwawo szykować do wyjścia. Zbliżała się umówiona godzina, o której miał przyjść po mnie Brat nr 1, żebyśmy razem pojechali na zawody.
Już po biegu, przeczytałam w relacji Bartka Olszewskiego, znanego jako WarszawskiBiegacz.pl, że on też zażył przed biegiem m.in. no-spę (co prawda z innych powodów ;), jak się domyślam, żeby uniknąć skurczy mięśni). Może więc niepotrzebnie denerwowałam się w niedzielę z rana na Matkę Naturę, ona widocznie chciała dla mnie jak najlepiej 😉

Tego dnia komunikacja miejska w Warszawie była dla uczestników biegu darmowa, bilety zastępował numer startowy.

Bilet warszawskiej komunikacji miejskiej w dniu zawodów 😉
 

Po drodze na Pl. Piłsudskiego, gdzie mieściło się miasteczko zawodów, wyjrzało słońce. Doszłam więc do wniosku, że pewnie za ciepło się ubrałam. Zdecydowałam się na długie legginsy, koszulkę funkcyjną z długim rękawem plus wspominaną wyżej koszulkę z krótkim na wierzch. Poranne 5°C na termometrze i chmury nie zachęciły mnie do biegu na krótko, przecież jestem zmarzluchem;) Na szczęście oprócz czapki przeznaczonej na zimniejsze dni, wrzuciłam do torby moją czapkę z daszkiem. Kiedy jednak przy depozycie zdjęłam kurtkę, zdecydowałam się pozostać w długim rękawku. Choć świeciło słońce, wiał wiatr i było mi (delikatnie mówiąc) dość rześko. Cóż, klasyczny błąd nowicjusza, który musiałam potem skorygować w trakcie biegu 😉

 Miasteczko zawodów na Pl. Piłsudskiego. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem – tłum biegaczy. Nic dziwnego – zawody ukończyło 12 958 zawodników.

Trochę zaskoczyła mnie długość kolejek do tojtojów. W efekcie, sygnał startu usłyszałam, kiedy stałam jeszcze w kolejce do WC Chatki 😉 Nauczka na przyszłość, przybyć na miejsce biegu z odpowiednim wyprzedzeniem! Na szczęście, kiedy dotarłam do swojej strefy startowej, ta dopiero zaczęła ruszać w kierunku linii startu. Już po biegu okazało się, że różnica czasu brutto i netto wyniosła w moim przypadku 10 min i 10 s.

Po raz pierwszy już sam start wywołał u mnie wzruszenie – o mało się nie rozpłakałam już w momencie przekraczania linii startu. Cóż, mam oczy w mokrym miejscu… Najwyraźniej atmosfera i emocje innych ludzi wokół mnie tak mi się udzieliły… A może po prostu z całą mocą dotarło do mnie co zamierzam za chwilę zrobić i jaką to stanowi odmianę od tego co było jeszcze 10 miesięcy temu? Nie wiem, grunt że się jednak opanowałam i wyruszyłam w swój najdalszy i najdłuższy jak do tej pory bieg.

Początek był naprawdę piękny, aż chciało się biec. Ustaliliśmy z Kubą, że spróbuję powtórzyć taktykę z XXXII Biegu Chomiczówki (15 km) – początek miałam przebyć jak najspokojniej, żeby się “nie zagotować” na pierwszych kilometrach, a potem (jeśli tylko będę czuć że dam radę) od ok. 15 km przyspieszyć. Tuż przed podbiegiem nad Al. Jerozolimskimi wyprzedziła mnie, żeby nie powiedzieć, że zmiotła z trasy;), dość zwarta grupka biegnąca za pacemakerem, nie umiem jednak powiedzieć teraz na jakie tempo biegli, ale na pewno nie na 2:20. Trochę mnie to zaskoczyło, bo byłam pewna, że na starcie dołączyliśmy się do oczekujących biegaczy niewiele przed ostatnim pacemakerem, biegnącym właśnie na 2:20. Jak się później okazało, nie była to ostatnia wyprzedzająca mnie tego typu grupka… Usunęłam się więc na bok i spokojnie, swoim tempem dotarłam do pierwszego punktu nawadniania na 5 km. Dobiegłam tam po ok. 33 min, chętnie korzystając z wody. Poczułam w żołądku “chlupnięcie” zimnej wody, co wywołało lekki dyskomfort, ale na szczęście tylko przez chwilę. Biegłam więc sobie dalej spokojnie do 7 km, gdzie był nawrót w stronę Centrum.

Kiedy wbiegłam na ul. Puławską poczułam że jest mi jednak zdecydowanie za ciepło. Przebiegłam tak jeszcze jakiś kawałek, aż w którymś momencie uznałam, że po prostu muszę zdjąć z siebie jedną warstwę. Zdecydowałam, że będzie to koszulka z długim rękawem (ta spodnia, żeby nie było za łatwo ;), ale przynajmniej można ją było zawiązać w pasie). Nie przerywając biegu ściągnęłam ją z siebie i od razu poczułam, że to była właściwa decyzja! Dosłownie jakby ktoś zdjął ze mnie parę kilo! 😉

Na 10 km zameldowałam się po 01:07, czyli nieco szybciej niż w czasie mojego pierwszego oficjalnego startu na 10 km w Biegnij Warszawo 2014. Przyznaję jednak, że w trakcie biegu nie spoglądałam zbyt często na zegarek, a jeśli już, to patrzyłam raczej na pokonany dystans, a nie na tempo. Postanowiłam przede wszystkim cieszyć się z tego startu. Na punkcie nawadniania wypiłam najpierw izotonik, a potem jeszcze trochę wody.

Przy ul. Waryńskiego (mniej więcej w połowie trasy) minęłam grupkę studentów walczących ze swoją “połówką”, jeśli wiecie co mam na myśli 😉 Ten widok wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy. Niestety, jakoś za późno się zreflektowałam i nie mam żadnego własnego zdjęcia. “Pożyczam” więc to z fejsbukowej strony Fundacji “Maraton Warszawski”, autorstwa P. Andrzeja Chomczyka.

Studenci dzielnie walczyli ze swoją połówką 😉
Żródło: www.facebook.com/FundacjaMaratonWarszawski fot. Andrzej Chomczyk

Odcinek biegnący Trasą Łazienkowską, między Rondem Jazdy Polskiej a zbiegiem w ul. Solec, wspominam bardzo dobrze. Chyba było wtedy trochę z górki 😉 Szczęśliwie minęłam 13 kilometr i zrobiłam kilka fotek zamkniętemu Mostowi Łazienkowskiemu, przez pożar którego trasa biegu musiała niemal w ostatniej chwili ulec zmianie. Nie każdy pewnie zdaje sobie sprawę z tego, że atestowana przez PZLA trasa musi spełniać różne ściśle określone wymogi (np. musi posiadać określoną różnicę wysokości między startem i metą). Tym bardziej chylę czoła przed Organizatorami, że tak szybko udało im się opracować nową trasę. Moim zdaniem bardzo fajną trasę. Z doświadczenia w organizowaniu imprez związanych z częściowym wyłączeniem ruchu w mieście wiem, że załatwianie tego typu spraw wiąże się z solidną porcją papierkowej roboty, a działałam na znacznie mniejszą skalę. Chapeau bas!

 Szczęśliwa 13-tka i zamknięty Most Łazienkowski.

Kiedy zbiegłam na Wisłostradę poczułam, że trochę wieje i nie było mi już tak przyjemnie. Minęłam Stadion Narodowy, pod którym pierwotnie miała być meta biegu.

 Stadion Narodowy
 
Spotkałam też Babę Jagę, która biegła z czerwonym jabłkiem w ręce (niestety niewidocznym na zdjęciu) i poszukiwała Królewny Śnieżki 😉
 
Baba Jaga 😉

Niedługo po tym spotkaniu zrównała się ze mną grupa biegnąca na 2:20, a potem był punkt odżywiania na 15 km, na którym złapałam kawałek banana, izotonik i chyba jeszcze wodę, już nawet dokładnie nie pamiętam… Na tym punkcie nieco zamarudziłam i grupka z chorągiewką 2:20 trochę mi odskoczyła. Mój zegarek zarejestrował na 15 km czas 01:42:20.

 
Kawałek za punktem odżywiania swoje ciemne wnętrze otworzył przede mną tunel na Wisłostradzie. Było w nim trochę rześko, ale właściwie to można było odpocząć od wiatru i nieco się w nim orzeźwić. Postanowiłam, że po wybiegnięciu z tunelu zacznę przyspieszać. W mojej głowie zaświtała myśl, że może uda mi się pobiec poniżej 2 h 20 min i spróbuję dogonić tę grupkę.
 
Tunel na Wisłostradzie.
Z tunelu, który ciągnie się przez ok. 900 m i jest chyba najdłuższym tunelem drogowym w Polsce, wybiegało się na powierzchnię nieco pod górę. To było w okolicach 16 km. Wtedy poczułam, że moje nogi są jakieś ciężkie. I z zaplanowanego przyspieszania niewiele wyszło. Dopiero kiedy minęłam Stare Miasto udało mi się trochę przyspieszyć. Jednak to nie było już to samo, co w trakcie wspominanego wyżej styczniowego Biegu Chomiczówki, gdzie ostatnie 5 km pokonałam w czasie mojej aktualnej wtedy życiówki na 5 km. Chorągiewka z 2:20 majaczyła mi gdzieś w oddali, ale wciąż była w zasięgu wzroku, co było dla mnie dużą motywacją.
 
Widok na Stare Miasto.
 
Na 17 km zagrzewała biegaczy do boju ekipa z Maratonu Łódzkiego, zachęcając do udziału w biegu na królewskim dystansie. Wiem, że pomyślałam sobie, że maraton to jeszcze sobie na mnie trochę poczeka 😉 Z tą myślą dotarłam do podbiegu, który o dziwo nie był wcale taki zły. Poczułam tylko że nieco poluzowały mi się sznurówki w lewym bucie i zastanawiałam się czy się nie zatrzymać i ich nie przewiązać. Pomyślałam, że jeśli już, to na wszelki wypadek zrobię to za podbiegiem. Bałam się, że jeśli się zatrzymam na podbiegu, to już nie ruszę, a grupka na 2:20 była coraz bliżej…
 
Czy kto widział, jak biegnie króliczek ulicą?
Czy to widział kto, czy to widział kto?
(Skaldowie, “Króliczek”)
 
Kiedy wybiegałam na górę wcale nie miałam ochoty się zatrzymywać. Myślałam tylko o tym, że do mety jest już tak blisko. Zaryzykowałam, że buty się jednak całkiem nie odwiążą (kolejny wniosek na przyszłość – lepiej wiązać buty!). 19 kilometr, kolejny punkt nawadniający. Chyba złapałam izotonik, ale sama już nie wiem 😉 Mimo kostki brukowej pod stopami, po której na zmęczonych mocno nogach biegło mi się bardzo źle, udało mi się wyprzedzić swojego zajączka (czy też raczej króliczka;))!
 
W naszym mieście szukali
króliczka ze świcą,
aż dopadli go, aż znaleźli go… 
Ho, ho! Ho, ho! Ho, ho!
(Skaldowie, “Króliczek”)
 
Nie wiem kiedy minęłam 20 km. Za to wiem, dobrze słyszałam, że kiedy z Miodowej skręcałam w Krakowskie Przedmieście, tłumy kibiców gorąco wszystkich dopingowały. Jeszcze tylko kawałek prosto Krakowskim i skręt w Ossolińskich, zwężenie… I wiem, bardziej chyba czuję, że gdzieś tu zaraz jest meta! Rozglądam się na boki, bo może gdzieś tu jest mój Brat nr 1, który zawsze biega szybciej ode mnie, może moja Przyjaciółka z Mężem… Ale tak naprawdę to wszystkie twarze mi się ze sobą zlewały. Słyszałam tylko, że ktoś krzyknął coś w rodzaju: “Ania biegniesz!” Nie wiem kto to był, ani co dokładnie krzyczał, ale myślę, że to było naprawdę do mnie!
 
I wreszcie jest! Po 21,0975 km! META, na której już regularnie ryczę… ze szczęścia!:)
 
Wcisnęłam odruchowo “stop” na zegarku, ale nawet nie sprawdziłam jaki miałam czas!
Czas jest nieważny! Dostaję gratulacje i medal od Wolontariuszki. Idę dalej, do końca nawet nie wiedząc gdzie, bo jednak byłam trochę oszołomiona. Usłyszałam, że jeden ze sponsorów zachęca do pozowania na swojej ściance. Pozować nie pozowałam, ale zostawiłam na ściance swój podpis.
 
Czas faktycznie nie miał znaczenia 🙂
 
I wtedy zadzwonił do mnie Kuba, poszłam się więc przywitać z moim Trenerem:) Dzięki Niemu mam pamiątkowe zdjęcie z tego ważnego dla mnie momentu 🙂
 
 To ja w mojej koszulce mocy chwilę po przekroczeniu mety 🙂
fot. J. Karasek

Za chwilę skontaktowałam się też z Bratem, który jak się okazało, dobiegł na metę z czasem 02:00:14! On już poszedł odebrać swój depozyt, a mnie czekało jeszcze stanie w dłuuugiej kolejce po jedzenie i upominek od sponsorów biegu w postaci saszetki do biegania. Kiedy stałam w kolejce, przypomniałam sobie o rozciąganiu, więc troszkę się porozciągałam, choć chyba nie najlepiej mi to wyszło;) W tym czasie dotarła do mnie Przyjaciółka z Mężem – moi nieco spóźnieni Kibice na medal 😉

Bardzo dziękuję wszystkim Kibicom – tym osobistym i tym “pożyczonym”. Dzięki Wam biegnie się dużo lżej! 🙂
 
Zostało jeszcze tylko odebranie swoich rzeczy z depozytu. Przybiłam piątkę z Wolontariuszką, która pogratulowała mi ukończenia biegu, co było bardzo miłe. Bardzo się ucieszyłam, że mogę założyć swoją kurtkę, bo folia rozdawana przez organizatorów przestała już wystarczać, mimo przywróconej do łask koszulkowej warstwy numer 2.
 
Ania i Chwała 😉
Przyjaciele odprowadzili nas, mnie i Brata, jeszcze na tramwaj pod Rotundę. Normalnie taki spacer nie byłby dla mnie wyzwaniem, teraz jednak z każdym niemal kolejnym krokiem czułam, że chciałabym jak najszybciej dotrzeć do celu, byle już nie iść;)
 
Na koniec chciałabym jeszcze podziękować Organizatorom i Wolontariuszom – to był naprawdę piękny, dobrze zorganizowany, godny jubileuszu bieg! Lepszego startu na swój debiut nie mogłabym sobie wymarzyć 🙂
 
 
 Medal
 
I na koniec mój czas. Nie udało się pobiec poniżej 2:20, ale było blisko. Teraz przynajmniej mam co poprawiać;)