Refleksja biegacza: Żeby przyspieszyć, najpierw trzeba czasem trochę zwolnić

Ostatni miesiąc obfitował w ważne dla mnie wydarzenia sportowe: pierwszy start w duathlonie, pierwszy start w biegu sztafetowym, debiut na królewskim dystansie… Sporo się działo także na niwie pozasportowej: Synek nr 1 poszedł do zerówki, rozpoczęłam dietę która ma mi pozwolić rozprawić się ostatecznie z ostatnimi nadprogramowymi kilogramami. Nadszedł też czas “rozstania” z Synkiem nr 2, bo po blisko 2 latach przerwy, od 1.10 wróciłam do pracy.

Każde z tych wspomnianych wyżej zawodów zasługują na wpis na blogu i każde z osobna dostarczyły mi wielu niezapomnianych emocji. Jednak kompletnie nie mam teraz siły, a może i trochę motywacji, na siedzenie przy komputerze…
Wieczorem jedyne o czym marzę, to po prostu znaleźć się jak najszybciej w łóżku. Może po prostu potrzebuję trochę czasu, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości…?
Regularność pisania znowu legła w gruzach, ale za to (przynajmniej na razie) o regularność biegania się nie martwię. W tym tygodniu zaliczyłam co prawda tylko dwa z trzech zaplanowanych treningów, ale jednym z tych treningów były niedzielne zawody na 5 km – Bemowski Bieg Przyjaźni, które mogę zaliczyć do udanych.
Z planu wypadł mi czwartek, który rozpoczął się nerwowo. Po drodze zaliczyłam kilka drobnych “pechów” a na (gorzki) deser przełknęłam usterkę samochodu – nieposłuszny immobilizer. Wieczorem wolałam więc już nie wychodzić biegać, bo choć nie jestem przesądna, uznałam że tego dnia wyjście z domu mogłoby się zakończyć skręconą kostką lub czymś w ten deseń… 😉 W piątek z kolei nie “odrobiłam” czwartku, bo czułam się niezbyt dobrze. Jakaś infekcja koniecznie chce mnie rozłożyć, ale szczęśliwie jak dotąd wygrywam 😉
Wierzę, że o samym Biegu napiszę w niedługim czasie, wspomnę więc tylko krótko, że po raz pierwszy pobiegłam dystans 5 km poniżej 26 minut. Wiem, że trasa była bez atestu, ale mimo wszystko jest to jakiś punkt odniesienia dla mnie i widzę, że postępy są. Tak gonię te 25 minut na 5 km i gonię, i coś nie mogę dogonić. Czy zdążę w tym roku…?
Za miesiąc sprawdzę swoją dyspozycję w biegu na dwa razy dłuższym dystansie. W nocy z 9 na 10 października ruszyły bowiem zapisy na 27. Bieg Niepodległości w Warszawie. Jeśli chcecie się na ten bieg załapać, a jeszcze się nie zapisaliście, to czym prędzej to nadróbcie! Limit miejsc wynosi w tym roku 15 000. Bilans weekendu zakończył się z zapisanymi prawie 13 350 osobami, z których ponad 8 500 osób opłaciło już swój start. Te liczby robią wrażenie!
Powoli układam sobie w głowie plany na przyszły sezon. Nowe cele na horyzoncie. Kiedy już dojdę do ładu ze sobą i regularnym pisaniem, podzielę się nimi z Wami 🙂
Tymczasem zmykam spać, bo w zasadzie jest już jutro, więc najwyższa pora udać się w objęcia Morfeusza 😉

3 odpowiedzi do “Refleksja biegacza: Żeby przyspieszyć, najpierw trzeba czasem trochę zwolnić”

  1. Ja również gratuluję wszystkich osiągnięć 🙂 U mnie dopiero początki z bieganiem, ale mam dużą motywację, w przyszłym roku chcę po raz pierwszy wziąć udział w maratonie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *