Zawody biegowe: Wieliszewski Crossing 2015 – WIOSNA – po górkach też daję radę ;)

Wiosenna edycja Wieliszewskiego Crossingu 2015 była dla mnie zdecydowanie najbardziej wymagającym biegiem spośród tych, w których brałam udział. Jednocześnie Wieliszewska Trasa Crossowa to jedno z piękniejszych miejsc, w jakich miałam okazję biegać.

Wieliszewski Crossing 2015 to cykl zawodów dla rowerzystów i biegaczy (dla dorosłych i dla dzieci) odbywający się na terenie Gminy Wieliszew. Inicjatorem jest Wójt Gminy, Paweł Kownacki. Cykl składa się z 4 edycji: Zima (01.02), Wiosna (11.04), Lato (21.06) i Jesień (20.09).

 

Każda edycja odbywa się w innej części Gminy. Edycja wiosenna odbyła się na Wieliszewskiej Trasie Crossowej.

 

Wieliszewska Trasa Crossowa to szlak rowerowy wytyczony na tzw. Uroczysku Poniatów i liczący 12,5 km. Suma przewyższeń to ponad 200 metrów. Otwarcia trasy dokonała gwiazda światowego kolarstwa  MTB – Gunn-Rita Dahle Flesjaa – mistrzyni świata MTB Maraton, mistrzyni olimpijska, wielokrotna mistrzyni Europy oraz zwyciężczyni Pucharu Świata MTB. Obecny rekord trasy należy do utytułowanego polskiego kolarza szosowego – Cezarego Zamany (ma na koncie m.in. tytuł Mistrza Polski z 1999 r. oraz zwycięstwo w Tour de Pologne 2003) i wynosi 31 minut 54 s.


Wieliszewska Trasa Crossowa (12,5 km)
Jak udowadniają organizatorzy wydarzenia, trasa ta doskonale nadaje się też dla biegaczy 🙂

Do udziału w tym wydarzeniu zachęcił mnie Brat nr 1, który brał udział w edycji Zimowej. Udział w całym cyklu jest bezpłatny (!). Zawody są naprawdę dobrze zorganizowane. Pomiar czasu prowadzi firma czasomierzyk.pl. Każdy uczestnik biegu otrzymuje zwrotny numer startowy z chipem, a po biegu pamiątkowy medal oraz posiłek regeneracyjny (dzisiaj był makaron i ciasto drożdżowe) i wodę. Dzisiejsza trasa była bardzo dobrze oznakowana. Mimo, że miejscami biegłam nie widząc nikogo przed sobą nie miałam problemu ze znalezieniem właściwej ścieżki. Wolontariuszami na trasie byli strażacy.

W edycji zimowej przydarzyła się jednak Organizatorom mała wpadka z oznakowaniem trasy. Trasa dla biegaczy liczyła wówczas 7 km, a dla rowerzystów 14 km (w edycji wiosennej i biegacze, i rowerzyści ścigali się na trasie o jednakowej długości). Niestety nie zmieniono na czas oznakowania trasy dla biegaczy i w edycji zimowej część biegaczy, w tym mój Brat, pokonała dystans 14 km. Za to dzisiaj czekała na nich niespodzianka, każdy kto pokonał trasę dwa razy dłuższą niż przewidywana, mógł odebrać od Organizatorów upominek w postaci kubeczka. Bardzo sympatyczny gest 🙂

W dzisiejszych zawodach nie wystarczyło niestety wody dla wszystkich biegaczy – to był jedyny chyba minus. Na szczęście dzisiaj mnie coś tknęło i zabrałam ze sobą dawno nieużywany pas na bidon. Kobieca intuicja 😉 Rozumiem jednak rozczarowanie tych biegaczy, którzy w kwestii nawadniania liczyli na Organizatorów.

W edycji wiosennej wzięło udział 148 biegaczy i 56 biegaczek.

 Na linii startu
 
Wystartowaliśmy o godz. 12:00. Na początku było nieco ciasno, bo początek trasy był dość wąski, liczne podbiegi sprawiły jednak, że początkowo zwarta grupa biegaczy stopniowo się przerzedziła. W niektórych momentach miałam przed sobą jedną osobę, czasami (zwłaszcza na krętych odcinkach) nie widziałam przed sobą nikogo.
 
 
Pierwszy kryzys nastąpił dość szybko, bo po niecałych 5 km, za jednym z podbiegów, który bardziej przypominał mi pionową ścianę ;). Potem udało mi się jakoś wziąć w garść i biec dalej. Starałam się odpoczywać na każdym płaskim odcinku, ale nie było ich za wiele 😉 
 
Za mój cel minimum stawiam sobie na zawodach zawsze to, żeby całość trasy pokonać biegiem. Jak do tej pory mi się to udaje. Nie odpuszczam nawet na podbiegach. Tak wiem, czasami bliżej mi do truchtu, ale cóż…  Dzisiaj podbiegów było tyle, że nie jestem w stanie ich nawet zliczyć. I na żadnym nie odpuściłam! Jestem z siebie naprawdę dumna 🙂
 
Dzisiejsze zawody dały mi namiastkę biegania po górach. Wiem, że to nie to samo, ale wiem, że kiedyś wystartuję w prawdziwym biegu górskim 🙂
 
Mam takie jedno (z wielu oczywiście) biegowych marzeń. Jest taka scena w ekranizacji trylogii Tolkiena (kończąca pierwszą część – “Drużynę Pierścienia”), kiedy po śmierci Boromira rozpada się Drużyna Pierścienia i Aragorn mówi do Legolasa i Gimlego: “Lets hunt some orc”. I potem, właściwie to już chyba nawet w drugiej części “Dwie wieże”, podziwiać możemy pościg dzielnej trójki za orkami Uruk-hai w celu odbicia porwanej dwójki Hobbitów, Merryego i Pippina. I ten właśnie pościg odbywa się w takiej pięknej górskiej scenerii. Zawsze kiedy go oglądam, to marzy mi się żeby biec tak jak oni, wśród tych traw, górskich przełęczy… Znalazłam nawet na You Tube filmik ze scenami z tego pościgu, dla tych co nie oglądali 😉 https://www.youtube.com/watch?v=M-XmDzAKsag Zdjęcia do filmu kręcono m.in. w Nowej Zelandii. Pewnie nigdy nie będzie mi dane wybrać się w tak egzotyczną podróż, ale przecież marzyć nikt mi nie zabroni 😉 No i mamy też nasze piękne polskie góry:)
 
I dziś w trakcie biegu wyobrażałam sobie, że biegam sobie po tych wymarzonych górach 😉 Od razu biegło mi się lepiej 🙂

Kiedy w trakcie zawodów przeżywam kryzys, to sobie obieram jakiś bliższy cel. Dzielę cały dystans na mniejsze “odcinki”. Trudno bowiem mówić o odcinkach, kiedy celem jest np. odczytanie napisu na koszulce biegacza biegnącego przede mną. Polecam Wam tę metodę – na mnie działa 🙂 Inny sposób, to skupienie się na technice biegu – na oddychaniu, na stawianiu kroków, na pracy mięśni… I jeszcze odliczanie kilometrów do mety – jeszcze 5, jeszcze 3, jeszcze 2, jeszcze 1, już tylko 500 m… Dzisiaj jednym z bardziej motywujących momentów był dla mnie komentarz jednego z Panów, którego wyprzedziłam: “Kobieta mnie wyprzedza, koniec świata” (może to niedosłowny cytat, ale coś w tym stylu). Pan wspomniał też słynne zdanie z “Seksmisji” Juliusza Machulskiego – “Kobieta mnie bije”. Oczywiście komentarz padł w tonie raczej sympatycznym, ale mimo wszystko postanowiłam, że nie dam się temu Panu złapać 😉

Ciekawa jestem, jakie Wy macie sposoby na przezwyciężenie kryzysu 🙂

I dziś tak sobie właśnie dzieliłam dystans na mniejsze odcinki: to za tym podbiegiem napiję się wody, teraz jest pod górę, to znaczy, że zaraz będzie w dół itd.

 
Szczerze podziwiam zawodników, którzy brali dziś udział zarówno w zawodach MTB, jak i biegowych (widziałam po drodze 3 takie Panie, z których dwie były pewnie w wieku mojej Mamy;)).
 
Kiedy zobaczyłam tabliczkę z napisem: “2 km do mety”, to skupiłam się na wypatrywaniu tabliczki z napisem: “1 km do mety”. I faktycznie był taka 😉 I nie powiem, Góra Wójta na sam koniec mnie już trochę zdenerwowała, ale zaraz pojawili się na trasie dopingujący kibice – biegacze, którzy sami już ukończyli swój bieg. To miłe, że komuś po niemałym przecież wysiłku chce się jeszcze wesprzeć słabszych od siebie zawodników.
 
I tak oto, tocząc ze sobą wewnętrzne rozmowy, doturlałam się do mety. Nie powiem, ucieszyłam się jak nigdy, że to już meta i wreszcie koniec tych podbiegów 😉
 
Ale tak sobie myślę, że chętnie wrócę jeszcze na te górki, żeby się trochę po nich przeczołgać 😉
 
 Z medalem – zmęczona, ale zadowolona 🙂
 
 Medal – zawodnicy biorący udział w całym cyklu będą mogli ze swoich medali ułożyć napis 2015 i ustawić medale na podstawce z postaciami rowerzysty lub biegacza.

Zawody biegowe: Grand Prix City Trail Warszawa 2014/2015 – finał z przytupem!

W niedzielę 15.03 wzięłam udział w ostatnich zawodach z cyklu Grand Prix City Trail Warszawa rozgrywanych w sezonie 2014/2015.

City Trail to cykl przełajowych zawodów biegowych na dystansie 5 km rozgrywany od 5 lat. Jak podają Organizatorzy, są to: “zawody dla każdego – ścigaczy, amatorów aktywnego spędzania czasu, początkujących biegaczy, a także dzieci, bowiem w ramach zawodów organizowane są także krótsze biegi dla najmłodszych – City Trail Junior na dystansach od 300 m do 3 km”.

 

W sezonie 2014/2015 zawody odbywały się w 11 miastach: Bydgoszczy, Gdańsku, Gdyni,  Katowicach, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie oraz we Wrocławiu. Cały cykl rozpoczął się 11 października 2014 w Lublinie, a zakończy się 29 marca 2015 w Katowicach.

Żeby zostać sklasyfikowanym i otrzymać pamiątkowy medal należało wziąć udział w 4 z 6 biegów, przy czym można było startować w różnych miastach. Rejestracji można było dokonać elektronicznie (nie później niż na 3 dni przed zawodami) lub na miejscu w dniu imprezy w biurze zawodów. Opłaty startowe były zróżnicowane i zależały od terminu wniesienia
wpisowego. Do drugiej edycji włącznie można było wnieść opłatę za pakiet
wszystkich biegów, co pozwalało obniżyć koszt udziału w zawodach.

Każdy uczestnik biegu głównego otrzymywał numer startowy (stały na cały cykl, który po każdym biegu trzeba było zwrócić i odebrać przed kolejnym w biurze zawodów) oraz chip do pomiaru czasu (zwracany po każdym biegu). Po ostatnim biegu można było zatrzymać swój numer startowy na pamiątkę. Nie wiem jak Wy, ale ja kolekcjonuję swoje numery startowe.

 Mój numer startowy w cyklu City Trail 
fot. A. Jarosz

Grand Prix City Trail Warszawa

Edycja warszawska, w której brałam udział, odbywała się w Parku Leśnym “Młociny”. Zakończyła się w ostatnią niedzielę, czyli 15.03. Udało mi się zakończyć ją z przytupem, ponieważ wybiegałam swój najlepszy czas na dystansie 5 km – 00:27:24. To jest zresztą moja trzecia “życiówka” uzyskana w tym cyklu 🙂
Spośród sześciu zawodów rozegranych w ramach Grand Prix City Trail Warszawa wzięłam udział w 4 z nich (I, III w 2014 i IV, VI w 2015). Z jednego wykluczyło mnie przeziębienie, z drugiego przymusowy odpoczynek po zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego.
 
Trasa Grand Prix City Trail Warszawa
fot. www.citytrail.pl

Trasa warszawskiej edycji składała się z dwóch, ale nie identycznych, pętli – pierwsze okrążenie było nieco krótsze, niż drugie. Biegło się po głównej alejce Parku Leśnego Młociny, ale nie odnotowałam kolizji z niedzielnymi spacerowiczami 😉 
Leśne alejki były dość ubite, ale jak to w lesie, zdarzały się na nich korzenie i kamienie. Pewien fragment trasy, po którym biegło mi się najgorzej, przebiegał po ścieżce utwardzonej potłuczonymi cegłami. Ze względu na to, że zawody odbywały się w okresie jesienno-zimowym, na trasie bywało też błoto i kałuże, ale nie na tyle duże, żeby nie można ich było ominąć. 
W pierwszych zawodach z cyklu biegłam w butach do fitnessu (moich pierwszych butach do biegania) z dość delikatną podeszwą i biegnąc w nich musiałam uważać na korzenie, czy kamienie. Tamtego dnia brałam wcześniej jeszcze udział w biegu na 10 km (odbywającym się po asfaltowych alejkach w parku), miałam niewiele czasu na ogarnięcie się w domu i jakoś tak z rozpędu ubrałam te same buty. “Oświeciło” mnie dopiero na miejscu… Zdecydowanie lepiej biegało mi się w butach z twardszą podeszwą i większym bieżnikiem, czyli przeznaczonych do biegania w terenie. Oczywiście, wtedy też trzeba patrzeć pod nogi i uważać na kamienie, ale zetknięcie z korzeniem, czy kamieniem nie jest tak dotkliwe;) Na
ostatnich zawodach pobiegłam jednak w butach Crivit z najnowszej kolekcji biegowej
Lidla i choć nie są one raczej z założenia przeznaczone do biegania w terenie, to dobrze
się sprawdziły. W każdym bądź razie nie bałam się o swoje stopy w momencie spotkania z korzeniem czy kamieniem. Zdecydowanie bardziej martwiło mnie błoto, bo trochę się wybrudziły, ale przynajmniej przeszły chrzest bojowy 😉
“City Trail – krok do natury”
fot. A. Jarosz
Trasa była zawsze bardzo dobrze oznakowana – nigdy nie miałam problemu z wypatrzeniem znaku informującego o kolejnym wybieganym kilometrze. Trzeba oddać organizatorom, że wiedzą co robią i znają się na rzeczy. Bardzo szybko przepinane były taśmy, którymi znakowano trasę, tak żeby nikt się nie pomylił i drugą pętlę pobiegł właściwą ścieżką. 
Sprawnie odbywało się także odbieranie numerów startowych oraz oddawanie rzeczy do depozytu, a potem ich odbieranie. Wolontariusze byli zawsze uśmiechnięci i pomocni.
Na mecie po każdym biegu czekała na biegaczy ciepła herbata i pyszne rogaliki z marmoladą 🙂
Zawody na terenie parku leśnego stanowiły miłą odmianę od biegów ulicznych. Nie ma to jak kontakt z naturą 🙂
Jedyną niedogodność stanowiło oddalenie biura zawodów od linii startu, ale z drugiej strony zapewniało to rozgrzewkę przed startem 😉
Linia startu w City Trail
fot. A. Jarosz

12.10.2014 Grand Prix City Trail Warszawa I – 00:30:31 – relację z pierwszej edycji zamieściłam wcześniej na blogu: tutaj.

14.12.2014 Grand Prix City Trail Warszawa III – najlepszy życiowy czas po raz pierwszy: 00:29:02
Pamiętam, że bieganiu towarzyszyła mżawka, mimo wszystko udało mi się pobić swój dotychczasowy rekord na dystansie 5 km 🙂

11.01.2015 Grand Prix City Trail Warszawa IV – najlepszy życiowy czas po raz drugi: 00:28:05.
To był początek mojej współpracy z trenerem, bieg ten potraktowaliśmy więc jako sprawdzian mojej formy. Motywacja była więc duża i mimo sporego wiatru udało się wybiegać “życiówkę”:) 
Tego dnia uczestniczyłam jeszcze w 9. Biegu “Policz się z cukrzycą” odbywającym się w ramach 23. Finału WOŚP.

15.03.2015 Grand Prix City Trail Warszawa VI – najlepszy życiowy czas po raz trzeci: 00:27:24.
Moja aktualna życiówka. Coś czuję, że prędko jej nie pobiję ;), ale będę się starać zbliżyć do moich wymarzonych 25 minut. Start w tych zawodach podbudował mnie przed półmaratonem – w końcu udało mi się wybiegać PB po 6 tygodniowej przerwie w treningach. Oczywiście, takie tempo na całym dystansie półmaratonu nie jest dla mnie osiągalne, ale zaczynam wierzyć, że dobiegnę do mety;)

Klasyfikacja generalna całego cyklu:
K 64/129, K30 32/59

Podsumowanie warszawskiej edycji będzie miało uroczysty charakter i odbędzie się 30.03 o godz. 18:30 w Hotelu Radisson Blu Sobieski (Plac Zawiszy 1). Tego dnia nagrodzeni zostaną zwycięzcy klasyfikacji generalnej – pięć kobiet i pięciu mężczyzn (m.in. mój Trener – Jakub Karasek W nogi – czyli rzecz o bieganiu, który zajął 4 miejsce w klasyfikacji generalnej cyklu), a także kategorii wiekowych – trzy kobiety i trzech mężczyzn w każdej (Kuba zajął 2. miejsce w kategorii M20). Nagrody dostaną również uczestnicy cyklu dla dzieci i młodzieży – City Trail Junior. Każdy, kto ukończył co najmniej 4 biegi otrzyma pamiątkowy medal, czyli m.in ja 😉

Szybko po Woli i City Trail, czyli cały dzień w biegu

12.10.2014 r. wzięłam udział w dwóch biegach – zamykającym cykl Szybko po Woli i w inaugurującym Grand Prix City Trail. Pierwszy startował o 10:00, drugi o 15:00. I jak na biegowy dzień przystało, rozpoczęłam go… biegająco;)

Szybko na Wolę, czyli “Szybko po Woli”

Po pierwsze – zaspałam! W biegu śniadanie, biegiem na autobus, biegiem do biura zawodów, które miało być zamknięte na 15 minut przed startem… Wolałam zdać się na komunikację miejską, bo obawiałam się, że mogłabym mieć trudności z parkowaniem. Poza tym, mogłam na bieg dojechać jednym autobusem. Na miejscu okazało się, że z parkowaniem problemu by nie było, a w kolejce do biura zawodów nie byłam ostatnia;) Trochę obawiałam się, że nie “ogarnę” trasy, która wiodła dość krętymi alejkami Parku Szymańskiego, którego dobrze nie znałam. W trakcie biegu okazało się, że obawiałam się niepotrzebnie, bo trasa była dobrze oznakowana.

Trasa biegu Szybko po Woli.
Źródło: www.szybkopowoli.pl

Szybko po Woli był cyklem 6 biegów na dystansie 10 km, który odbywał się we wspomnianym Parku Szymańskiego na warszawskiej Woli. Tym razem nie miałam szans na medal, bo warunkiem otrzymania takowego było ukończenie trzech z rozegranych wcześniej 5 biegów (szósty bieg nie był uwzględniany w klasyfikacji cyklu). No, ale nie dla medali przecież biegam (choć dla mnie osobiście są one miłą pamiątką udziału w biegu), więc postanowiłam się zapisać.

Trasa biegu była wytyczona po 2500 m pętli, którą trzeba było pokonać czterokrotnie. Pomiar czasu odbywał się na podstawie odczytu kodu kreskowego znajdującego się na zwrotnym numerze startowym. Pierwszy raz uczestniczyłam w biegu, w którym nie było chipów. Skoro mowa o czasie, to udało mi się ukończyć bieg z wynikiem 01:01:40. Mimo, że zajęłam 87 miejsce na 95 możliwych w kategorii open (uplasowałam się więc pod koniec stawki), to był to mój najlepszy jak do tej pory wynik na tym dystansie:) Zwycięzca biegu, Bartosz Olszewski z klubu Warszawiaky (czas 00:33:40) i znany szerzej jako warszawskibiegacz.pl, kończył drugie okrążenie, kiedy ja kończyłam swoje pierwsze;) Logo biegu, ślimak, ma więc ze mną dużo wspólnego;) Najlepsza wśród pań była Agnieszka Sulik (Dead on Arrival, czas 00:42:28).

Numer startowy ze ślimakiem.

Po biegu odbyło się wręczanie nagród zwycięzcom biegu, jak i całego cyklu. W zasadzie chyba każdy uczestnik trzech biegów z cyklu otrzymywał upominek od Organizatorów. Na koniec było losowanie nagród dla wszystkich uczestników ostatniego biegu, którzy wrzucili do specjalnego pudełka karteczkę ze swoim numerem startowym. Udało i mi się wylosować upominek zwany “bufhalfem”*. Przy okazji dowiedziałam się, że tak się nazywa wielofunkcyjna opaska (komin), która może posłużyć jako opaska właśnie, szalik lub czapeczka. Każdy pewnie może z niej sobie “ukręcić” element garderoby według własnego uznania:)

“Bufhalf” – nagroda w losowaniu

Bieg odbywał się raczej w kameralnej i bardzo sympatycznej atmosferze. Uśmiechnięci Wolontariusze na trasie, Prowadzący imprezę Jan Goleń odczytujący nazwiska osób przekraczających bramę mety na każdym okrążeniu, grupka dopingujących Kibiców przy mecie… Po pierwszym okrążeniu zobaczyłam wśród nich Brata, który przyjechał mi pokibicować. Taka niespodzianka:) No i dzięki Bratu mam kilka zdjęć z biegu.

Każde okrążenie starałam się pokonać z uśmiechem:)

Na uczestników biegu za linią mety był punkt z wodą i izotonikiem, który czekał na biegaczy po każdym okrążeniu. A po biegu woda, banany i drożdżówki. Jedynie “tojtoje” dojechały z poślizgiem, już po starcie, ale na miejscu były parkowe, tylko nie wiem w jakim stanie, bo nie sprawdzałam;)

Mam nadzieję, że “Szybko po Woli” będzie odbywać się w przyszłym roku, bo udział w biegu finałowym zachęcił mnie do udziału w kolejnym cyklu.

Na mecie:)

* zapewne od opasek firmy Buff®, więc może zapis “Buff Half “byłby tu bardziej odpowiedni, nie mam jednak pewności, bo z tą nazwą miałam styczność po raz pierwszy, a na moim bufhalfie żadne logo nie stoi;) Powyższy zapis jest wynikiem moich osobistych dociekań, które polegały na odtworzeniu nazwy owego przedmiotu zasłyszanej po raz pierwszy i skojarzenia jej (wyleciała mi zaraz po biegu z głowy) z opaskami wyżej wymienionej marki:) To tak jak adidasy i adidas;)

Goniąc (na) start, czyli “City Trail

Z Woli szybko wróciłam do domu, tam błyskawicznie się ogarnęłam i pojechałam, tym razem samochodem, na Młociny. Po drodze zgarnęłam Brata. Domyślałam się, że może być problem z parkowaniem, ale komunikacją byśmy nie zdążyli. Na miejscu okazało się, że tym razem słusznie się obawiałam, bo faktycznie nie było wolnych miejsc parkingowych. Był już kwadrans po 14:00, a biuro zawodów miało być czynne do 14:30. Brat wysiadł więc, żeby mógł nas zapisać na bieg (przegapiliśmy termin zapisów przez internet), a ja wyruszyłam z misją zaparkowania mojej Błękitnej Strzały. Planowałam porzucić ją po drugiej stronie ul. Pułkowej (nie Pułkowskiej, jak informowała wolontariuszka biegu) i teleportować się (przecież musiałam się przemieścić się błyskawicznie, tylko teleportacja wchodziła więc w grę;)) na polanę w Lesie Młocińskim.

O ile z parkowaniem szczęśliwie poszło gładko, to z teleportacją szło gorzej i musiałam użyć swoich nóg, żeby się dostać do biura zawodów. Oczywiście nogi musiały biec (a ja na nich;)).
Kiedy dotarłam na miejsce, podpisałam oświadczenie uczestnika (pobrane i wypełnione już przez Brata) oraz odebrałam zwrotny numer startowy – 512, który będzie obowiązywał w całym cyklu i (także zwrotnego) chipa – do pomiarów czasu.

Numer startowy obowiązujący w całym cyklu GP City Trail Warszawa.

Pewnie zdążyłabym zapisać się w biurze osobiście, bo szczęśliwie działało jednak dłużej. Jednak start miał być już za 15 min, a od biura zawodów miejsce startu było oddalone o 1,3 km. Zostawiliśmy rzeczy w depozycie i początkowo szybkim, a potem jeszcze szybszym krokiem ruszyliśmy na miejsce startu. Końcówkę przebiegliśmy:) Przynajmniej mieliśmy możliwość rozgrzania się przed biegiem, bo wystartowaliśmy chyba w 3 minuty po dotarciu na linię startu.

Tuż przed startem.

Trasa biegu była dobrze oznakowana, widziałam numer każdego pokonanego kilometra. Biegłam w miarę równym tempem. Trasa składała się z dwóch, ale nie identycznych, pętli. Pierwsze okrążenie było nieco krótsze, niż drugie.

 Trasa biegu City Trail Warszawa
Źródło: www.citytrail.pl

Trasę udało mi się pokonać z czasem 30:31 brutto. Zegarek pokazał nawet lepszy czas:), bo mierzyłam go od momentu przekroczenia linii startu do mety.

 Mój pomiar czasu.
Bieg ukończyło 326 osób. Zawody wygrał Artur Jabłoński (Dream Run) z czasem 00:16:05. W kategorii open zajęłam 266 miejsce. Wśród kobiet najlepsza okazała się Joanna Schab (Aletempo) z czasem 00:19:20. W kategorii kobiet zajęłam miejsce 87/128, w kategorii K30 51/65.

Trasę i miejsce biegu wspominam sympatycznie. Jednak uważam że organizacyjnie kilka rzeczy można poprawić.
1. Nie wiem, czy dobrym pomysłem było oddalenie startu od biura zawodów – miejsca gdzie odbiera się numery startowe i gdzie znajduje się depozyt oraz przebieralnia. Biuro zawodów (dla mnie to akurat dobrze;)) działało niemal do ostatniej chwili przed startem, więc może to wskazywać na to, że ilość uczestników zaskoczyła Organizatorów. Choć z drugiej strony można też zastosować powiedzenie – “Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi”, więc się tego oddalenia startu od biura zawodów tak mocno nie czepiam;). Można jednak było ustawić jeszcze kilka znaków po drodze ze strzałkami wskazującymi miejsce startu. Tak, żeby było wiadomo, że idzie się we właściwym kierunku:)
2. Przebieralnia – właściwie była jedynie zadaszeniem (namiot bez ścianek bocznych). Myślę, że niektóre osoby mogły czuć się skrępowane przebierając się publicznie. Nie każdy ma ochotę świecić gatkami, tudzież biustonoszem przed innymi.
3. Nie widziałam “tojtojów” w pobliżu biura zawodów. Może hasło biegu “Krok do natury” potraktowane zostało w tym aspekcie zbyt dosłownie;)
4. Miejsca parkingowe – tu właściwie nie ma co narzekać, bo miejsc parkingowych było tyle ile było. W końcu zawody odbywały się w Parku, miejscu ogólnodostępnym, nie wyłączonym z normalnego ruchu. Jednym udało się więc zaparkować bliżej, innym dalej. Pewnie fakt, że tego samego dnia odbywały się wyścigi osób biegających z psami miał tutaj także znaczenie, część miejsc była jeszcze zajęta przez ich uczestników. Ale nigdy nie byłam w Parku Młocińskim w niedzielę, więc nie wiem jak tam sytuacja wygląda kiedy nie odbywają się żadne imprezy. Może wcale nie jest lepiej;) Szkoda tylko, że dopuszczono, aby jeden z samochodów stanął na trasie biegu. Organizatorzy co prawda ostrzegali później w tym miejscu w trakcie biegu o nagłym zwężeniu trasy, ale to jedno miejsce chyba można było jakoś zarezerwować.
5. Kosze na śmiecie – a raczej ich brak przy punktach żywieniowych. Można chyba było przygotować jakieś worki na śmiecie.

Są to jednak tylko drobne uwagi, które nie rzutują na całokształt tej sympatycznej imprezy. Mam nadzieję, że będę mogła wziąć udział we wszystkich biegach z tego cyklu. Przynajmniej tak planuję:)

Numer 512 melduje się na mecie:)