Refleksja biegacza: Żeby przyspieszyć, najpierw trzeba czasem trochę zwolnić

Ostatni miesiąc obfitował w ważne dla mnie wydarzenia sportowe: pierwszy start w duathlonie, pierwszy start w biegu sztafetowym, debiut na królewskim dystansie… Sporo się działo także na niwie pozasportowej: Synek nr 1 poszedł do zerówki, rozpoczęłam dietę która ma mi pozwolić rozprawić się ostatecznie z ostatnimi nadprogramowymi kilogramami. Nadszedł też czas “rozstania” z Synkiem nr 2, bo po blisko 2 latach przerwy, od 1.10 wróciłam do pracy.

Czytaj dalej Refleksja biegacza: Żeby przyspieszyć, najpierw trzeba czasem trochę zwolnić

Bieg Wisły – w biegu na 10 km godzina już mnie nie dogania :)

W sobotę 23.05 wzięłam udział w V Biegu Wisły. To był bardzo przyjemny bieg – piękna przyroda i do tego zaczęłam nabierać pewności, że godzinę w biegu na 10 km pożegnałam na dobre 🙂

Bieg rozpoczął się z opóźnieniem, o godz. 11:00. Planowy start miał być o godzinie 10:30, jednak dużo osób przyszło już po godz. 10:00 i nie udało się wydać wszystkim pakietów przed pierwotną godziną startu. Na linii startu stanęło ok. 1000 biegaczy. Sygnał do startu dał zastępca prezydenta miasta st. Warszawy Jarosław Jóźwiak wraz z Komendantem Komisariatu Rzecznego Policji mł. insp. Markiem Gago oraz Prezesem Sekcji Strzeleckiej LEGIA Robertem Matrackim.

Start był zlokalizowany na 517 km Wisły, na wysokości kolektora burzowego, po prawej-praskiej stronie. Trasa prowadziła początkowo na północ w stronę Mostu Grota Roweckiego, następnie była zmiana kierunku po dość długim łuku i bieg w kierunku południowym, pod Mostem Gdańskim, a następnie Śląsko-Dąbrowskim. Kanał Portu Praskiego pokonać trzeba było mostem pontonowym, rozstawionym specjalnie na ten bieg.  Dalej biegliśmy kolejno pod Mostem Świętokrzyskim, Średnicowym i Poniatowskim. Linia mety znajdowała się na plaży przed Mostem Łazienkowskim. Trasa liczyła ok. 10 km – mój zegarek pokazał 9,41 km. Nie było oficjalnego pomiaru czasu. Udział w biegu był bezpłatny.

Na bieg pojechaliśmy razem z Bratem nr 1 najpierw tramwajem, a potem rowerami Veturilo, które wypożyczyliśmy ze stacji znajdującej się w pobliżu wejścia do warszawskiego ZOO. Organizatorzy zapewnili taką możliwość – w miejscu startu czekała polowa stacja rowerowa, gdzie można było zostawić rower. Przejechaliśmy w ten sposób ok. 1,5 km.

Stacja standardowa vs stacja polowa rowerów systemu Veturilo
 

Dotarliśmy na miejsce tuż przed 10:00. Nie było wtedy jeszcze dużych kolejek, stopniowo przybywało jednak biegaczy i żeby wszyscy spokojnie odebrali numery i pakiety startowe Organizatorzy zdecydowali się na opóźnienie startu. Przynajmniej był czas, żeby zrobić zdjęcia z widokiem na Wisłę 😉

 
Centrum Warszawy było widać jak na dłoni 😉
 
W pakiecie startowym był numer startowy, izotonik Powerde, dwie koszulki – bawełniany pamiątkowy T-shirt oraz koszulka techniczna bez rękawów od PZU. Depozyt był mobilny – znajdował się w… ciężarówce Star, ponieważ start i meta biegu znajdowały się w innym miejscu.
 
Trasa biegu tuż nad Wisłą była bardzo przyjemna. Nawet nie wiedziałam, że nad Wisłą od praskiej strony jest taka piękna ścieżka spacerowo-rowerowa. Polecam Wam wybrać się nią na spacer.
 
Założenie na ten bieg miałam proste – pobiec poniżej godziny. Skoro udała mi się już raz ta sztuka, to chciałam to powtórzyć. Start jak zwykle miałam wolniejszy, jednak w okolicy miejsca startu, które mijało się po drodze (czyli po ok. 3 km), zegarek zaczął pokazywać średnie tempo poniżej 6:00 min/km. Udało mi się utrzymać je do końca 🙂 Na mecie miałam czas 55:12 przy średnim tempie 5:52 min/km. A to oznacza, że gdyby trasa liczyła 10 km, to zapewne pobiłabym swoją życiówkę z Biegu OSHEE na OWM 2015 (00:59:14) i miałabym czas 58:40 🙂 Żegnaj go(a)dzino!;)
 
Po drodze liczyłam sobie w myślach mosty i odliczałam  – jeszcze 5, jeszcze 4, jeszcze 3… itd. Dobrze, że nie był to o jeden most za daleko i dałam radę 😉 Trochę dziwne uczucie miałam, gdy przebiegałam pod mostem Średnicowym, gdy przejeżdżał im pociąg. W końcu nade mną przetaczało się tyle ton żelastwa i nie dokonywało się to w ciszy 😉
 
Na mecie czekały piękne medale w kształcie kotwicy oraz woda. Dzięki sponsorom nie zabrakło nagród dla najstarszego i najmłodszego uczestnika biegu, 82-letni Tadeusza Andrzejewskiego oraz 9-letniego Maxa Kucińskiego. Dodatkowo prowadzony był konkurs na najciekawszy strój związany tematycznie z Wisłą. Była m.in. syrenka 🙂 
 
Pogoda dopisała, trochę kropiło w czasie biegu, ale trasa w większości prowadziła pod drzewami, które osłaniały przed deszczem. Trochę zmokłam, ale nie było mi zimno 🙂
 
 Z medalem. Kotwica zdobyta 🙂
 
Medal z Sopotu też załapał się na sesję na plaży. Przyszedł do mnie pocztą, więc wcześniej nie miał okazji posmakować piachu 😉
 
Medal z PKO Półmaraton Sopot
 
Do domu wróciłam także rowerem Veturilo po krótkim spacerze z linii mety do stacji rowerowej pod Mostem Poniatowskiego, dorzucając 12 km do dobiegającego właśnie końca European Cycing Challenge 🙂
 
Widok na Wisłę z Mostu Poniatowskiego
 
Gdy szliśmy z Bratem wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego było mi trochę zimno, zrobiłam więc sobie ze swojego komina-chusty… czapeczkę 🙂 Polecam Wam takie kominy – mają wszechstronne zastosowanie – mogą służyć jako szalik, jako czapka, jako kominiarka, czy też “frotka” do ocierania potu z twarzy… Można go mieć przy sobie po prostu oplątując wokół nadgarstka. Jest lekki, więc nie przeszkadza w trakcie biegu.
 
Bardzo chętnie wrócę na trasę Biegu Wisły za rok 🙂
 
  

Narodowe Święto Biegania: Orlen Warsaw Marathon, czyli jak rozprawiłam się z godziną na 10 km

Plan na ten bieg był jeden – złamać 1 h. Udało się! 🙂

Orlen Warsaw Marathon to zgodnie z zapowiedziami Organizatorów trwające dwa dni Narodowe Święto Biegania. Miasteczko biegowe zlokalizowane na błoniach Stadionu Narodowego imponowało rozmiarem.

Miasteczko biegowe na Orlen Warsaw Marathon
Główną imprezą był oczywiście bieg maratoński (42,195 km), ale dla biegaczy jeszcze nie gotowych na zmierzenie się z królewskim dystansem przewidziany został Bieg OSHEE (10 km). Ba! znalazło się nawet coś dla początkujących czy też nie mających z bieganiem nic wspólnego – charytatywny marszobieg (4,6 km).
Zanim 26.04 wystartowałam w biegu na 10 km, dzień wcześniej wzięłam wraz z moją Przyjaciółką w charytatywnym marszobiegu. Całą trasę z Pl. Zamkowego na błonia Stadionu Narodowego pokonałyśmy marszem, bo Gosia (jeszcze;P) nie biega. Mówi, że na razie się nie przekonała… Za to często występuje w roli mojego kibica 🙂 Na udział w marszobiegu wcale nie musiałam Jej długo namawiać 😉
Start marszobiegu na Pl. Zamkowym
Meta majaczy w oddali…
Na trasie i na mecie
 W marszobiegu wzięło udział 11 000 uczestników
Takich osób jak my było 11 000. Każdy uczestnik to pomoc w wysokości 10 PLN przeznaczona na rzecz potrzebujących dzieci, wspieranych m.in. przez Fundację ORLEN Dar Serca. Fajnie że robiąc coś dobrego dla siebie (w końcu ruch to zdrowie) można jednocześnie zrobić coś dobrego dla innych. Win-win 🙂

Po marszobiegu odwiedziłyśmy miasteczko biegowe. Co prawda pakiet startowy na Bieg OSHEE odebrał wcześniej mój Brat nr 1, który także brał w nim udział, ale i tak miałam co robić. Expo składało się z wielu stoisk z ofertą dla biegaczy – od butów, przez stroje i akcesoria, po zdrowe jedzenie i odżywki. Na jednym z takich stoisk miałyśmy okazję spotkać Beatę Sadowską i poprosić o autograf w naszych książkach “I jak tu nie jeść!”. Wiedziałam że Beata będzie podpisywać tego dnia książki, ale zabrałam swój egzemplarz (zamówiony jeszcze w przedsprzedaży – po lekturze “I jak tu nie biegać!” byłam pewna, że można brać w ciemno ;)) bez większej nadziei na powodzenie. Myślałam, że gdy dotrzemy na miejsce po prostu Jej już tam już nie zastaniemy. Tymczasem spotkała nas miła niespodzianka 🙂

 “I jak tu nie jeść!” i autograf Beaty Sadowskiej

Na Expo odwiedziłyśmy także foto-budkę oraz dałyśmy się namówić na zielony koktajl a ja kupiłam sobie jeszcze bransoletkę z zawieszką (mam do nich słabość:)) na stoisku Biżuterii Sportowej.

W niedzielę rano tradycyjnie umówiłam się z Bratem na wspólny dojazd na miejsce zawodów. Dla biegaczy przejazd komunikacją miejską w Warszawie był tego dnia darmowy. Za bilet służył numer startowy.

Numer startowy służył mi za bilet
Na stacji Metro Świętokrzyska prawie puste wagony podziemnej kolejki wypełniły się biegaczami po brzegi. Na twarzach niebiegajacych pasażerów, będących w zdecydowanej mniejszości, można było zobaczyć pewną konsternację 😉
Tym razem postanowiłam wystartować w oficjalnej koszulce biegu.
 Melduję się na miejscu 🙂
Start obydwu niedzielnych biegów był o tej samej porze. Strefy startowe maratończyków i biegnących na 10 km były ustawione równolegle do siebie. Jedni i drudzy biegacze pozdrawiali się wzajemnie i oczekiwali na sygnał do startu.
Widok na strefy startowe
 W momencie startu w niebo poszybowały biało-czerwone baloniki
 Linia startu coraz bliżej…
Na początku było trochę ciasno, ale stopniowo rozluźniało się na trasie i znalazłam swoje miejsce wśród biegaczy. Dopiero potem na zdjęciach z biegu zobaczyłam, że na trasie było naprawdę duuużo biegaczy.
Już jakiś czas wcześniej postanowiłam, że na tym biegu rozprawię się z godziną. Pacemaker biegnący na 1:00:00 początkowo był w zasięgu mojego wzroku, jednak stopniowo oddalał się wraz z grupką towarzyszących mu biegaczy, by w pewnym momencie zniknąć zupełnie.
Zwykle na biegach 5 i 10 km biegnę wolniej na początku, a potem, gdy już się porządnie rozgrzeję i rozbiegnę, przyspieszam. Zawsze się boję, że dam się ponieść tłumowi, “zagotuję się” na wstępie, a potem nie dam rady dobiec do mety. Biegnę więc sobie zachowawczo, czasami może nawet zbyt zachowawczo, ale co tam! Czas nie jest zwykle dla mnie bardzo istotny, choć cieszę się, gdy uda mi się poprawić swoją “życiówkę”. Czasami w trakcie biegu wolę chłonąć atmosferę, cieszyć oczy widokami na trasie, niż walczyć o każdą sekundę. Co prawda nawet ja już się nauczyłam, że w biegach na 5 km nie ma czasu na zbyt spokojny start, od razu trzeba ruszyć tempem zbliżonym do zakładanego na dany czas, bo bieg trwa za krótko, żeby potem nadrobić początkowe straty. Po Biegu Niepodległości na 10 km też wyciągnęłam cenną naukę, że jeśli się decydować na szybszy bieg, to też należy to zrobić odpowiednio wcześnie 🙂 Wtedy nie udało mi się złamać godziny, choć ostatnie 2 km to w porównaniu do początkowego tempa biegu pędziłam na złamanie karku 😉 Zresztą Endomondo wciąż jako mój najszybszy kilometr pokazuje właśnie końcówkę tamtego biegu;)
Mądrzejsza więc o to doświadczenie, w trakcie biegu kierowałam się wskazaniami mojego zegarka. Właściwie przez przypadek ustawiłam wyświetlacz na średnie tempo, a nie tempo bieżące, ale jak się okazało było to bardzo dobre posunięcie 🙂 Kiedy się zorientowałam w pomyłce, już, już miałam przestawić zegarek, ale wtedy doznałam olśnienia! Żeby ukończyć bieg z czasem poniżej 1 h, to zegarek musi wskazywać średnią wartość poniżej 6 minut/km. Bardzo mnie więc cieszyło, że pokazywana na wyświetlaczu wartość stopniowo zbliża się do tych upragnionych 5:59 min/km 🙂 6:14, 6:13, 6:10, 6:07, 6:05… Pomagało mi też to, że trasa biegu była mi znana m.in. z 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego, gdyż częściowo się z nią pokrywała.

Od ok. 5-6 km czułam, że “coś” się dzieje w środkowej części spodu prawej stopy i że nie jest to nic dobrego… Od 7 km czułam już wyraźnie ból. Ale bardzo chciałam złamać tę godzinę i czułam że naprawdę mam szansę to zrobić.

Kiedy przekroczyłam 8 km i zobaczyłam Stadion Narodowy z bliska, wiedziałam że się uda, że mam jeszcze siły żeby utrzymać odpowiednie tempo do mety. To było super uczucie! Jakby nogi same niosły! Trasę od Mostu Świętokrzyskiego doskonale pamiętałam z poprzedniego dnia (finisz marszobiegu był w tym samym miejscu) i wiedziałam, że już za chwilę będzie meta. Jeszcze tylko okrążyć Stadion!

Starałam się nie myśleć o tym, że coś mnie boli. Właściwie to chyba nawet przestałam czuć ból. Skupiłam się na gonieniu zajączka… w osobie pacemakera na 1:00:00, bo znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

Kiedy go wyprzedziłam na ostatniej prostej, to miałam już niemal pewność że się udało 🙂 Za metą mój zegarek pokazał czas 00:59:15 (sekundę więcej niż czas oficjalny).

Uff! Udało się! 🙂
Jeszcze w strefie medalowej poprosiłam inną Uczestniczkę biegu (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)) o zrobienie zdjęcia. Pani poprosiła mnie zresztą o to samo. Mam jednak nadzieję, że w roli fotografa wypadłam lepiej, niż Ona 😉 W każdym razie, gdy zobaczyłam te zdjęcia uśmiechnęłam się od ucha do ucha 😀 Nie byłam zła. W końcu to moje nogi grały w tym biegu główną rolę 😉
 Zdjęcie w strefie medalowej. Element najważniejszy dla biegacza uwieczniony 😉
Dopiero po chwili prawa stopa przypomniała mi o sobie 😉 Tak jak podejrzewałam już w trakcie biegu, pojawił się na niej piękny pęcherz. Mój pierwszy biegowy bąbel 😉 Obstawiam że zawiniły skarpetki. Dopasowane, ale zwykłe, bawełniane, nie funkcyjne (przetestowane co prawda wcześniej na 5 km) w połączeniu z wodą na trasie.
 Cena życiówki 😉
Po odebraniu depozytu odstałam jeszcze z Bratem prawie 1,5 h (!) w kolejce do namiotu, w którym można było wygrawerować na medalu swój czas. Ponieważ był to pierwszy bieg na 10 km, w którym nie zobaczyłam 1 h z przodu, zależało mi na tym grawerze. Robiło mi się coraz zimniej, zaczął znowu kropić deszcz i marzyłam już tylko o ciepłym prysznicu. Jednak mimo zimna i bólu stopy z uśmiechem na ustach wróciłam do domu 🙂
Medal 🙂
Przepowiednia? 😉
*** 

Poradnik biegacza

Ponieważ w sobotę 2.05 miałam start w półmaratonie w Sopocie, chciałam żeby pęcherz jak najszybciej przestał mi dokuczać.
W poniedziałek, choć ze stopą było już znacznie lepiej, niż bezpośrednio po niedzielnym biegu, pobiegłam do apteki i kupiłam plastry Compeed na pęcherze (te duże, na piętę). Po naklejeniu plastra mogłam już normalnie chodzić i nic mnie nie bolało. We wtorek biegałam na treningu 😉
Kiedy pakowałam się na wyjazd do Sopotu, miałam tylko dylemat odnośnie butów – czy zabierać je na półmaraton, czy może wybrać inne, w których już pokonałam ten dystans bez szwanku. Pęcherz przytrafił mi się w biegu na 10 km, a teraz do pokonania miałam przecież ponad 21. W #adistar #boost biega mi się jednak tak lekko, że postanowiłam zaryzykować 🙂
Ilość płynu w pęcherzu się zmniejszyła, jednak mały bąbel nadał na stopie był, w czwartek wieczorem przed wyjazdem przebiłam więc pęcherz (bo nie zrobiłam tego od razu) zdezynfekowaną igłą. Chyba jednak lepiej zrobić to od razu, choć zdania na temat przebijania pęcherzy są podzielone 😉 Ilu biegaczy, tyle sposobów na tę dolegliwość 🙂 Rano zabezpieczyłam miejsce po bąblu zwykłym plastrem.
W sobotę rano przed biegiem nakleiłam na nie nowy plaster na pęcherze, który tworzy na stopie taką ochronną poduszeczkę. Na lewej w analogicznym miejscu nakleiłam zwykły szeroki plaster. I na szczęście obyło się już bez pęcherzy 😉 Relację z biegu w Sopocie znajdziesz: tutaj.

#owm #biegna10km #biegoshee

Warszawska Triada Biegowa: 11 start na 11 listopada – XXVI Bieg Niepodległości

Jeszcze nigdy nie spędziłam Święta Niepodległości na biegowo. Ba, nigdy wcześniej nie spędziłam go na sportowo. No chyba, żeby zaliczyć do tego rodziny spacer. W końcu zawsze to jakiś rodzaj ruchu…;) Dziś już wiem, że to świetny sposób i będę kontynuować tę “nową, świecką tradycję” 🙂

Od dawna nie udało mi się na zawody dotrzeć bez pośpiechu i obawy, że nie zdążę. I nie zaspać (mimo nastawiania budzika ;)). Tym razem był czas na spokojne wypicie kawy i zjedzenie śniadania. Wszystko naszykowałam sobie wieczorem. Zawsze tak robię (inaczej bym nie dała rady zdążyć na kilka wcześniejszych zawodów;)).

***
Poradnik biegacza
Przy okazji, dobra rada dla startujących w zawodach (nie tylko) po raz pierwszy: warto wszystko wcześniej, na spokojnie sobie naszykować. Strój, numer startowy (można go odebrać niekiedy nawet kilka tygodni przed zawodami, więc lepiej poszukać go, gdy nie zostało nam ostatnie 5 min do wyjścia, bo gdy człowiek się spieszy, to rzeczy martwe stają się szczególnie złośliwe i nie dają się znaleźć), agrafki do przypięcia numeru, napoje, coś regenerującego na ząb, mokre chusteczki do rąk i… wszystko to bez czego nie ruszacie się z domu nawet po bułki do sklepu. Np. ja, niczym tolkienowski Bilbo Baggins (przed wyprawą do Samotnej Góry oczywiście), nie ruszam się bez chusteczek do nosa:) Nie mówiąc już o wyborze sposobu dojazdu i sprawdzeniu czasu potrzebnego na dotarcie na miejsce zawodów, czy też lokalizacji biura zawodów, przebieralni i depozytów, czy nawet linii startu, bo (co nie jest już tak oczywiste) nie musi się ona znajdować tuż obok wcześniej wymienionych punktów. Pozwoli to uniknąć dodatkowego stresu rano w dniu zawodów (np. nerwowego szukania ulubionych spodni do biegania, by po kilku minutach poszukiwań znaleźć je w koszu na pranie) i zapomnienia czegoś “niezbędnie” potrzebnego, a czego brak odkryjemy dopiero na miejscu (mam tu na myśli coś, co tak naprawdę nie jest nam potrzebne, do startu, ale bez czego czujemy się nieswojo). Jestem przekonana że prawie każdy z nas coś takiego ma, jak np. wspomniane wyżej chusteczki:). Jeśli biegasz z telefonem, sprawdź też stan baterii, bo rano może już nie być czasu na jej ładowanie. Jeśli korzystasz z budzika w telefonie, powyższa czynność jest wręcz obowiązkowa 😉
***
Wracając jednak do relacji, udało mi się wyjść z domu bez konieczności gonienia na przystanek. Umówiłam się z Bratem nr 1 na pętli tramwajowej. Na miejsce dojechać mogliśmy jednym tramwajem. Fajnie już w tramwaju spotykać innych biegaczy, udających się na ten sam bieg. Można się wtedy poczuć częścią pewnej społeczności. Podobnie jak w przypadku tegorocznego Biegu Powstania Warszawskiego, numer startowy posłużył mi za bilet 🙂
 
Numer startowy XXVI Biegu Niepodległości umożliwiał uczestnikom darmowy przejazd komunikacją miejską.
Do Ronda “Radosława”, a więc rzut beretem od miejsca startu, dojechaliśmy o 09:40. Mogliśmy podziwiać flagę na nowo postawionym Maszcie Wolności. Na szczęście zawiał wiatr i przez chwilę widać ją było w całej biało-czerwonej okazałości. Szkoda, że nie zastosowano prowadnicy do flagi, wyglądałaby wtedy cały czas pięknie, choć może już nie tak malowniczo. We wtorek wielkiego wiatru nie było i flaga przez większość czasu zamiast dumnie powiewać smętnie sobie wisiała… Może w przyszłości zostanie to poprawione.
Maszt Wolności na Rondzie “Radosława”.
“W 96. rocznicę odzyskania niepodległości Polski, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, w 25. rocznicę wolnych wyborów w Polsce, w 10. rocznicę wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w hołdzie wszystkim, dzięki którym Polska jest dziś wolnym, odrodzonym krajem”.

Ponieważ mieliśmy do startu jeszcze dużo czasu, postanowiliśmy się pokręcić trochę po miasteczku zawodów. Z każdą chwilą przybywało na miejscu biegaczy, głównie w białych lub czerwonych koszulkach. Wszyscy razem mieliśmy przecież stworzyć na starcie żywą biało-czerwoną flagę.

Na początku poszliśmy do stoiska PKO Banku Polskiego, żeby wziąć udział w akcji “Biegnę dla …”. Tym razem biegacze mogli wspomóc 5-letnią Amelkę zmagającą się z nowotworem. Zasady są proste – trzeba udać się do namiotu PKO BP, wpisać się na listę, pobrać kartkę z hasłem akcji i przypiąć ją sobie (najczęściej na plecach, bo z przodu jest już nr startowy). Wiem już, że w akcji wzięło udział ponad 800 osób, dzięki czemu Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże pieniądze na jej leczenie. Trzymam kciuki za powrót Amelki do zdrowia!
Potem odwiedziliśmy biuro zawodów z pytaniem, czy można otrzymać puzzle z Marszałkiem Piłsudskim dołączane do pakietów startowych już po tym, jak odebraliśmy swoje pakiety. Okazało się, że można 🙂 Mam więc teraz zajęcie na wieczory bez biegania (kuruję się aktualnie z przeziębienia).
“Historia w kolorach”, czyli puzzle z Marszałkiem Piłsudskim od IPN.
Po drodze do szkoły (Zespół Szkół Samochodowych i Licealnych nr 2), w której mieściły się nasze przebieralnie i depozyty, kupiłam na stoisku wydawnictwa Inne spacery “Książkę kucharską dla aktywnych”. Nic tylko gotować;)

Najnowsza “lektura w biegu”.

Oddanie rzeczy do depozytu odbyło się sprawnie, jednak było lekkie zamieszanie z toaletą na parterze. Panie kierowały się oznaczeniem na drzwiach, na których kółeczko oznaczało damską toaletę, natomiast faktycznie została ona przeznaczona dla panów. Jak wiadomo, w damskiej toalecie kolejki są zawsze dłuższe i gdy zbliżała się godzina 11:00 zrobiło się troszkę nerwowo i panowie zaczęli upominać się o swoje. Myślę jednak, że wszyscy szczęśliwie zdołali opróżnić pęcherze;)

W efekcie tej “wc-draki” udaliśmy się do naszej VI (najwolniejszej) strefy czasowej – dla biegnących na czas 60 min i więcej – tuż przed wybiciem godziny 11:11. Jak się okazało, staliśmy naprawdę daleko od linii startu. Nie martwiło mnie to zbytnio (nie od dziś wiadomo przecież, że ostatni będą pierwszymi;)) do czasu, gdy odegrano Hymn. Ledwo się zorientowałam, że to już, bo prawie go nie było słychać:( Potem zostało nam już jedynie cierpliwie czekać na swoją kolej. Nie było to łatwe, bo w bezruchu zaczęło się robić trochę chłodno. Zanim przekroczyliśmy linię startu, dwóch najszybszych biegaczy ukończyło już swój bieg! Nie powiem, żeby to było budujące;) Ktoś już kończy bieg, kiedy ty jeszcze nawet nie zacząłeś. No i czekanie na start zwyczajnie się dłużyło, tak ciało, jak i emocje stygły… Ale dzięki takiemu rozwiązaniu na pewno wielu biegaczom udało się osiągnąć swój najlepszy życiowy wynik:)

“Kolejka” do linii startu.
Trasa biegu mi się podobała. Może nie była zbyt urozmaicona (polegała przecież na przebyciu pięciokilometrowego, prostego odcinka najpierw w jedną, a potem w drugą stronę), ale za to wiodła po jednej z głównych arterii komunikacyjnych Warszawy, przez Centrum, w otoczeniu drapaczy chmur… Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi były naprawdę imponującym widokiem. Niestety, telefon odmówił posłuszeństwa i nie mogłam zrobić więcej zdjęć 🙁
Biało-czerwone fale na wiaduktach nad Al. Jerozolimskimi. Piękny widok!
Musiałam polegać na zegarku, bo Endomondo wystartowało z opóźnieniem (brak łączności z satelitami;)). Na szczęście dobrze oznakowano każdy kilometr, dzięki czemu łatwo było mi kontrolować czas. Biegło mi się całkiem dobrze, zważywszy na to, że byłam przeziębiona. Emocje w trakcie zawodów jednak udzielają się i biegnąc w zawodach udaje mi się zwykle wykrzesać z siebie więcej, niż na co dzień. Jedną z takich wzruszających chwil był moment mijania orkiestry Wojska Polskiego, która wspierała biegaczy grając żołnierskie pieśni. Mi w udziale przypadło słuchać “Piechoty”. Za późno się jednak zdecydowałam, żeby przyspieszyć. Nie udało mi się złamać godziny, ale i tak osiągnęłam swój najlepszy czas na tym dystansie, lepszy od poprzedniego o 23 sekundy. Na pierwszym punkcie kontrolnym zajmowałam miejsce numer 10927, a bieg ukończyłam na miejscu 9814, z czasem 01:01:17.
Zawody ukończyło 12295 biegaczy. Zawody wygrał Łukasz Parszczyński (Warszawska Brygada Rakietowa) z czasem 00:30:03. Najlepsza wśród pań była Iwona Lewandowska (MON) z czasem 00:33:15. Ostatni na mecie zameldował się Pan Edward Mucha (ur. 1927), uważany za najstarszego biegacza w Polsce. Spotkanie Go na trasie wywołało u mnie wielkie wzruszenie. Naprawdę, to był niesamowity, niezapomniany widok. Dostałam dodatkowego “kopa” do ukończenia mojego biegu.
Pan Edward Mucha na trasie.
Teraz mogę się pochwalić 11 medalem w swojej biegowej kolekcji 🙂
11.11. i mój jedenasty start w zawodach 🙂
A na mecie czekała mnie niespodzianka, bo zjawił się Brat nr 2 z 2/3 swojej dzieciowej gromadki. Do domu wróciliśmy już razem, można więc powiedzieć, że rodzinny spacer też został zaliczony:)

Szybko po Woli i City Trail, czyli cały dzień w biegu

12.10.2014 r. wzięłam udział w dwóch biegach – zamykającym cykl Szybko po Woli i w inaugurującym Grand Prix City Trail. Pierwszy startował o 10:00, drugi o 15:00. I jak na biegowy dzień przystało, rozpoczęłam go… biegająco;)

Szybko na Wolę, czyli “Szybko po Woli”

Po pierwsze – zaspałam! W biegu śniadanie, biegiem na autobus, biegiem do biura zawodów, które miało być zamknięte na 15 minut przed startem… Wolałam zdać się na komunikację miejską, bo obawiałam się, że mogłabym mieć trudności z parkowaniem. Poza tym, mogłam na bieg dojechać jednym autobusem. Na miejscu okazało się, że z parkowaniem problemu by nie było, a w kolejce do biura zawodów nie byłam ostatnia;) Trochę obawiałam się, że nie “ogarnę” trasy, która wiodła dość krętymi alejkami Parku Szymańskiego, którego dobrze nie znałam. W trakcie biegu okazało się, że obawiałam się niepotrzebnie, bo trasa była dobrze oznakowana.

Trasa biegu Szybko po Woli.
Źródło: www.szybkopowoli.pl

Szybko po Woli był cyklem 6 biegów na dystansie 10 km, który odbywał się we wspomnianym Parku Szymańskiego na warszawskiej Woli. Tym razem nie miałam szans na medal, bo warunkiem otrzymania takowego było ukończenie trzech z rozegranych wcześniej 5 biegów (szósty bieg nie był uwzględniany w klasyfikacji cyklu). No, ale nie dla medali przecież biegam (choć dla mnie osobiście są one miłą pamiątką udziału w biegu), więc postanowiłam się zapisać.

Trasa biegu była wytyczona po 2500 m pętli, którą trzeba było pokonać czterokrotnie. Pomiar czasu odbywał się na podstawie odczytu kodu kreskowego znajdującego się na zwrotnym numerze startowym. Pierwszy raz uczestniczyłam w biegu, w którym nie było chipów. Skoro mowa o czasie, to udało mi się ukończyć bieg z wynikiem 01:01:40. Mimo, że zajęłam 87 miejsce na 95 możliwych w kategorii open (uplasowałam się więc pod koniec stawki), to był to mój najlepszy jak do tej pory wynik na tym dystansie:) Zwycięzca biegu, Bartosz Olszewski z klubu Warszawiaky (czas 00:33:40) i znany szerzej jako warszawskibiegacz.pl, kończył drugie okrążenie, kiedy ja kończyłam swoje pierwsze;) Logo biegu, ślimak, ma więc ze mną dużo wspólnego;) Najlepsza wśród pań była Agnieszka Sulik (Dead on Arrival, czas 00:42:28).

Numer startowy ze ślimakiem.

Po biegu odbyło się wręczanie nagród zwycięzcom biegu, jak i całego cyklu. W zasadzie chyba każdy uczestnik trzech biegów z cyklu otrzymywał upominek od Organizatorów. Na koniec było losowanie nagród dla wszystkich uczestników ostatniego biegu, którzy wrzucili do specjalnego pudełka karteczkę ze swoim numerem startowym. Udało i mi się wylosować upominek zwany “bufhalfem”*. Przy okazji dowiedziałam się, że tak się nazywa wielofunkcyjna opaska (komin), która może posłużyć jako opaska właśnie, szalik lub czapeczka. Każdy pewnie może z niej sobie “ukręcić” element garderoby według własnego uznania:)

“Bufhalf” – nagroda w losowaniu

Bieg odbywał się raczej w kameralnej i bardzo sympatycznej atmosferze. Uśmiechnięci Wolontariusze na trasie, Prowadzący imprezę Jan Goleń odczytujący nazwiska osób przekraczających bramę mety na każdym okrążeniu, grupka dopingujących Kibiców przy mecie… Po pierwszym okrążeniu zobaczyłam wśród nich Brata, który przyjechał mi pokibicować. Taka niespodzianka:) No i dzięki Bratu mam kilka zdjęć z biegu.

Każde okrążenie starałam się pokonać z uśmiechem:)

Na uczestników biegu za linią mety był punkt z wodą i izotonikiem, który czekał na biegaczy po każdym okrążeniu. A po biegu woda, banany i drożdżówki. Jedynie “tojtoje” dojechały z poślizgiem, już po starcie, ale na miejscu były parkowe, tylko nie wiem w jakim stanie, bo nie sprawdzałam;)

Mam nadzieję, że “Szybko po Woli” będzie odbywać się w przyszłym roku, bo udział w biegu finałowym zachęcił mnie do udziału w kolejnym cyklu.

Na mecie:)

* zapewne od opasek firmy Buff®, więc może zapis “Buff Half “byłby tu bardziej odpowiedni, nie mam jednak pewności, bo z tą nazwą miałam styczność po raz pierwszy, a na moim bufhalfie żadne logo nie stoi;) Powyższy zapis jest wynikiem moich osobistych dociekań, które polegały na odtworzeniu nazwy owego przedmiotu zasłyszanej po raz pierwszy i skojarzenia jej (wyleciała mi zaraz po biegu z głowy) z opaskami wyżej wymienionej marki:) To tak jak adidasy i adidas;)

Goniąc (na) start, czyli “City Trail

Z Woli szybko wróciłam do domu, tam błyskawicznie się ogarnęłam i pojechałam, tym razem samochodem, na Młociny. Po drodze zgarnęłam Brata. Domyślałam się, że może być problem z parkowaniem, ale komunikacją byśmy nie zdążyli. Na miejscu okazało się, że tym razem słusznie się obawiałam, bo faktycznie nie było wolnych miejsc parkingowych. Był już kwadrans po 14:00, a biuro zawodów miało być czynne do 14:30. Brat wysiadł więc, żeby mógł nas zapisać na bieg (przegapiliśmy termin zapisów przez internet), a ja wyruszyłam z misją zaparkowania mojej Błękitnej Strzały. Planowałam porzucić ją po drugiej stronie ul. Pułkowej (nie Pułkowskiej, jak informowała wolontariuszka biegu) i teleportować się (przecież musiałam się przemieścić się błyskawicznie, tylko teleportacja wchodziła więc w grę;)) na polanę w Lesie Młocińskim.

O ile z parkowaniem szczęśliwie poszło gładko, to z teleportacją szło gorzej i musiałam użyć swoich nóg, żeby się dostać do biura zawodów. Oczywiście nogi musiały biec (a ja na nich;)).
Kiedy dotarłam na miejsce, podpisałam oświadczenie uczestnika (pobrane i wypełnione już przez Brata) oraz odebrałam zwrotny numer startowy – 512, który będzie obowiązywał w całym cyklu i (także zwrotnego) chipa – do pomiarów czasu.

Numer startowy obowiązujący w całym cyklu GP City Trail Warszawa.

Pewnie zdążyłabym zapisać się w biurze osobiście, bo szczęśliwie działało jednak dłużej. Jednak start miał być już za 15 min, a od biura zawodów miejsce startu było oddalone o 1,3 km. Zostawiliśmy rzeczy w depozycie i początkowo szybkim, a potem jeszcze szybszym krokiem ruszyliśmy na miejsce startu. Końcówkę przebiegliśmy:) Przynajmniej mieliśmy możliwość rozgrzania się przed biegiem, bo wystartowaliśmy chyba w 3 minuty po dotarciu na linię startu.

Tuż przed startem.

Trasa biegu była dobrze oznakowana, widziałam numer każdego pokonanego kilometra. Biegłam w miarę równym tempem. Trasa składała się z dwóch, ale nie identycznych, pętli. Pierwsze okrążenie było nieco krótsze, niż drugie.

 Trasa biegu City Trail Warszawa
Źródło: www.citytrail.pl

Trasę udało mi się pokonać z czasem 30:31 brutto. Zegarek pokazał nawet lepszy czas:), bo mierzyłam go od momentu przekroczenia linii startu do mety.

 Mój pomiar czasu.
Bieg ukończyło 326 osób. Zawody wygrał Artur Jabłoński (Dream Run) z czasem 00:16:05. W kategorii open zajęłam 266 miejsce. Wśród kobiet najlepsza okazała się Joanna Schab (Aletempo) z czasem 00:19:20. W kategorii kobiet zajęłam miejsce 87/128, w kategorii K30 51/65.

Trasę i miejsce biegu wspominam sympatycznie. Jednak uważam że organizacyjnie kilka rzeczy można poprawić.
1. Nie wiem, czy dobrym pomysłem było oddalenie startu od biura zawodów – miejsca gdzie odbiera się numery startowe i gdzie znajduje się depozyt oraz przebieralnia. Biuro zawodów (dla mnie to akurat dobrze;)) działało niemal do ostatniej chwili przed startem, więc może to wskazywać na to, że ilość uczestników zaskoczyła Organizatorów. Choć z drugiej strony można też zastosować powiedzenie – “Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi”, więc się tego oddalenia startu od biura zawodów tak mocno nie czepiam;). Można jednak było ustawić jeszcze kilka znaków po drodze ze strzałkami wskazującymi miejsce startu. Tak, żeby było wiadomo, że idzie się we właściwym kierunku:)
2. Przebieralnia – właściwie była jedynie zadaszeniem (namiot bez ścianek bocznych). Myślę, że niektóre osoby mogły czuć się skrępowane przebierając się publicznie. Nie każdy ma ochotę świecić gatkami, tudzież biustonoszem przed innymi.
3. Nie widziałam “tojtojów” w pobliżu biura zawodów. Może hasło biegu “Krok do natury” potraktowane zostało w tym aspekcie zbyt dosłownie;)
4. Miejsca parkingowe – tu właściwie nie ma co narzekać, bo miejsc parkingowych było tyle ile było. W końcu zawody odbywały się w Parku, miejscu ogólnodostępnym, nie wyłączonym z normalnego ruchu. Jednym udało się więc zaparkować bliżej, innym dalej. Pewnie fakt, że tego samego dnia odbywały się wyścigi osób biegających z psami miał tutaj także znaczenie, część miejsc była jeszcze zajęta przez ich uczestników. Ale nigdy nie byłam w Parku Młocińskim w niedzielę, więc nie wiem jak tam sytuacja wygląda kiedy nie odbywają się żadne imprezy. Może wcale nie jest lepiej;) Szkoda tylko, że dopuszczono, aby jeden z samochodów stanął na trasie biegu. Organizatorzy co prawda ostrzegali później w tym miejscu w trakcie biegu o nagłym zwężeniu trasy, ale to jedno miejsce chyba można było jakoś zarezerwować.
5. Kosze na śmiecie – a raczej ich brak przy punktach żywieniowych. Można chyba było przygotować jakieś worki na śmiecie.

Są to jednak tylko drobne uwagi, które nie rzutują na całokształt tej sympatycznej imprezy. Mam nadzieję, że będę mogła wziąć udział we wszystkich biegach z tego cyklu. Przynajmniej tak planuję:)

Numer 512 melduje się na mecie:)