Narodowe Święto Biegania: Orlen Warsaw Marathon, czyli jak rozprawiłam się z godziną na 10 km

Plan na ten bieg był jeden – złamać 1 h. Udało się! 🙂

Orlen Warsaw Marathon to zgodnie z zapowiedziami Organizatorów trwające dwa dni Narodowe Święto Biegania. Miasteczko biegowe zlokalizowane na błoniach Stadionu Narodowego imponowało rozmiarem.

Miasteczko biegowe na Orlen Warsaw Marathon
Główną imprezą był oczywiście bieg maratoński (42,195 km), ale dla biegaczy jeszcze nie gotowych na zmierzenie się z królewskim dystansem przewidziany został Bieg OSHEE (10 km). Ba! znalazło się nawet coś dla początkujących czy też nie mających z bieganiem nic wspólnego – charytatywny marszobieg (4,6 km).
Zanim 26.04 wystartowałam w biegu na 10 km, dzień wcześniej wzięłam wraz z moją Przyjaciółką w charytatywnym marszobiegu. Całą trasę z Pl. Zamkowego na błonia Stadionu Narodowego pokonałyśmy marszem, bo Gosia (jeszcze;P) nie biega. Mówi, że na razie się nie przekonała… Za to często występuje w roli mojego kibica 🙂 Na udział w marszobiegu wcale nie musiałam Jej długo namawiać 😉
Start marszobiegu na Pl. Zamkowym
Meta majaczy w oddali…
Na trasie i na mecie
 W marszobiegu wzięło udział 11 000 uczestników
Takich osób jak my było 11 000. Każdy uczestnik to pomoc w wysokości 10 PLN przeznaczona na rzecz potrzebujących dzieci, wspieranych m.in. przez Fundację ORLEN Dar Serca. Fajnie że robiąc coś dobrego dla siebie (w końcu ruch to zdrowie) można jednocześnie zrobić coś dobrego dla innych. Win-win 🙂

Po marszobiegu odwiedziłyśmy miasteczko biegowe. Co prawda pakiet startowy na Bieg OSHEE odebrał wcześniej mój Brat nr 1, który także brał w nim udział, ale i tak miałam co robić. Expo składało się z wielu stoisk z ofertą dla biegaczy – od butów, przez stroje i akcesoria, po zdrowe jedzenie i odżywki. Na jednym z takich stoisk miałyśmy okazję spotkać Beatę Sadowską i poprosić o autograf w naszych książkach “I jak tu nie jeść!”. Wiedziałam że Beata będzie podpisywać tego dnia książki, ale zabrałam swój egzemplarz (zamówiony jeszcze w przedsprzedaży – po lekturze “I jak tu nie biegać!” byłam pewna, że można brać w ciemno ;)) bez większej nadziei na powodzenie. Myślałam, że gdy dotrzemy na miejsce po prostu Jej już tam już nie zastaniemy. Tymczasem spotkała nas miła niespodzianka 🙂

 “I jak tu nie jeść!” i autograf Beaty Sadowskiej

Na Expo odwiedziłyśmy także foto-budkę oraz dałyśmy się namówić na zielony koktajl a ja kupiłam sobie jeszcze bransoletkę z zawieszką (mam do nich słabość:)) na stoisku Biżuterii Sportowej.

W niedzielę rano tradycyjnie umówiłam się z Bratem na wspólny dojazd na miejsce zawodów. Dla biegaczy przejazd komunikacją miejską w Warszawie był tego dnia darmowy. Za bilet służył numer startowy.

Numer startowy służył mi za bilet
Na stacji Metro Świętokrzyska prawie puste wagony podziemnej kolejki wypełniły się biegaczami po brzegi. Na twarzach niebiegajacych pasażerów, będących w zdecydowanej mniejszości, można było zobaczyć pewną konsternację 😉
Tym razem postanowiłam wystartować w oficjalnej koszulce biegu.
 Melduję się na miejscu 🙂
Start obydwu niedzielnych biegów był o tej samej porze. Strefy startowe maratończyków i biegnących na 10 km były ustawione równolegle do siebie. Jedni i drudzy biegacze pozdrawiali się wzajemnie i oczekiwali na sygnał do startu.
Widok na strefy startowe
 W momencie startu w niebo poszybowały biało-czerwone baloniki
 Linia startu coraz bliżej…
Na początku było trochę ciasno, ale stopniowo rozluźniało się na trasie i znalazłam swoje miejsce wśród biegaczy. Dopiero potem na zdjęciach z biegu zobaczyłam, że na trasie było naprawdę duuużo biegaczy.
Już jakiś czas wcześniej postanowiłam, że na tym biegu rozprawię się z godziną. Pacemaker biegnący na 1:00:00 początkowo był w zasięgu mojego wzroku, jednak stopniowo oddalał się wraz z grupką towarzyszących mu biegaczy, by w pewnym momencie zniknąć zupełnie.
Zwykle na biegach 5 i 10 km biegnę wolniej na początku, a potem, gdy już się porządnie rozgrzeję i rozbiegnę, przyspieszam. Zawsze się boję, że dam się ponieść tłumowi, “zagotuję się” na wstępie, a potem nie dam rady dobiec do mety. Biegnę więc sobie zachowawczo, czasami może nawet zbyt zachowawczo, ale co tam! Czas nie jest zwykle dla mnie bardzo istotny, choć cieszę się, gdy uda mi się poprawić swoją “życiówkę”. Czasami w trakcie biegu wolę chłonąć atmosferę, cieszyć oczy widokami na trasie, niż walczyć o każdą sekundę. Co prawda nawet ja już się nauczyłam, że w biegach na 5 km nie ma czasu na zbyt spokojny start, od razu trzeba ruszyć tempem zbliżonym do zakładanego na dany czas, bo bieg trwa za krótko, żeby potem nadrobić początkowe straty. Po Biegu Niepodległości na 10 km też wyciągnęłam cenną naukę, że jeśli się decydować na szybszy bieg, to też należy to zrobić odpowiednio wcześnie 🙂 Wtedy nie udało mi się złamać godziny, choć ostatnie 2 km to w porównaniu do początkowego tempa biegu pędziłam na złamanie karku 😉 Zresztą Endomondo wciąż jako mój najszybszy kilometr pokazuje właśnie końcówkę tamtego biegu;)
Mądrzejsza więc o to doświadczenie, w trakcie biegu kierowałam się wskazaniami mojego zegarka. Właściwie przez przypadek ustawiłam wyświetlacz na średnie tempo, a nie tempo bieżące, ale jak się okazało było to bardzo dobre posunięcie 🙂 Kiedy się zorientowałam w pomyłce, już, już miałam przestawić zegarek, ale wtedy doznałam olśnienia! Żeby ukończyć bieg z czasem poniżej 1 h, to zegarek musi wskazywać średnią wartość poniżej 6 minut/km. Bardzo mnie więc cieszyło, że pokazywana na wyświetlaczu wartość stopniowo zbliża się do tych upragnionych 5:59 min/km 🙂 6:14, 6:13, 6:10, 6:07, 6:05… Pomagało mi też to, że trasa biegu była mi znana m.in. z 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego, gdyż częściowo się z nią pokrywała.

Od ok. 5-6 km czułam, że “coś” się dzieje w środkowej części spodu prawej stopy i że nie jest to nic dobrego… Od 7 km czułam już wyraźnie ból. Ale bardzo chciałam złamać tę godzinę i czułam że naprawdę mam szansę to zrobić.

Kiedy przekroczyłam 8 km i zobaczyłam Stadion Narodowy z bliska, wiedziałam że się uda, że mam jeszcze siły żeby utrzymać odpowiednie tempo do mety. To było super uczucie! Jakby nogi same niosły! Trasę od Mostu Świętokrzyskiego doskonale pamiętałam z poprzedniego dnia (finisz marszobiegu był w tym samym miejscu) i wiedziałam, że już za chwilę będzie meta. Jeszcze tylko okrążyć Stadion!

Starałam się nie myśleć o tym, że coś mnie boli. Właściwie to chyba nawet przestałam czuć ból. Skupiłam się na gonieniu zajączka… w osobie pacemakera na 1:00:00, bo znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

Kiedy go wyprzedziłam na ostatniej prostej, to miałam już niemal pewność że się udało 🙂 Za metą mój zegarek pokazał czas 00:59:15 (sekundę więcej niż czas oficjalny).

Uff! Udało się! 🙂
Jeszcze w strefie medalowej poprosiłam inną Uczestniczkę biegu (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)) o zrobienie zdjęcia. Pani poprosiła mnie zresztą o to samo. Mam jednak nadzieję, że w roli fotografa wypadłam lepiej, niż Ona 😉 W każdym razie, gdy zobaczyłam te zdjęcia uśmiechnęłam się od ucha do ucha 😀 Nie byłam zła. W końcu to moje nogi grały w tym biegu główną rolę 😉
 Zdjęcie w strefie medalowej. Element najważniejszy dla biegacza uwieczniony 😉
Dopiero po chwili prawa stopa przypomniała mi o sobie 😉 Tak jak podejrzewałam już w trakcie biegu, pojawił się na niej piękny pęcherz. Mój pierwszy biegowy bąbel 😉 Obstawiam że zawiniły skarpetki. Dopasowane, ale zwykłe, bawełniane, nie funkcyjne (przetestowane co prawda wcześniej na 5 km) w połączeniu z wodą na trasie.
 Cena życiówki 😉
Po odebraniu depozytu odstałam jeszcze z Bratem prawie 1,5 h (!) w kolejce do namiotu, w którym można było wygrawerować na medalu swój czas. Ponieważ był to pierwszy bieg na 10 km, w którym nie zobaczyłam 1 h z przodu, zależało mi na tym grawerze. Robiło mi się coraz zimniej, zaczął znowu kropić deszcz i marzyłam już tylko o ciepłym prysznicu. Jednak mimo zimna i bólu stopy z uśmiechem na ustach wróciłam do domu 🙂
Medal 🙂
Przepowiednia? 😉
*** 

Poradnik biegacza

Ponieważ w sobotę 2.05 miałam start w półmaratonie w Sopocie, chciałam żeby pęcherz jak najszybciej przestał mi dokuczać.
W poniedziałek, choć ze stopą było już znacznie lepiej, niż bezpośrednio po niedzielnym biegu, pobiegłam do apteki i kupiłam plastry Compeed na pęcherze (te duże, na piętę). Po naklejeniu plastra mogłam już normalnie chodzić i nic mnie nie bolało. We wtorek biegałam na treningu 😉
Kiedy pakowałam się na wyjazd do Sopotu, miałam tylko dylemat odnośnie butów – czy zabierać je na półmaraton, czy może wybrać inne, w których już pokonałam ten dystans bez szwanku. Pęcherz przytrafił mi się w biegu na 10 km, a teraz do pokonania miałam przecież ponad 21. W #adistar #boost biega mi się jednak tak lekko, że postanowiłam zaryzykować 🙂
Ilość płynu w pęcherzu się zmniejszyła, jednak mały bąbel nadał na stopie był, w czwartek wieczorem przed wyjazdem przebiłam więc pęcherz (bo nie zrobiłam tego od razu) zdezynfekowaną igłą. Chyba jednak lepiej zrobić to od razu, choć zdania na temat przebijania pęcherzy są podzielone 😉 Ilu biegaczy, tyle sposobów na tę dolegliwość 🙂 Rano zabezpieczyłam miejsce po bąblu zwykłym plastrem.
W sobotę rano przed biegiem nakleiłam na nie nowy plaster na pęcherze, który tworzy na stopie taką ochronną poduszeczkę. Na lewej w analogicznym miejscu nakleiłam zwykły szeroki plaster. I na szczęście obyło się już bez pęcherzy 😉 Relację z biegu w Sopocie znajdziesz: tutaj.

#owm #biegna10km #biegoshee